Monday, 10 February 2014

Bali, dzień drugi

Mimo natłoku wrażeń spałam nieźle, naturalna pobudka przed ósmą była całkiem na miejcu. Kadek pojawił się natychmiast z propozycją śniadania, słoneczko przyświecało, atmosfera kanikuły...

Trochę balijskiej specyfiki: mało imion tam mają, nieco dziwne, bo co drugi chłopak na ulid=cy to Putu albo Wayan, Kadek czy Nyoman. Na szczęście coś wyczytaliśmy, a potem "nasz" Kadek to potwierdził:
Pierworodne dziecię to Wayan, Putu, Gede, lub Ni Luh(tylko dziewczynki)
Drugie z kolei to Made, Kadek lub Nengah
Trzecie z kolei to Nyoman lub Komang
Czwarte to Ketut
I dalej od początku...  No i podobno tak samo nazywane są dziewczynki (ale nie zaznajomiliśmy się z żadną, żeby potwierdzic, a szczerze mówiąc, zapomniałam omówić to z żoną Kadeka.

Pogoda się psuje, chmury wieszczą deszcz. Miejmy nadzieję, że przelotny. Plan na piątek napięty - jedziemy na samą północ wyspy, do Loviny, przez Bratan Lake ze słynną świątynią na jeziorze i wodospad Gitgit. A z Loviny mamy dotrzeć na zachód slońca do Tanah Lot. Wszytko to tłumaczy się najlepiej obrazkami.
Świątynia na jeziorze Bratan

 Pojechaliśmy z kolegą Kadeka, Putu, bo Kadek musiał zabrać córeczkę do lekarza (rzeczywiście paskudnie kaszlała). Putu wygląda chłopaczkowato, myślę, że ma najwyżej 20 lat, no i niestety jego angielski nie jest najlepszy. Ale na szosie jakoś sobie radził, mimo, że była wąska, kręta i góra-dół. Jezioro Bratan - piękne i świątynia też super. wszystko zadbane, wypielęgnowane. Perełka.

Gitgit (ciemno było, chlapało i wariaci spuszczali się na linie)
Następny punkt to wodospad Gitgit. To okazała sie nasza drobna porażka. Zaatakowani przez samozwańczych przewodników nie potrafiliśmy sie ich skutecznie pozbvyć, i przerobili nas na szaro w kasie. Wstęp do wodospadu jest płatny, ale nie wywieszono cennika, samozwańczy przewodnik więc szybko podaje cene kasjerce, ona ją wpisuje na bilet, a Ty nie masz jak tego sprawdzić. W ten sposób przepłaciliśmy drastycznie (Małgosiu, Marku - nie chcecie wiedzieć ile!), a na dodatek za rzecz która wcale nie była tego warta, a nawet można ja pominąć - wodospad jak wodospad. Te na Langkawi były zdecydowanie fajniejsze.

Lovina - akurat zaciągnęło się i zaczęło padać :(
 Lekko wkurzeni kazaliśmy jechać dalej, mając nadzieję, że widok morza i plaży nieco poprawi nam humory. No i trochę tak... Nawet pomimo czarnego piasku i takiegoż nieba. No ale co morze to morze. Wyglądało trochę jak w Dąbkach po sezonie. Tylko niezmordowani handlarze próbowali sprzedać nam prawdziwe perły i jeszcze prawdziwsze sarongi. Daliśmy odpór.

Resztki zachodu słońca w Tanah Lot.
Po lunchu ruszyliśmy w kierunku południowo-zachodnim, do Tanah Lot. Putu powiedział, że to dwie godziny drogi. Pomylił się tylko o... dwie. Niestety więc nie zobaczyliśmy świątyni w szczegółach, a moim aparacikiem to nawet zdjęcia nie wyszły, bo za ciemno. No cóż. Trudno. Za późno było również na Kacak dance - pokaz jednego z tradycyjnych balijskich tańców.

Powrót do Ubud zajął nam jeszcze ponad godzinę, Putu lawirował jakimiś małymi uliczkami... ale w końcu dojechaliśmy.

No comments:

Post a Comment