Thursday, 24 July 2014

Kampot, nie mylić z kompotem

Początek był trudny - szybki marsz do autobusu, po drodze buły i kawa do torebki i jedziemy. Nie ma lekko, temperatura w autobusie około 15 stopni, sarong nie całkiem wystarcza. Nawiewu oczywiście nie da się wyłączyć.

W Kampocie , po ogonieniu się od tuk-tukarzy odziemy do rekomendowanego przez Lonely Planet hostelu - trochę pobłądziłyśmy, w końcu tuktukiem zajechałyśmy. Pokój za 6$ za noc, z łazienką, to niezła cena, nawet jak na tutejsze ceny. Postanowiłyśmy zostać dwie noce, wykupiłyśmy wycieczki po okolicy , i poszłyśmy w miasto. Da się je obejść w godzinę, a dwie to już ze szczegółami. Przeszłyśmy przez wszystkie 3 mosty, odwiedziłyśmy bardzo specjalny zakład konfekcjonowania pieprzu (to jest tytejsza specjalność), zajrzałyśmy na lokalny bazar, przedarłyśmy się przez błoto do lokalnego watu (świątyni buddyjskiej) w której grypa chłopaczków w mnisich szatach znęcała się nad wielkim bębnem, generując hałas na trzy ulice. Na koniec - firefly cruise, były świetliki, ale na mednym tylko krzaku. Może za dużo deszczu i wiatru.

Kampot zostanie zapamiętany jeszcze z jednej rzeczy - naprawy mojego tablecika. Guzik do włączania się zepsuł, więc tablet stał się bezużyteczny. Lekki dramat, bo nie tylko netu brak, ale i jakiejkolwiek książki, z przewodnikiem po Kambodży włącznie. Właściciel naszego hostelu powiedział gdzie pójść. Tam pani kazała poczekać, aż przyjdzie mąż. Po kilkunastu minutach zajechał leksusem. Najpierw powiedział, że nie da rady, ale jak poprosiłam o śrubokręt, to się zainteresował, porozkręcał, podlutował, i działa. Wziął... dolara. Nie wiem jak zarobił na tego leksusa.


1 comment: