
Niektóre przewodniki wymieniają Pulau Ketam (Crab Island) jako jedną z rzeczy, które trzeba zobaczyć, jak się jest w Kuala Lumpur trochę dłużej. Ja jestem tu trochę dłużej, więc jadę. Wyprawa jest prosta, dostać się jakoś do KTM (kolej podmiejska), i pociągiem do Port Klang. Stamtąd są promy co godzinę do Pulau Ketam Village.
Od jakiegoś czasu umawiałam się z Clintonem na taką wycieczkę, ustaliliśmy że sobota 22 lutego jest OK. Zabraliśmy jeszcze dwójke jego znajomych z pracy, którzy niedawno przyjechali tu z Hongkongu. Fajne dzieciaki!


Promem płynie się ok pół godziny. Nie należy przyglądać się stanowi technicznemu tej jednostki (ten, którym jechaliśmy z powrotem był w nieco lepszym stanie...). Widać niewiele, już wiadomo, że następnym razem trzeba dołożyć 3 RM i wziąć speedboata. Wysiada się niemal wprost na główną ulicę. najpierw szyld hotelu, pewnie dla tych, co nie zdążyli na ostatni prom. Zanurzamy się wgłąb zabudowań. Wioska (miasteczko?) rybacka jest cała na palach, pod spodem błoto i śmieci. A przy brzegu morza też kraby i takie śmieszne rybki, które wyłażą na brzeg i czołgają się w błocie.

Po co tu się przyjeżdża - na kraby. Pyycha. Albo krewetki, czy ryby. I znacznie taniej niś w KL. Po zjedzeniu krabów i omleta z ostrygami obeszliśmy wioskę wzdłuż i wszerz. I... nie ma tu ani jednego meczetu! A jak się nie ma pomysłu na dzień wolny, to na kraba zawsze można wpaść.
zdjęcia
No comments:
Post a Comment