Sunday, 23 February 2014

Na ryby...

Niektóre przewodniki wymieniają Pulau Ketam (Crab Island) jako jedną z rzeczy, które trzeba zobaczyć, jak się jest w Kuala Lumpur trochę dłużej. Ja jestem tu trochę dłużej, więc jadę. Wyprawa jest prosta, dostać się jakoś do KTM (kolej podmiejska), i pociągiem do Port Klang. Stamtąd są promy co godzinę do Pulau Ketam Village.




Od jakiegoś czasu umawiałam się z Clintonem na taką wycieczkę, ustaliliśmy że sobota 22 lutego jest OK. Zabraliśmy jeszcze dwójke jego znajomych z pracy, którzy niedawno przyjechali tu z Hongkongu. Fajne dzieciaki!

Promem płynie się ok pół godziny. Nie należy przyglądać się stanowi technicznemu tej jednostki (ten, którym jechaliśmy z powrotem był w nieco lepszym stanie...). Widać niewiele, już wiadomo, że następnym razem trzeba dołożyć 3 RM i wziąć speedboata. Wysiada się niemal wprost na główną ulicę. najpierw szyld hotelu, pewnie dla tych, co nie zdążyli na ostatni prom. Zanurzamy się wgłąb zabudowań. Wioska (miasteczko?) rybacka jest cała na palach, pod spodem błoto i śmieci. A przy brzegu morza też kraby i takie śmieszne rybki, które wyłażą na brzeg i czołgają się w błocie.


Po co tu się przyjeżdża - na kraby. Pyycha. Albo krewetki, czy ryby. I znacznie taniej niś w KL. Po zjedzeniu krabów i omleta z ostrygami obeszliśmy wioskę wzdłuż i wszerz. I... nie ma tu ani jednego meczetu! A jak się nie ma pomysłu na dzień wolny, to na kraba zawsze można wpaść.

zdjęcia

Sunday, 16 February 2014

Miejsce katastrofy bombowca RAF Liberator KL654R

23 sierpnia 1945 roku  bombowiec RAF Liberator KL654R rozbił się na zboczu Gunung Telapak Burok. Zginęła cała ośmioosobowa załoga. Była to tajna misja, polegająca na zrzutach agentów i sprzętu, potrzebnego do wyszukiwania i zmuszania do kapitulacji rozprozonych po półwyspie Malajskim oddziałów japońskich. Akcja była sekretna, bo odbywałą się juz po oficjalnym zakończeniu działań wojennych.

Samolot dokonał zaplanowanego zrzutu, potem zawrócił i ... zaginął. Brytyjczycy uznali (a przynajmniej tak utrzymywali oficjalnie), że samolot wpadł do morza. Załoga jest wymieniona na tablicach pamiąkowych w Singapurze na cmentarzu-pomniku wojennym Kranji CWGC.




Wrak odnaleziono w 1996, po tym jak jeden z okolicznych mieszkańców przytaszczył na lokalny posterunek policji dwa karabiny maszynowe. Wysłannicy Malezyjskiego lotnictwa ustalili, że to właśnie ten samolot. Przez kilka lat Rząd Brytyjski i Ministerstwo Obrony zaprzeczało, ale w końcu dowody okazały sie niepodważalne. Formalny pogrzeb załogi bombowca odbył się 18 października 2012 roku, po 67 latach od katastrofy.

Teraz na miejsce katastrofy wędrują czasem grupy ciekawskich. Od miejsca, gdzie można wjechać samochodem (najlepiej z napędem na 4 koła) jest to ok 2 godziny drogi przez dżunglę, po mocno pofałdowanym terenie. Zrobiliśmy to w grupie 13 osób z Internations. Było ciekawie, dyskutowaliśmy trochę, że miejsce jest zupełnie zapomniane, nie ma żadnej tablicy, oznaczeń. Dziwne, że Brytyjczycy nie chcieli upamiętnić tego miejsca w żaden sposób.
 zdjęcia

Pożegnanie z magiczną wyspą

Ostatni dzień na Bali to wyprawa na południe, tam gdzie tłumy przyjeżdżają na plaże i surfing. Po doświadczeniach dni poprzednich skreśliliśmy z listy ptaszarnię, za to postanowiliśmy wyjachać jak najwcześniej (czyli ok. 9.30), żeby zahaczyć o Kutę. To taki tutejszy Sopot, miasto plaży i rozrywki. Strasznie długo się tam jechało, korek do wjazdu do miasta, potem wąskie jednokierunkowe uliczki, a potem to, czego się można było spodziewać - zatłoczone miasto, plaża z milionem sprzedawców czegokolwiek, wyjście z plaży na ulicę z sieciowymi kawiarniami i obrusowymi knajpami. Koszmar. Udało się wypić mrożoną kawę i odjechać.

Następnym punktem programu miała być wyspa żółwi, ale ze względów czasowych zrezygnowaliśmy. Nie można się ciągle spieszyć, bo przecież mamy jeszcze Uluwatu, ze świątynią i plażą surferską i kolację na plaży. No i wylot o 22.05.



W Uluwatu było strasznie gorąco, przelecieliśmy przez świątynię bez specjalnych zachwytów. Jakoś nam nie leżało. Plaża w Uluwatu okazała się nie do końca być plażą, tylko miejscem nawieszonym na skałach z knajpami i sklepikami dla surferów, oraz zejściem do wodu w celech surferskich (praktycznie tylko).

Zarządziliśmy przeniesienie na inną plażę, tam na szczęście był już piasek i można było wleźć do wydy. Pierwszy raz poczułam tak silny odpływ. Trzeba sie było namachać, żeby wrócić! A motem znowu zmiana plaży, na taką, na kttórej jest milion knajp z owocami morza i rybami właśnie wyjętymi z wody. Tam mieliśmy problem z rybą, bo usiłowano nam wmówić, że minimum to kilogram. W końcu udało sie znaleźć miejsce, gdzie nie było takich problemów, i z akwarium wybraliśmy rybkę 60 deko do podziału. Była przepyszna.

Zachód słońca, morze... Żegnaj, Bali. Nie wiem, czy jeszcze tu wrócę, ale na pewno byłoby po co.

zdjęcia

Friday, 14 February 2014

Bali - dzień czwarty

Dziś nareszcie jedzie z nami Kadek. Liczymy na jego pomoc i komunikatywność, bo dziś znowu sporo starych kamyków i troche kilometrów do przejechania.Główny cel, to wulkan Batur. Nie zdecydowalismy się na ekstrawagancką dwugodzinną nocną wspinaczkę, po to, żeby obejrzeć wschód słońca z wulkanu i zjeść śniadanie gotowane na gorącej lawie. To troszkę za dużo.

Spokojnie, o 9 wyjeżdżamy z domu, najpierw do jakiegoś centrum kulturalnego, żeby zobaczyć taniec Barong. Niezwykłe widowisko, choć nie do końca zrozumiałe dla nieobytego Europejczyka. Troche trudno sie było zdecudować czy pstrykać foty, czy oglądać...


Następny punkt programu, to chyba najstarsza świątynia na Bali, powstała w XI wieku. Jest cała wykuta w skałach i sprawia niesamowite wrażenie. Przez ładnych kilka wieków była zapomniana, odnaleziono ja i przywrócono do użytku chyba w XIX wieku. Od tamtych czasów dodano trochą elementów, ale nadal - cudo.




Kawałek dalej - święte źródła i świątynia obok - Tirta Empul. W źródłach wierni sie kąpią dla oczyszczenia duszy, biora wode do domu, potem, oczyszczeni, idą sie modlić do świątyni. A już po wszystkim - można popiknikować w rozległym parku otaczającym te miejsca.

Ekspresik do tej drogocennej kawy
Krótka przerwa w obcowaniu z kulturą - trochę dla ciała - zaglądamy na plantację kawy. Najważniejszym produktem jest tutaj kawa luwak. to bardzo cenny wyrób, bo zanim dostanie sie do ekspresu, musi przejść przez układ trawienny takiego zwierzątka, nieco podobnego do nutrii. Z kilograma ziaren uzyskuje się około 10 dkg luwak coffee. Nie dziwne, że jest kosmicznie droga. Postanowiliśmy jednak spróbować. 50 RM za filiżankę. Nie warte tych pieniędzy. Chyba nie lepsze od domowej kawy z naszego ekspresu.

Przed nami ostatnie miejsce w dzisiejszym planie zwiedzania -góra Batur - czynny wulkan nad jeziorem o tej samej nazwie. Pogoda zrobiła się taka sobie, ale mamy nadzieję, że coś będzie widać.Wspięliśmy się samochodem na jakąś grań, po której biegnie szosa, są knajpy i sklepiki, i pięknie widać jezioro i wulkan. Największym biznesem są restauracje, które mają wszystkie miejsca z takim widokiem. Znakomita organizacja. Zjedliśmy sobie spokojnie lunch, czekająć żeby chmura poszła sobie ze szczytu wulkanu. Nie do końca się udało, ale niech będzie i tak.




Na koniec jeszcze jedna świątynia, tu zaraz. Dośc spora, tak mniej-więdej stuletnia, może trochę więcej, ale cikawostka w niej była zagnieżdzona w środku świątynia chińska. Okazuje się, że na Bali jest sporo Chińczyków, ale również wykształciła sie społeczność podobna do malezyjskich paranakan (baba i nyona - mieszanka Chińsko-malajska).

Dzień zakończyliśmy zakupami. Marek miał ciężko, ale dał radę. Robił zdjęcia tubylcom.


Wednesday, 12 February 2014

Z ostatniej chwili

Przerywnik - aktualności z gazet malezyjskich

1. Dziś (13 lutego) o 18.00 w Meczecie Narodowym odbeda się specjalne modły w intencji pokoju i dobrobytu Malezji
2. Walentynki, jako zabobon chrześcijański są zabronione dla prawdziwych Muzułmanów (skąd my to znamy?).

Wywołało to dłuższą przerwę w pracy na dyskusję o świętach, obyczajach, równości wobec prawa i zeszło na to jaką rolę (społeczną, ekonomiczną, polityczną) pełnią Żydzi na Zachodzie (a Chińczycy tutaj). Hmmm....

Bali - dzień trzeci

Ufff, zmęczeni siedzeniem w samochodzie prawie cały dzień wczorajszy, z nadzieją powitaliśmy słońce i perspektywę dzisiejszego plażowania. A tak, bo plan na sobotę to wytwórnia batików, potem Klungkung, Tirtagangga, a potem plażowanie ze snorkelingiem w Amed.

No to jedziemy. Za kierownicą znowu Putu, ale wycieczka nie wygląda na skomplikowaną, więc powinien dać radę. W wytwórni batików jesteśmy na szczęście przed wielkim tłumem, który nadjechał jak obładowane zakupami wychodziłyśmy ze sklepu. Marek nam nie towarzyszył. On zrobił kilka (dziesiąt?) zdjęć pracownikom fabryki przy pracy.

Teraz do Klungkung. To miasto, w którym są pozostałości siedziby włądców tego regionu z XVIII wieku. Ogląda się Kertha Gosa - salę sądu i pawilon na wodzie. W obu są kapitalne malunki na sufitach. Balijska wędrówka duszy,  ilustracje do balijskiego kalendarza, do baśni o Pan i Me Brayut i ich 18 dzieciach....



Obok Kertha Gosa jest pomnik upamiętniający masowe honorowe samobójstwo rodziny królewskiej, popełnione, żeby nie dostać sie pod panowanie Holendrów (dopiero wtedy się tam pojawili...). Wydarzenie pamiętne dla Balijczyków i bardzo pasujące do ich kultury, ale pomnik - katastrofa. Nie zacytuję z poprawności politycznej z czym nam się skojarzył.



Ten z gitarą, to nasz wybawca - on pokazał nam drogę na plażę
Po opuszczeniu Klungkung skierowaliśmy sie według planu dalej na północny wschód. Minęło właśnie południe. Małgosię coś tknęło i zaczęła drążyć jak daleko jest do kolejnych punktów programu. No i Putu wydukał, że do Amed to ok 4 godziny jazdy. No to nam się zrobiło słabo i stwierdziliśmy, że nie, Tirtagangga może sie bez nas obyć, a morze jest bliżej niż w Amed, bo właśnie już je widać. Zarządziliśmy szukanie najbliższej plaży. Padło na miejscowość Padang Bai. Putu zajechał prosta droga prosto na przystań promu na Lombok. Tam napadła nas chmara naganiaczy na wycieczki łódką na snorkeling. Ale my uparliśmy się, żeby znaleźć najpierw plażę i tam sie rozłożyć, a potem się zobaczy. No i wzięłyśmy koniec języka za przewodnika i weszłysmy do pierwszego napotkanego pensjonatu. Tam mili biali ludzie powiedzieli, że taka kamienista, stroma ścieżka za domem prowadzi do małej, fajnej plaży z biełym piaskiem. Nic więcej nam nie trzeba. Dodał jeszcze, że mozna snorkelingować z brzegu, są rybki, tylko nie ma rafy. Lecimy. I polecieliśmy. było bajkowo. Putu chyba też polubił to miejsce, bo kupił okulary i zrobił sobie tatuaż henną. Siedzieliśmy tam do piątej. Zjedlismy super rybki z grilla (a najpierw prosto z morza). Rewelacja! A plaże w Amed poczekają na następne nasze wakacje na Bali.

a to nikt z nas, to chłopiec, który próbuje surfować na falach

Monday, 10 February 2014

Bali, dzień drugi

Mimo natłoku wrażeń spałam nieźle, naturalna pobudka przed ósmą była całkiem na miejcu. Kadek pojawił się natychmiast z propozycją śniadania, słoneczko przyświecało, atmosfera kanikuły...

Trochę balijskiej specyfiki: mało imion tam mają, nieco dziwne, bo co drugi chłopak na ulid=cy to Putu albo Wayan, Kadek czy Nyoman. Na szczęście coś wyczytaliśmy, a potem "nasz" Kadek to potwierdził:
Pierworodne dziecię to Wayan, Putu, Gede, lub Ni Luh(tylko dziewczynki)
Drugie z kolei to Made, Kadek lub Nengah
Trzecie z kolei to Nyoman lub Komang
Czwarte to Ketut
I dalej od początku...  No i podobno tak samo nazywane są dziewczynki (ale nie zaznajomiliśmy się z żadną, żeby potwierdzic, a szczerze mówiąc, zapomniałam omówić to z żoną Kadeka.

Pogoda się psuje, chmury wieszczą deszcz. Miejmy nadzieję, że przelotny. Plan na piątek napięty - jedziemy na samą północ wyspy, do Loviny, przez Bratan Lake ze słynną świątynią na jeziorze i wodospad Gitgit. A z Loviny mamy dotrzeć na zachód slońca do Tanah Lot. Wszytko to tłumaczy się najlepiej obrazkami.
Świątynia na jeziorze Bratan

 Pojechaliśmy z kolegą Kadeka, Putu, bo Kadek musiał zabrać córeczkę do lekarza (rzeczywiście paskudnie kaszlała). Putu wygląda chłopaczkowato, myślę, że ma najwyżej 20 lat, no i niestety jego angielski nie jest najlepszy. Ale na szosie jakoś sobie radził, mimo, że była wąska, kręta i góra-dół. Jezioro Bratan - piękne i świątynia też super. wszystko zadbane, wypielęgnowane. Perełka.

Gitgit (ciemno było, chlapało i wariaci spuszczali się na linie)
Następny punkt to wodospad Gitgit. To okazała sie nasza drobna porażka. Zaatakowani przez samozwańczych przewodników nie potrafiliśmy sie ich skutecznie pozbvyć, i przerobili nas na szaro w kasie. Wstęp do wodospadu jest płatny, ale nie wywieszono cennika, samozwańczy przewodnik więc szybko podaje cene kasjerce, ona ją wpisuje na bilet, a Ty nie masz jak tego sprawdzić. W ten sposób przepłaciliśmy drastycznie (Małgosiu, Marku - nie chcecie wiedzieć ile!), a na dodatek za rzecz która wcale nie była tego warta, a nawet można ja pominąć - wodospad jak wodospad. Te na Langkawi były zdecydowanie fajniejsze.

Lovina - akurat zaciągnęło się i zaczęło padać :(
 Lekko wkurzeni kazaliśmy jechać dalej, mając nadzieję, że widok morza i plaży nieco poprawi nam humory. No i trochę tak... Nawet pomimo czarnego piasku i takiegoż nieba. No ale co morze to morze. Wyglądało trochę jak w Dąbkach po sezonie. Tylko niezmordowani handlarze próbowali sprzedać nam prawdziwe perły i jeszcze prawdziwsze sarongi. Daliśmy odpór.

Resztki zachodu słońca w Tanah Lot.
Po lunchu ruszyliśmy w kierunku południowo-zachodnim, do Tanah Lot. Putu powiedział, że to dwie godziny drogi. Pomylił się tylko o... dwie. Niestety więc nie zobaczyliśmy świątyni w szczegółach, a moim aparacikiem to nawet zdjęcia nie wyszły, bo za ciemno. No cóż. Trudno. Za późno było również na Kacak dance - pokaz jednego z tradycyjnych balijskich tańców.

Powrót do Ubud zajął nam jeszcze ponad godzinę, Putu lawirował jakimiś małymi uliczkami... ale w końcu dojechaliśmy.

Saturday, 8 February 2014

Bali

Chiński Nowy Rok, to dwa dni wolne od pracy. Jeszcze jeden zaległy z zeszłego roku i... mamy 5 dni wakacji. Zaplanowane wieki temu na samotną wyprawę na szczęście zmieniły się w wyjazd grupowy - we trójkę z Małgosią i Markiem. Środa, samolot o20.25, taksówka zamówiona na 18.10, ja wpadłam do domu o 17.50. Na szczęście spakowałam się wieczorem i teraz zostało tylko przepakowanie torebki. Nie obyło się bez stresu, bo stanęliśmy w złej kolejce do oddawania bagażu i zrobiło się późno. Ale udało się. Lecimy!

W nocy wszystkie koty są czarne. Taksówkarz nie bardzo wiedział, gdzie jest nasz hotel, ale w końcu dał radę. Wąska uliczka, domek na górce. Rano okazało się, że to klasyczne tutejsze obejście, z kilkoma zabudowaniami i świątyńką (shrine) u wejścia. Trzy pokoje gościnne w osobnym budynku, przed każdym tarasik ze stolikiem i krzesłami. Tam wydawane było śniadanie.Gospodarz pojawiał się z pytaniem o śniadanie natychmiast, jak ktokolwiek wyszedł rano z pokoju. Na śniadanie kawa plujka, sałatka owocowa i albo jeden z trzech zestawów w stylu zachodnim, albo jedno z trzech śniadań lokalnych. Te lokalne, to takie kluski ryżowe w różnych wersjach, albo pudding z czarnego ryżu. Wszystko bardzo smaczne.
 
Rano przy pomocy Kadeka, naszego gospodarza, zaplanowaliśmy pobyt. Kadek zadeklarował się, że nas będzie woził. To niezłe rozwiązanie, bo na bieżąco można modyfikować plany, konsultować zmiany i takie tam.

Dzień Pierwszy - Ubud.
Nie ma co wchodzić w szczegóły, stare albo wyglądające na stare domy, do każdego piękne rzeźbione i malowane drzwi, za nimi kapliczki, wszechobecne talerzyki z liścia banana z ofiarą dla duchów, świątynie, sklepy i stragany ze wszystkim... Nie bardzo wiedzielismy na co patrzeć, w którą strone sie obrócić. Na mapce, którą dostaliśmy od Kadeka na szczęście zaznaczone były tylko 4 obiekty oraz polecane przez niego tarasy ryżowe. Szliśmy wyznaczoną trasą z coraz bardziej opadającymi szczękami. Lunch w restauracji z widokiem na pola ryżowe, potem dalej w drogę. Na 16 mieliśmy byc w domu, żeby sie przebrać odpowiednio na ceremonię w świątyni w Monkey Forest (to taki park, jak nazwa wskazuje pełny małp). Kadek przyniósł nam stroje i razem z żona udzielili instrukcji co z tym zrobić. Wyszło nieźle.Po drodze do Monkey Forest tubylcy nas zaczepiali chwaląc stroje. Nie zmieniło to niestety faktu, że na czas ceremonii na teren świątyni nas nie wpuszczono :( Na szczęście mozna było oglądać zza muru. Niezwykłe! Były modły, muzyka, dary, tańce. Tak ze dwie godziny. Potem towarzystwo zaczęło sie rozchodzić, to i my poszliśmy, zmeczeni trochę staniem za murem. Później Kadek powiedział, że tam jeszcze długo w tym parku odbywały się jakieś ceremonie. No cóż... ale i tak pewnie by nas do środka nie wpuścili, a na podglądanie z zewnątrz to juz  nie mieliśmy siły.







Friday, 7 February 2014

Nadchodzi Chiński Nowy Rok

Ale zanim on nadejdzie, to wszyscy sie do niego szykują, tak jak do Bożego Narodzenia. Zaraz po "naszym" Nowym Roku dekoracje zmieniono na czerwono - złote i pojawiły sie konie. Bo to Rok Konia sie zaczyna.

W związku z wizytą Małgosi i Marka do programu wskoczyło tradycyjne zwiedzanie Georgetown. No bo to przecież najpiękniejsze miejsce tutaj (tak mi sie na razie wydaje). Pojechali sami, ale ja dołączyłam na weekend. Nie można przepuścić takiej okazji. Poza tym wiadomo, że zawsze sie coś nowego pojawi. Najpierw spedziliśmy czarującą godzinę na plaży w Batu Ferringhi, podziwiając zachód słońca i pijąc kolorowe drinki.

A następnego dnia (niedziela) w planie był Penang Hill i Kek Lok Si, ale los chciał, żeby kolejność była odwrotna. Podjechało 204, a nie 204, więc do Kek Lok Si. No i tak tam było fajnie, że na wjazd na górę nie starczyło czasu. Trudno. Nie można sie ciągle spieszyć. Cały kompleks Kek Lok Si był przecudownie udekorowany na CNY. Robi wrażenie.




zdjęcia

Wednesday, 5 February 2014

Jak spóźnić się na autobus, będąc na dworcu godzinę przed odjazdem?

Thaipusam jest jednym z najważniejszych świąt hinduskich. W Malezji jest obchodzone w kilku stanach, na szczęście też w Selangorze i Kuala Lumpur. Rok temu udało mi się zobaczyć mniej - więcej o co chodzi będąc w Batu Caves z Sudhą. Teraz nadszedł czas posłużyć za Cicerone. Kaśka na szczęście przyjechała dość wypoczęta, więc dała się namówić na wyprawę. Połączenie odpustowego jarmarku z balem przebierańców. No i ci faceci z cytrynami na kolczykach wbitych w plecy...
 


Na sobotę zaplanowałam zagonić Kaśkę do Melaki, bo przecież siedzieć 5 dni w KL nie ma sensu. Pojechałyśmy sobie rano, fajnie było, pierwsze wrażenie - o, Hard Rock Cafe! to jest bardzo miłe miasto na jeden dzień. I mają przepyszne ciasteczka ananasowe.

Jeszcze jedna rzecz, którą można zrobić w weekend w KL, to zwiedzić Putrajayę. W weekend jeżdżą autobusy wycieczkowe z przewodnikiem, które obwożą po wszystkich ważnych miejscach. No to co - trzeba brać. Najpierw był lunch w restauracji prowadzonej przez te samą rodzinę chińczyków od trzech pokoleń. Ciekawe doświadczenie zarówno społeczne jak i kulinarne. Kolejka do stolików, spokojnie każde miejsce wykorzystane - przy jednym stole dwa niezależne towarzystwa to standard. No i na przekąskę super pieczony boczuś... Potem kotlet w panierce, prawie jak nasz schabowy.

Objedzone po wrąbki pojechalyśmy taksówką do Putrajaya (Putrajaya Sentral). Tam o 14.00 dowiedziałyśmy się, że autobus turystyczny odjeżdża o 15.00, zapisałyśmy sie na liste i poszłyśmy na kawę. O 14.45, nawiązujęc kontakt wzrokowy z panem, który nas na liste zapisywał zasiadłyśmy na ławce i kontynuowałyśmy porywającą dyskusje o różnych metodach depilacji. Po chwili patrzymy, jest 15.00, pana nie ma, autobusu też, a inny pan mówi, że już dawno odjechał. Nie powiem co poczułąm. Taksówka pojechałysmy na Putra Square, licząc, że go dogonimy, ale nic z tego. Pan w informacji turystycznej tamże poinformował nas, że ten autobus to właśnie o 15 odjechał z Putra Square, a nie z dworca Putrajaya Sentral.


Jak już sie jest na Putra Square, to sieogląda meczet (też od środka) i pałac premiera (z zewnątrz), oraz perspektywę wzdłuż centralnej alei przecinającej miasto. I to byłoby już, żeby nie to, że odkryłyśmy przejażdżki statkiem po rzece (a może to jezioro?). Dzięki temu spędziłyśmy jeszcze godzinkę podziwiając nowoczesne, czyste i uporządkowane miasto. Bardzo piękne.


zdjęcia