Tuesday, 17 December 2013

Idą Święta

W moim centrum handlowym 1 Utama przepiękne, świąteczne dekoracje, kolędy pobrzmiewają zewsząd. Słysząc "let it snow" i maszerując jednocześnie w szortach i japonkach można paść ze śmiechu.

 Taki dialog, o zimie:
- U nas dekoracje świąteczne bazują najbardziej na światłach, bo wcześnie się ciemno robi.
- Wcześnie, czyli?
- No po trzeciej już...
- To o której wy w zimie kończycie pracę?
- O tej samej, 5-6.
- Jak to? po ciemku?

najlepsze dekoracje w centrach handlowych w Malezji






Dyskutowaliśmy przez chwilę dlaczego dekoracje związane z Bożym Narodzenim nie są dostosowaywane do stref klimatycznych, ale nie doszliśmy do żadnego mądrego wniosku. Tymniemniej, "ośnieżona" choinka wygląda zabawnie.

Jak wszędzie, organizuje się Christmas Parties (to znaczy nie firmowe, ale w różnych gronach towarzyskich). Na jednym było "zachodnie" jedzenie, tylko lekko świąteczne, na innym - angielski indyk i indyjskie curry. Ale wszystkiemu daleeeeeko do naszego polskiego jedzonka. Czekam na śledzie. I rybke w galarecie. I kutię .... Dość, bo zaślinie zaraz laptopa.

Sunday, 8 December 2013

Chamang Fall

W ostatniej chwili zorientowałam sie, że Internations, Grupa Poszukiwaczy Przygód, organizuje wypad za miasto na wycieczke do wodospadu Chamang. Na szczęście nie wszyscy potwierdzili, więc znalazło sie miejsce w samochodzie dla mnie. Było nas 18 osób. Zbiórka o 7.30 - trochę rano, ale cóż... Podobno godzina jazdy, ale zajęło na dwie, bo GPSy niestety nie zawsze prowadzą tam, gdzie by sie chciało. I już o 10.30 byliśmy na miejscu. Wodospad już widać.




Idziemy w górę. Podobno 10 minut przez dżunglę, a potem wzdłuz rzeki. Okazało sie to w sumie ok. 20 minut spaceru, który zajął nam godzinę, bo co chwila ktoś zdejmował lub zakładał buty, albo wpadał do wody. Trochę śmiechu i na szczęście żadnych uszkodzeń ciała. Znaleźliśmy sobie kupę kamieni na popas i wydobyliśmy zapasy. Popasalismy taż z godzinkę.
Najlepsze nadeszło w drodze powrotnej. Nasz przewodnik, jeden z grupy, Francuz, ale z tych odkrywców, miał linkę i próbowaliśmy pływać w wodospadzie. Bez tego to niebezpieczne, prąd bardzo wartki, masy wody i nie było "baseników" jak na Labuanie. Miałam lekkiego pietra. A ku wielkiemu zaskoczeniu, poza Philippem, do wody weszły tylko panie. Nie wiem czy to kwestia odwagi, czy co...

To był już koniec pierwszej części programu. Kolejna to kąpiel w gorących źródłach. Zaskakujące miejsce. Dwa wielkie baseny wzdłuż szosy, daleko od czegokolwiek. Za basenami coś budują, pewnie ktoś będzie brał kasę za korzystanie z tego cuda. W jednym basenie woda ok 40 stopni, a w niektórych miejscach na dnie nawet trudno stanąć. W drugim nieco chłodniej - temperatura powietrza. Wymoczyliśmy się tam do woli, a potem co? oczywiście czas na jedzenie. W okolicznym miasteczku zaliczyliśmy chińskie jedzenie w kapitalnej restauracji na skarpie nad rzeką.
Widok z tarasu restauracji

zdjęcia


Ratujemy lasy namorzynowe

Moja firma zorganizowała wolontariacką wyprawę w celu zapoznania nas z rolą lasów namorzynowych dla wybrzeża, w programie również sprzątanie plaży i sadzenie drzewek. Klasyczne prace społeczne. Było nas około 70 z firmy i do tego 30 studentów jednego z kualalumpurskich uniwersytetów. Taka grupa nie jest specjalnie mobilna, ale jakoś dało radę. Najpierw ludzie z tutejszej fundacji ekologicznej pokazali nam te mangrowce, jak rosną, jak wyglądają nasionka i co tam w takim lesie sie dzieje. Całkiem ciekawe.

Potem, jak to w Malezji, jedzenie. Po jedzeniu pojechalismy wreszcie cos zrobić pożytecznego. Najpierw sprzątaliśmy plażę. W pół godziny zebraliśmy 200 kilogramów śmieci. Nie wiem czy przeszliśmy 100 metrów tej plaży. To jest koszmar, jak te ludzie śmieco.

Potem robilismy sadzonki mangrowców. Polegało to na napełnieniu torebki piachem z plaży (on podobno jest wystarczająco odżywczy - rzeczywiście ciemny, jakby pomieszany z mułem) i wetknieciu do każdej torebki jednego nasionka. Takie nasionko to około trzydziestocentymetrowy patyk. Kilkaset takich torebek powstało, za parę tygodni ludzie z Fundacji mają te sadzonki powsadzać w odpowiednie miejsca na wybrzeżu. Mam nadzieję, że to ma sens...



"Terminal promowy" po stronie Negeri Sembilan
W miedzyczasie parę ciekawostek. Rzeka, którą pływaliśmy, żeby poznać las mangrowy, łączy dwa stany: Selangor i Negeri Sembilan. Mostów na niej nie njest zbyt wiele, ale ludzie sobie radzą. Jest prom, który na jednego ringitta przewozi na drugą stronę. Nie wiem czy zabiera samochody. Jeśli tak, to trzeba odwagi...


"Terminal" po stronie Selangoru
zdjęcia

Tuesday, 3 December 2013

Perła Morza Południowochińskiego

Każda wyspa jest chyba perłą czegoś. Labuan jest perłą Morza Południowochińskiego. No to trzeba te perłę zobaczyć. Air Asia oferuje niedrogie bilety, można wylecieć w sobote rano, wrócić w niedzielę wieczorem. Wszyscy mówią, że tam nie ma co robic, więc dwa dni na nicnierobienie jest OK.

Był jeden cień nad tym pomysłem - nie udało mi sie znaleźć rozsądnego spania, więc wzięłam "resort". Oferta całkiem niezła, z transportem z lotniska i darmowym busem do miasta kilka razy dziennie. Do tego plaża, basen, spa, i takie tam....Może zasłużyłam.

Widok z tarasu - niekiepski
Kolory zachodu
Rzeczywistość bardzo prędko sprowadziła mnie na ziemię. Darmowy transport z lotniska był, ale trzeba było sie dodzwonic i poczekać. No i po co pytaja, kiedy ląduje? Zajechaliśmy na miejsce - sam brzeg morza, dookoła nic, tylko ten hotel. Wielki, 3 spore budynki (dwupiętrowe) i część wspólna z recepcją, barem, restauracją. Basen też duży. A pokój - dwa wielkie łoża, ze 40 metrów kwadratowych powierzchni, widok na morze, taraz ze stolikiem i fotelami i.... drzwi na taras się nie otwierają!!!! W recepcji na szczęście powiedzieli, że przyślą kogoś, żeby naprawił. I naprawił. po tutejszemu. Zdemontował zepsute zamki i dostarczył dwie listewki do zablokowania drzwi przesuwnych od wewnątrz. No, ale mozna było posiedzieć wieczorem na tarasie z widokiem na morze i poczytać. Supeeer.

Największym rozczarowaniem tego miejsca był brak rowerów. To znaczy były dwa, ale zepsute, Nie mogłam się dogadać z facetem, bo on niestety tylko bahasa, ale powtarzał "tyre no good". No i cena - 10RM za godzinę, czyli tyle co na Penangu czy w Melace za cały dzień. Może i lepiej że zepsute. Poskarżyłam się na to mojemu nowemu znajomemu od naprawiania balkonu, bo się przedstawił jako chief engineer i pytał co myślę. No to powiedziałam co myślę, a całkiem sporo obserwacji mi się zebrało (ten kurs asertywności sprzed paru lat na prawdę mi sie przydał).

Z braku roweru pozostały nogi. Cóż... Do Surrender Point ok 7 km, może da sie złapać jakąś podwózkę. No i dało się. W jedną stronę minibusik mnie zawiózł. Niby "rejsowy" autobus, a to poza trasą, ale kto by sie przejmował. Powrót niestety pieszo, bo nic nie jechało, ale droga cały czas wzdłuż plaży, bardzo pieknie (poza miejscami gdzie na ścieżce leżały sobie luzem pieski). Kawałek tej plaży zaliczony w jakimś rankingu ONZowskim jako jeden z najczystszych na świecie. Może dlatego, że całkowicie tam pusto, żadnych hoteli i daleko od cywilizacji. A Malezyjczycy nie są skorzy do chodzenia.

 Surrender Point to miejsce gdzie generał japoński poddał się Australijczykom.  Obok jest Peace Park z głazem z napisami, ufundowanym przez Rząd Japonii i przez nich utrzymywany. Bardzo porządne, ładne miejsce, mozna sie dowiedzieć o co tam chodziło. W oczach Europejczyka to strasznie późno było, dopiero wrzesień 1945. Troche ludzi zginęło, był też obóz jeniecki, więc pozostało sporo grobów wojennych. Wszystkie te groby zostały przeniesione w okolice miasta Labuan (dawniej Victoria, guess why?), tam powstał cmentarz wojenny, zwany World War II Memorial. Wrażenie zdecydowanie amerykańskie. Gładki trawnik z rzędami takich samych, niewielkich płyt, oraz arkada z tablicami z nazwiskami, Nieznany Żołnierz, krzyż dominujący nad polem. Poruszające.

Poza pamiątkami z wojny (mozna tez nurkować do kilku wraków), jest Chimney, czyli ceglany komin, pozostałość brytyjskich kopalni węgla kamiennego, i małe muzeum górnictwa (co tam oni wiedzą o węglu!). Jest też ptaszarnia, ale nie wiem czy warta zachodu, bo nie dotarłam. No i sklepy wolnocłowe. Ale to mnie zupełnie rozczarowało, bo małe i nieciekawe. Mnóstwo wódy i czekolady - spory wybór i na alkohol ceny raczej śmiesznie. Ale kosmetyki to raczej sprzed kilku sezonów i wcale nie atrakcyjne cenowo. Lipa. Sarongi za to najtańsze jakie widziałam. Można byłoby ciężarówkę załadować.

Efektem tego wypadu było lekkie poparzenie słońcem (jakoś mi się nie posmarowało), literek alkoholu (można kupić w mieście i wnieść do samolotu), dwie tabliczki czekolady i kilka sarongów. Ciekawe co przegapiłam przez to, że zakupy robiłam w niedzielę. Dużo sklepów było zamkniętych.

W samolocie spotkałam grupę instruktorów zumby, wracających z pokazów na Labuanie. Studenci, jeden siedział koło mnie - pogadalismy chwilę. Okazuje się, że jest lekarzem, teraz na studiach doktoranckich z patologii. W życiu bym nie pomyślała, że to taki poważny naukowiec. Ufarbowany czub, sylwetka wyrzeźbiona, tylko wzrostu natura nieco poskąpiła... Ciekawe, czy w czasie jak praktykował jako lekarz to też tak wyglądał?

A z innej beczki, to mrozy nastały. Dziś spałam bez klimy i było OK. No i padało cały dzień. Niebo jak przy naszych "trzydniówkach". Na tym Labuanie też zadowolił mnie wiatrak, mimo że zamknęłam balkon z obawy przed komarami.

zdjęcia

Friday, 15 November 2013

Co się dzieje jak nic się nie dzieje

Od lipca w Wolfke Palace był ruch i pokoje pozajmowane. Teraz - wyraźnie po sezonie. Pensjonat nawet na opłaty za media w taki sposób nie zarobi!

A propos Wolfke Palace, to mało brakowało, a Państwo Wyrzykowscy by nie dojechali tutaj, bo taksówkarz tak się skoncentrował na nazwie hotelu, że na adres w ogóle nie spojrzał i powiedział że on nie wie gdzie to jest, więc nie jedzie. Na szczęście udało się nakierować go na właściwe tropy.


No cóż, z braku gości trzeba zająć się innymi rzeczami.

Kuala Lumpur zwiedzone, ale zaglądam w znane kąty z nadzieją na odkrycie czegoś ciekawego. W dzielnice mieszkalne się nie zapuszczam, bo tam na prawdę nie ma co robić. Staram się śledzić życie kulturalne, zaliczam więc wszystkie (prawie) kinowe premiery (i nie tylko premiery). Niestety ostatnio nic mnie nie zachwyciło tak, żeby aż o tym pisać.

Daje się odczuć, że tutejsi artyści lubią musical. W ciągu dwóch miesięcy w KLPAC (Kuala Lumpur Performance Arts Centre) wystawiane są trzy lokalne spektakle (to znaczy autorstwa lokalnego w lokalnej obsadzie). Jeden już za mną - The Edge - bardzo fajna muzyka, dobre głosy, średnie aktorstwo i.... bardzo poważny temat z tragicznym zakończeniem. Zupełnie nie musicalowo, ale warto było zobaczyć. Zobaczymy co przyniosą kolejne dwa.

Mój nowy współlokator
Można wyskoczyć na jeden dzień do Melaki. Tak zrobiłam w ostatnią sobotę. Spędziłam fantastyczny czas w tamtejszych antykwariatach i sklepikach z pamiątkami. Zauważyłam też kilka nowych sentencji w mojej/naszej ulubionej kawiarni. I chyba jeszcze tam wrócę.






Sunday, 3 November 2013

Georgetown - jeszcze nie wszystko odkryte

Czwarty raz w Georgetown (to już w sumie ponad 10 dni w tym mieście) przyniósł sporo powtórek, ale też kilka nowych odkryć.
1. Deszcz nie padał - potwierdza się, że sukienka z Uniqlo, mimo że wygodna, jest trefna i należy ja trzymać w domu.
2. Georgetown jest na razie najlepiej zorganizowanym miastem jakie widziałam w Malezji.

3. Park Narodowy na północnym zachodzie wyspy jest fajny i nieźle zorganizowany, warto pójść jak się nie ma innej okazji na dżunglę. A jak się dżunglę widziało to też warto, bo ładnie. Nie trzeba iść na canopy walk - ten jest średni. Za to droga do Turtle Beach - bardzo ładna i ciekawa. Szkoda tylko, że żółwie się już wykluły, podrosły do odpowiedniego rozmiaru i poszły sobie precz.


4. Nadal znajduję "nowe" metaloplastyczne formy komiksowe na ulicach. Ciekawe ile ich jest....


5. Red Garden, takie miejsce na wieczorne jedzenie, jest bezkonkurencyjny. Razem z muzyką na żywo i kelnerami bijącymi sie niemal o klienta (nie ma rewirów).

Jest też kilka zalet, stawiających Georgetown przed innymi miejscami w Malezji:
1. Można się zorientować w funkcjonowaniu autobusów, bywają rozkłady, a przystanki są oznaczone.
2. Można wypożyczyć rower, na którym Tomek nie wybija sobie zębów kolanami. No i tych rowerów jest dużo - czyli jest szansa na wybór.
3. Jest różnorodność - można być w mieście, albo w dżungli, albo na plaży (a tu też można wybrać pomiędzy dziką a łebopodobną).
4. Jest relatywnie czysto (mało śmieci) i sporo domów jest odnowionych. Daleko mu do Singapuru, ale i tak wrażenie jest pozytywne.


 Zdjęcia

Friday, 1 November 2013

Halloween

Każdy pretekst jest dobry, żeby przyciągnąć ludzi do klubów i knajp. Może być Halloween. No to i my sie bawimy. Lokal był taki sobie i nic szczególnego nie przygotowano. Nawet zespół, który przyszedł grać, grał taki sobie zwykły jazzik. Ale najważniejsze jest towarzystwo.



Wednesday, 23 October 2013

Modne drobiazgi


Każdy, kto przyjeżdża do Malezji, jedzie do Melaki. To punkt obowiązkowy w programie. A jak kto już był, to i tak zawsze znajdzie sobie coś nowego. My na przykład w końcu dotarliśmy do Osady Portugalskiej. Nie dziwię się, że wcześniej sie nie udało, bo na prawde trzeba wiedzieć, gdzie wjechać. Udało sie na rowerkach. Było pusto, jakby wszystkich wymiotło, nie tylko turystów, mieszkańców też.


Tym razem mieszkaliśmy w Baba House w starym domu malajskim (paranakan heritage house). I rzeczywiście w przestrzeni wspólnej było trochę stylowych mebli, pokoje też z nutkami stylowymi (np. umywalka). Podoba mi się ten styl, musi byś tylko strasznie trudny w utrzymaniu (mnóstwo detali - kto to wszystko doczyści?)
Jeszcze jedną powtórką była Putrajaya. Tym razem weszliśmy do meczetu. No i patrzyliśmy z góry na most Aleksandra III ... Dobrze, że przestało padać zaraz na początku wycieczki.




zdjęcia

Tu nas jeszcze nie było - Langkawi

Wreszcie trochę wolnego i to w najlepszym z możliwych towarzystwie - mojego męża. Są z nami również państwo Wyrzykowscy, którzy skorzystali z nieustającego zaproszenia do Wolfke's Guest House, Petaling Jaya. I to oni wybrali Langkawi, dla nas to wspaniały pomysł, bo jeszcze nas tam nie było.

Wylądowaliśmy na wyspie samolotem z KL w poniedziałkowe późne popołudnie. Wyspa powitała nas niezłą pogodą i trochę gorszymi warunkami zakwaterowania. Było nieco zamieszania, na koniec my pozostaliśmy we wcześniej rezerwowanym lokalu, a Krzysztof z Małgosią zdecydowali się na uroczy domek kilkaset metrów dalej (jego podstawową zaletą był taras, na którym można było siedzić sobie w miłym otoczeniu, co niestety nie było możliwe w naszym "resorcie"). Drobne trudności lokalowe nie wpłyneły zbytnio na nasze plany. Wieczór upłynął w miłej atmosferze w towarzystwie kilku sporych krewetek oraz langusty.


Następnego dnia rozpoczęliśmy eksplorację wyspy. Około 500km2 to całkiem sporo, w środku górki pod 800m. Ale szosy wzdłuż wybrzeża wydały się możliwe do pokonania na rowerze. I tu okazało się, że to nie jest takie proste, bo dobre rowery nie dają się wypożyczyć. Może być rower bez przerzutki i rozmiarem pasujący dla Malezyjskiego dwunastolatka. No ale nie
było rady. Pierwsze popołudnie spędziliśmy pedałując na takich właśnie rowerkach. Widoki cakiem niczego sobie, szkoda tylko, że po drodze dwukrotnie zmoczył nas deszcz.

Kolejny dzień, to zupełnie inna historia. Pojechaliśmy na wycieczke do lasów mangrowych. Dotychczas miałam o nich mgliste pojęcie z lekcji geografii i podobno widziałam je na Kubie - ale jakoś mi umknęło. Niesamowite krajobrazy. I te drzewa, wyglądajęce jakby stały po kolana w wodzie.


Chyba najfajniejszy dzień trafił się nam we środę - wypożyczyliśmy znowu rowerki, tym razem udało się znaleźć takie z czymś na kształt przerzutek. Około 20 kilometrów od naszego "domu" była górka (ok 750m), na którą wjeżdza się wyciągiem gondolowym - jak w Alpach, szwajcarskie cacko. A widoki - tropikalne i przecudowne.
Kilkaset metrów od stacji gondoli, około 600 schodków w górę jest wspaniały wodospad zwany 7 Wells. Można się w nim kąpać, woda jest słodka i cudownie chłodna (pewnie ze 25 stopni). Rewelacja. Cały dzień nam tak upłynął na podziwianiu widoków i moczeniu się w wodospadzie.
Potem było jeszcze oglądanie rybek, odwiedzanie różnych plaż, przejażdżka taksóką po wszystkich tych miejscach do których chcieliśmy dotrzeć, ale było za daleko na te słabiutkie rowerki... cała fura miłych wrażeń estetycznych.

Langkawi to fajne miejsce na urlop. Nawet w październiku, który okazał sie być tam jednym z najbardziej deszczowych miesięcy. Trochę nas zmoczyło i być może w bardziej suchym czasie byłoby fajniej, ale wtedy również tłoczniej. No i piwo kosztuje 4 PLN w knajpie, co nie jest bez znaczenia. Refleksja i zadanie na przyszłość - opanować jazdę na skuterku. To jest tutaj najlepszy środek transportu.

zdjęcia

Friday, 11 October 2013

Singapura

Jak już się jest w okolicy, to grzech nie zobaczyć. Jedno z najbogatszych państw świata - i to widać na każdym kroku. Jest czysto, porządnie, ładnie, i... raczej drogo. Na pierwszy rzut oka ceny są liczbowo takie same jak w Malezji, tylko waluta troszkę inna.

Zajechaliśmy w nocy, to znaczy przed 11. Ulica żyła, ludzie jedli, pili, bawili się. My obeszliśmy okolicę i zagłębiliśmy się w planowanie następnych dwóch dni. W efekcie zdecydowaliśmy się na wersję dla leniwych - kupiliśmy dobowe bilety na autobus turystyczny (hop on - hop off). I dobrze, bo po porannym deszczu wyszło słoneczko i był straszliwy upał.

Nie ma co przepisywać przewodnika. Ogród botaniczny jest kapitalny. Pomnik Szopena w nim stoi. Ładny, w bardzo efektownym miejscu, w darze od Polski. W mieście mnóstwo kapitalnych wieżowców - bardzo różne w stylu, ale większość na prawdę piekna. Miasto ma kasę, to i najlepsi architekci projektują, a potem jest to szybko i dokładnie budowane. Dla turysty to nie jest wygodne




ani ładne, ale cały czas tam się coś buduje lub modernizuje. No i widać na ulicach, że jak trzeba, to sie robi i w piątek w nocy i w niedzielę rano...

Państwo jest malutkie, ale atrakcji turystycznych co niemiara. Jak nie ma eksponatów do muzeum, to sie robi prezentację multimedialna i już jest. W Muzeum Narodowym było pewnie z 5 starych skorup, jeden karabin z II wojny światowej, ze dwa ubranka z epoki... a ekspozyję zwiedzaliśmy ze 3 godziny pomijając niektóre kawałki, bo za długo by słuchać.

Powrót przez groblę Causeway Link do Johor Bahru byl troche jak powrót z Niemiec do Polski za komuny. Po jednej stronie czyściutko i porządek, po drugiej swojski nieład, śmieci, grzybek na tynkach...

zdjęcia