
Ostatni dzień na Bali to wyprawa na południe, tam gdzie tłumy przyjeżdżają na plaże i surfing. Po doświadczeniach dni poprzednich skreśliliśmy z listy ptaszarnię, za to postanowiliśmy wyjachać jak najwcześniej (czyli ok. 9.30), żeby zahaczyć o Kutę. To taki tutejszy Sopot, miasto plaży i rozrywki. Strasznie długo się tam jechało, korek do wjazdu do miasta, potem wąskie jednokierunkowe uliczki, a potem to, czego się można było spodziewać - zatłoczone miasto, plaża z milionem sprzedawców czegokolwiek, wyjście z plaży na ulicę z sieciowymi kawiarniami i obrusowymi knajpami. Koszmar. Udało się wypić mrożoną kawę i odjechać.
Następnym punktem programu miała być wyspa żółwi, ale ze względów czasowych zrezygnowaliśmy. Nie można się ciągle spieszyć, bo przecież mamy jeszcze Uluwatu, ze świątynią i plażą surferską i kolację na plaży. No i wylot o 22.05.

W Uluwatu było strasznie gorąco, przelecieliśmy przez świątynię bez specjalnych zachwytów. Jakoś nam nie leżało. Plaża w Uluwatu okazała się nie do końca być plażą, tylko miejscem nawieszonym na skałach z knajpami i sklepikami dla surferów, oraz zejściem do wodu w celech surferskich (praktycznie tylko).
Zarządziliśmy przeniesienie na inną plażę, tam na szczęście był już piasek i można było wleźć do wydy. Pierwszy raz poczułam tak silny odpływ. Trzeba sie było namachać, żeby wrócić! A motem znowu zmiana plaży, na taką, na kttórej jest milion knajp z owocami morza i rybami właśnie wyjętymi z wody. Tam mieliśmy problem z rybą, bo usiłowano nam wmówić, że minimum to kilogram. W końcu udało sie znaleźć miejsce, gdzie nie było takich problemów, i z akwarium wybraliśmy rybkę 60 deko do podziału. Była przepyszna.
Zachód słońca, morze... Żegnaj, Bali. Nie wiem, czy jeszcze tu wrócę, ale na pewno byłoby po co.
zdjęcia
No comments:
Post a Comment