Trochę balijskiej specyfiki: mało imion tam mają, nieco dziwne, bo co drugi chłopak na ulid=cy to Putu albo Wayan, Kadek czy Nyoman. Na szczęście coś wyczytaliśmy, a potem "nasz" Kadek to potwierdził:
Pierworodne dziecię to Wayan, Putu, Gede, lub Ni Luh(tylko dziewczynki)
Drugie z kolei to Made, Kadek lub Nengah
Trzecie z kolei to Nyoman lub Komang
Czwarte to Ketut
I dalej od początku... No i podobno tak samo nazywane są dziewczynki (ale nie zaznajomiliśmy się z żadną, żeby potwierdzic, a szczerze mówiąc, zapomniałam omówić to z żoną Kadeka.
Pogoda się psuje, chmury wieszczą deszcz. Miejmy nadzieję, że przelotny. Plan na piątek napięty - jedziemy na samą północ wyspy, do Loviny, przez Bratan Lake ze słynną świątynią na jeziorze i wodospad Gitgit. A z Loviny mamy dotrzeć na zachód slońca do Tanah Lot. Wszytko to tłumaczy się najlepiej obrazkami.
| Świątynia na jeziorze Bratan |
Pojechaliśmy z kolegą Kadeka, Putu, bo Kadek musiał zabrać córeczkę do lekarza (rzeczywiście paskudnie kaszlała). Putu wygląda chłopaczkowato, myślę, że ma najwyżej 20 lat, no i niestety jego angielski nie jest najlepszy. Ale na szosie jakoś sobie radził, mimo, że była wąska, kręta i góra-dół. Jezioro Bratan - piękne i świątynia też super. wszystko zadbane, wypielęgnowane. Perełka.
| Gitgit (ciemno było, chlapało i wariaci spuszczali się na linie) |
| Lovina - akurat zaciągnęło się i zaczęło padać :( |
| Resztki zachodu słońca w Tanah Lot. |
Powrót do Ubud zajął nam jeszcze ponad godzinę, Putu lawirował jakimiś małymi uliczkami... ale w końcu dojechaliśmy.
No comments:
Post a Comment