Sunday, 21 April 2013

Putrajaya, czyli miasteczko rządowe

Rezydencja Premiera
Osiedle szeregowców
Już było wcześniej,  że Malezyjczycy zbudowali miasto dla instytucji rządowych, ok 20km od KL, na miejcu plantacji kauczuku i palm, z których owoców robi się olej. Budowa zaczęła się na początku lat 90 XX wieku, w 1999 przeniesiono tam większość instytucji rządowych i siedzibe premiera. W 2001 Putrajaya zostałą nowym Terytorium Federalnym (wyłączonym ze stan Selangor). Wszystko jest nowe i zaplanowane, część lasów zachowano, tworząc podstawy parków. Wygląda naprawdę imponująco. I świadczy niezmiernie o kulturze - władza musi zademonstrować, że ma władzę, hierarchia jest ściśle wyznaczona. Urzędnicy rządowi dostają mieszkanie w Putrajaya, w zależności od zajmowanego stanowiska jest to mieszkanie w bloku, szeregowiec albo wolnostojąca willa. No i jeszcze ważne jest GDZIE, bo jak blisko siedziby premiera, to już te wille są niczego sobie... Miasto ma oczywiście swoje szkoły i bardzo gęstą sieć autobusową (pojedynczy bilet kosztuje 1RM, czyli taniej niż gdziekolwiek indziej). To nie jest biedny kraj i bardzo dba o swój rząd.



A całe to bogactwo jest na koszt Państwa pokazywane turystom. W soboty i niedziele organizowane są dwugodzinne wycieczki autokarowe z przewodnikiem dookoła miasta. Taka wycieczka kosztuje ... 1RM (ZŁOTÓWKĘ!!!!!!!!). Pan jest łaskawy i hojny. 

Nie dziwne, że wyniki wyborów mogą niektórym namieszać, bo jakby trzeba było się wyprowadzić z tego miejsca, to pewnie przykro.... Każdy chciałby dotrwać tam do emerytury (bo odchodząc na emeryturę trzeba się wyprowadzić).

Od tubylców jeden negatywny komentarz usłyszałam - w Putrajaya nie uświadczysz wieprzowiny, ani w sklepie, ani w knajpie. Wszystko musi być halal. Chińska mniejszość nie jest więc zainteresowana mieszkaniem w tej okolicy. Może jak nastałaby opozycja, to i tu zmiany by nastąpiły...

Zdjęcia: https://plus.google.com/u/0/photos/108668600531371879611/albums/5870012971946677505?authkey=CPndhIDhz_bOxQE

Friday, 19 April 2013

Będą wybory

Ten temat padł już kilkakroć wcześniej. Teraz już wiadomo. Wybory będą 5 maja, jutro zamykają się listy wyborcze. O ile dobrze rozumiem, okręgi są jednomandatowe. Wybierany jest parlament oraz władze lokalne w poszczególnych stanach (12), bo w 13 stanie, Sarawaku, wybory były w 2011, a kadencje są 5-letnie). Ale nie zamierzam się dzielić szczegółami. Tylko trochę refleksji:

1. Obecna koalicja rządząca jest u władzy od początku, czyli od ponad 50 lat. Jak każda władza, oskarżani są o korupcję, nepotyzm, wykorzystywanie stanowisk, złą politykę socjalna, złą politykę w odniesieniu do prywatnego biznesu, popieranie monopoli, itd (normalka, ale po 50 latach zapewne wszystko to ma miejsce)
2. Istnieje w systemie prawnym podział na obywateli pierwszej i drugiej kategorii: Malezyjczycy, muzułmanie narodowości malajskiej i reszta (Hindusi, Chińczycy, Malaje niemuzułmanie, inne nacje). Główna różnica to przywileje dla tych pierwszych w podatkach, biznesie, zakupach nieruchomości... Szczegółów nie znam, ale co by nie było, podział jest.
3. Opozycja jest teraz stosunkowo silna, najsilniejsza w historii, ale nadal pewnie niewystarczająco zjednoczona żeby coś poradzić. Zapewne więc znowu nie wygra, ale tym razem różnica nie będzie juzznaczna, a poza tym, mogą wygrać w niektórych stanach dotychczas będących w rękach partii rządzącej.

Co z tego wynika? A no plotki, że jak cos pójdzie nie tak, to będą zamieszki, rozruchy czy co tam jeszcze. No i ludzie zaczęli kupować żarcie i przygotowywać się do wojny... Ja już jestem przygotowana, bo postanowiłam przetrenować to, czego uczyłam się na kursie.  A że gotowanie jednej porcji to koszmar, to nagotowałam na pułk wojska. No może nie na pułk tylko na drużynę, ale i tak na jakiś czas wystarczy. Ryż też mam w szafce, więc spoko. A za dwa tygodnie się okaże, jaką mamy demokrację w Malezji.

Tuesday, 16 April 2013

Drezdeńska 5

Myślę, że w większości miast jest takie miejsce (chociaż usiłuję sobie przypomnieć, czy spotkałam takie w Paryżu albo w Londynie i nie mogę...), jakby wyjęte z innej bajki, zapomniane przez wszystkich. Absolwenci Szkoły Podstawowej nr 54 (inni być może też wiedzą o co chodzi) pamietają domek z adresem Drezdeńska 5, wciśnięty pomiedzy "gierkowskie" bloki osiedla.

W Kuala Lumpur, w odległości niedługiego spaceru od Petronas Towers jest Kampung Baru (Nowa Wieś) - osiedle drewnianych domków malajskich. Takich malajskich domków w KL jest więcej wśród wieżowców, ale tu zachowało się całe osiedle! Wygląda jak zagubiona w dżungli wieżowców wioska. Ale nie jest zapomniana, tętni życiem. Na każdym rogu jest wiata, służąca za restaurację, wózek z napojami, owocami, gotowaną kukurydzą, ludzie siedzą, jedzą, gadają. Lekkim dysonansem są dziesiątki samochodów (różnych, nie wszystkie to stare Protony) wtłoczone w ciasne uliczki. Za dwa tygodnie wybory, miasto jest więc pełne plakatów, flag poszczególnych frakcji. W Kampung Baru jest ich tyle, że ciężko było nawet zrobić zdjęcie tych domków (tak, żeby widać było domki a nie flagi). Ciekawe, że tubylcy byli zdziwieni: po co tam jechać, przecież tam nic nie ma...




I jeszcze jedno porównanie do Warszawy - stosunek do rzeki: przez KL przepływają i łączą się dwie rzeki, Klang i Gombak (Kuala Lumpur po malajsku może znaczyć "błotnisty zbieg"). Ale miasto jakby odsuwa się od rzek, płyną one w betonowych korytach, nad brzegami nic się nie dzieje. I trudno się dziwić, bo zapachy dochodzące z tych rzek to raczej zapachy dosłownie z koryta, a woda ma kolor błota. Szkoda, bo przy tych temperaturach przyjaźń z rzeką mogłaby być przyjemna. W temacie rzeki nasza Warszawa wygrywa. Mimo, że przez lata Warszawa odsuwała sie od rzeki, teraz to się zmienia i jest miło. Tutaj raczej to nie nastąpi. Oni chyba wolą budować aquaparki.

Trochę zdjęć z weekendu: https://plus.google.com/u/0/photos/108668600531371879611/albums/5867449786930358129?authkey=CPHayJmwy57-7QE


Wednesday, 10 April 2013

Parę słów o pogodzie

Praktycznie, pogoda się tu nie zmienia (albo raczej zmienia się nieznacznie). Dni są w większości pochmurne z przejaśnieniami albo słoneczne z przelotnym zachmurzeniem (tak chyba formalnie prezenterzy pogody wyrażają się w telewizji). A znaczy to, że nie ma lampy bez przerwy, a nawet często jest więcej chmur niż słońca. I to jest raczej dobra wiadomość, bo jak już świeci to jest BARDZO ciepło.

W połowie marca wreszcie kupiłam termometr. Powiesiłam na ścianie i czasem patrzyłam co mówi. Po kilku dniach stwierdziłam, że pewnie jest zepsuty, bo cały czas pokazywał 30-31 stopni. A dziś rano wstaję i czuję ..... zimno!!!! Patrze na mój termometr i widzę 28. Wcześniej nie przyszło mi do głowy, że 2 stopnie to taka różnica, a jednak! Dzięki temu droga do roboty była jakby krótsza.

Deszcz pada tu prawie codziennie. I to jest solidny deszcz, ale trwa nie dłużej niż godzinkę. Wszystko potem wysycha w kolejna godzinkę, temperatura raczej nie spada zauważalnie, tylko wilgotność powietrza rośnie. Zwykle taki deszcz jest związany z burzą, Grzmi i błyska całkiem spektakularnie. Ale rzadko sie zdarza taka burza więcej niż raz dziennie.

Jedna taka wczoraj się rozszalała, że pioruny waliły prosto w mój dom... I lało, że hej. Chyba nawet dłużej niż godzine. Dziś w gazecie wyczytałam, że zalało KL, to znaczy niektóre ulice były tak zalane, że nie można było przejechać samochodem (na zdjęciach rzeczywiście nieźle to wyglądało). Na szczęście poza kilkoma padłymi drzewami, i gigantycznymi korkami w mieście przez cały wczorajszy wieczór, żadnych strat. W sumie dobrze, że to jest takie szczęśliwe miejsce na ziemi bez trzęsień, powodzi, suszy, huraganów....

Sunday, 7 April 2013

LaZat, czyli pycha


Czas na poważnie wziąć się za lokalną kuchnię, bo szkoda byłoby przegapić i nie nauczyć się różnych sposobów przygotowywania tutejszego jedzenia. Widziałam różne szkoły w necie, ale jakoś albo nie wydawały mi się odpowiednie, albo proponowały lekcje w dni powszednie - turysta to da radę, ale ja niestety muszę pracować. Uratował mnie Jay, syn Sudhy. To on wykupił jej jedną sesję w szkole o nazwie LaZat (to po malajsku pyszne). A Sudha zaproponowała mi, żebym dołączyła. Zapisałysmy sie na sobotę, na program o nazwie Authentic Malay. Proponowane menu:
  • Cucur Udang/Prawn Fritters  (krewetki z różnymi przyprawami w cieście, smażone w głębokim oleju
  • Beef Rendang (duszona wołowina - to jest rewelacja)
  • Acar Timun/Spicy Cooked Cucumber Salad (sałatka z ogórka i marchewki)
  • Kueh Koci/Sweet Grated Coconut in Glutinous Ball Wrapped in Banana Leaves (deser kokosowy - to raczej wymaga zmian, żeby się u nas przyjęło)
Pączki imbiru
Rybki i inne takie
Program imprezki: wyprawa na targ, żeby się zapoznać z lokalnymi produktami i jak one wyglądają przed obróbką. Zakupy zrobiono za nas wcześniej. Teraz zajecia były tylko tooretyczne. Było super. Już wiem co się robi z tą trawą, którą tu w pęczkach sprzedają, mimo, że na dal nie wiem jak się co nazywa. Tylko parę liści nauczyłam sie odróżniać. Dobre i to.


Trawa, a może sałata...
Diabeł?
To straszne, czarne coś na zdjęciu stoiska z kurczakami to też jest kurczak. To chiński specjał na leczniczą zupę. Pomaga miedzy innymi kobietom w połogu dojść do siebie. Ale wygląda... Widziałam go już wcześniej i nawet chciałam kupić, wsadzić do lodówki i zobaczyć minę Tomka jakby go tam spotkał. I jeszcze jedno spostrzeżenie natury lingwistycznej - zawsze myślałam, że mutton to baran, ale tu w Malezji może się okazać ... kozą.

Po powrocie do "szkoły" - zaczynamy zajęcia praktyczne. Kolejno wszystko jest nam demonstrowane, potem robimy to same. Każda swoje. Jest nas cztery: ja, Sudha i dwie Kanadyjki w wieku Baśki. Jedna z nich uczy angielskiego w Taipei, a druga przyjechała do niej w odwiedziny. Bardzo sympatyczne dziewczyny. A gotowanie całkiem nieskomplikowane, tylko trzeba zapamietać ich metody na niektóre rzeczy (na przykład składniki sosu do rendangu miksuje się najpierw w blenderze, imbir i trawę cytrynową się traktuje tłuczkiem od moździeża, czosnek, szalotki i suszone krewetki do sosu do sałatki rozbija sie w moździeżu. W ogóle moździeż to bardzo ważne narzędzie w kuchni. Muszę się nauczyć go używać, bo warto.


Gotowałyśmy teoretycznie na jedną osobę każda, ale naniosłam do domu żarcia na pułk wojska. I to jakiego fajnego! Postanowiłyśmy z Sudhą zrobić swoje menu i poprosić właścicielkę, żeby dla nas zorganizowała lekcję. W planie musi być laksa i ten sosik, co idzie zawsze z nasi lemakiem.

Właścicielka szkoły, Ana, wpadła na koniec zajęć. Okazała się być naszą rówieśnicą, przedsiębiorczą malajką, muzułmanka, ale z odkrytą głową. Dosiadła się do nas na czas spożywania tego co wyprodukowałyśmy i w pół godziny opowiedziała nam cały swój życiorys, i pokazała zdjęcia miejsca, które właśnie wynajęła na potrzeby szkoły i gdzie bedzie się w lipcu przeprowadzać. To będzie prawdziwy malajski dom na wsi, z ogrodem. Wyobrażam sobie, że będzie super, bo tam gdzie teraz są to klimatu specjalnie nie ma (zwykły nowoczesny budynek, zaadaptowane duże mieszkanie).

Ana ma ADHD, nie może usiedzieć na miejscu, poza gotowaniem w KL, podróżuje z tym gotowaniem po świecie, chodzi po górach, i klubuje. Namówiła nas (mnie i Sudhę) na sobotni clubbing. Super. Wreszcie będzie okazja zobaczyć jak wygląda nocne życie Kuala Lumpur (tak by the way, to ja nie wiem, jak wygląda nocne życie Warszawy...). Akcja nie była okazała, ale przyjemna. Posiedziałyśmy (w końcu bez Any, bo się wycofała w międzyczasie) w klubie Havana, w samym sercu KL, wypiłyśmy parę drinków, poprzyglądałyśmy się ludziom, i jak impreza zaczęła się na prawdę rozkręcać (koło północy), to my już miałyśmy dość i pojechałyśmy do domu. Nocowałam u Sudhy w KL, żeby nie tułać się samej po nocy. Skończyło się przesympatycznym hinduskim śniadaniem i opowieściami o podobieństwach religii i zagrożeniach za strony Islamu. Dave, mąż Sudhy ma chyba z tym problem. Ale on w życiu wiele widział, w wielu krajach był, więc może wiedzieć co mówi. No i wiem już jak się robi chiapati (nawet 3 rodzaje)

Zdjęcia jeszcze bardziej nieostre niż zwykle, bo obiekty były zbyt dynamiczne. https://plus.google.com/u/0/photos/108668600531371879611/albums/5864094159933622033?authkey=CNSz6Imn-MzSSw

Tuesday, 2 April 2013

Obce ciało 3 - Terima Kasih

Salamalejkum 3, Drodzy Przyjaciele!


Pora wracać... Za dobę wyruszam na lotnisko, a w czwartek rano będę już znowu w Bolandzie.

Od bardzo dawna (nigdy?) nie wracałem z zagranicy do domu z tak ambiwalentnymi uczuciami. Ale... gdzie właściwie teraz jest MÓJ DOM? Ten drugi (pierwszy?), tu, w Kej-eLu, okazał się być pod wieloma względami fajniejszy od tego na Kępie. I nawet nie chodzi o takie oczywistości, jak to, że tu jest Ewa, a nie ma śniegu. Jedyne, czego tak naprawdę brakuje, i nijak nie da się tego zastąpić, to... Was. Człowiek jest zwierzęciem stadnym, potrzeba wymiany emocji w grupie bliskich mu ludzi idzie zaraz za tymi podstawowymi.

O przeróżnych przewagach Malezji nad Polską już kilka razy pisałem, a Ewa niestrudzenie czyni to na blogu: www.year-in-malaysia.blogspot.com. Będziecie chcieli, to dopoopowiadamy. Ale raz jeszcze serdecznie Was wszystkich zapraszamy, żebyście zobaczyli to sami. Naprawdę warto! Nie tylko po to, żeby się egzotycznie wygrzać, zresetować i pomieszkać w sensownie zorganizowanym, a przy tym sympatycznym, mieście i kraju. Także dlatego, żeby zobaczyć i ew. zrozumieć, dlaczego XXI wiek będzie należał do Azji, a nasze dzieci i wnuki będą pewnie chciały tu żyć i pracować...

Pamiętajcie zatem, proszę, że nieskończenie tani, acz luksuśny Hostel u Wolfkowej (Selangor; Petaling Jaya – Jl. Masjid PJU 6a, Pelengi Utama 18-C-3A) ma do ciągłej dyspozycji gości 2 pokoje z łazienkami. Booking na stronie: ewawolfke@upcpoczta.pl.

Ja, na razie, wracam. Hobbystyczne upominki, „zamówione” przez niektórych z Was – zdobyte (za wyjątkiem nalepek na banany, bo nikt tu owoców niczym nie „stempluje”). Prezenty (mamy nadzieję – oryginalne) na zbliżające się uroczystości kilkorga z Was – wymyślone (przez Ewę) i kupione (przeze mnie – !!! – a wiecie jak „lubię” chodzić po sklepach).

A zatem – terima kasih, Malaysia! Wrócę tu (nie raz) na pewno...

Pozdrówka, do zobaczenia

Heart plant animated emoticon
T

Monday, 1 April 2013

Szczyrk w wersji tropikalnej

W góry na Wielkanoc... Chyba pierwszy raz w życiu spędzałam pierwszy dzień Świąt Wielkanocnych poza domem i w bardzo ograniczonym składzie rodzinnym. Trochę brakowało pisanek (a szczególnie ich produkcji), i rodzinnego śniadanka w niedzielę. Ale z jajem na twardo nie było problemu, namiastka świątecznego śniadania - jajo na twardo z grzankami w hinduskiej knajpie - wystarczyła, bo musiała.

Cameron Highlands jest jednym z miejsc opisanych we wszystkich przewodnikach po Malezji jako coś, co koniecznie trzeba zobaczyć. Trzeba to trzeba. Poza tym piszą, że tam zimno. Temperatura w nocy spada nawet poniżej 15 stopni (plus, oczywiście). A w dzień, w cieniu jest około 20. Jest więc szansa na chwile bez klimatyzatora.

W Wielki Piątek, o 8.30 zaokrętowaliśmy się na pokładzie autobusu do Tanah Rata, najwiekszej miejscowosci w Cameron Highlands. To taki tutejszy Szczyrk, oddalony od KL o jakieś 200 km, położony na wysokości 1400m npm. Cztery godzinki, dwie hajłejem i dwie serpentynami. Jak w Alpach, tylko zielone zamiast skał. Pierwszy raz w życiu zrobiło mi się byle jak na tych serpentynach i zamiast podziwiać widoki skupiałam się nad utrzymaniem śniadania na jego miejscu. Po drodze niewiele osiedli ludzkich, głównie las. Tanah Rata to było praktycznie drugie miasteczko na tej drodze. Miasteczko na prawdę podobne do wszystkich nam znanych górskich miasteczek. Różnica tylko taka, że nigdzie nikt nie oferuje wypożyczenia nart, albo saneczek.

Za jedne 7 ringgitów kazaliśmy się zawieźć taksówce .... jakieś 500m. do naszego pensjonatu. Ale co tam. W sumie właściciele sugerowali taksówkę. Pensjonat całkiem spory, kilkanaście pokojów. Pierwsze wrażenie - szok - recepcjonistka płynną francuzczyzną objaśnia coś dwojgu gości, którzy przyszli przed nami. Potem bez problemu przełącza się na angielski i rozmawia z nami. Prowadzi do pokoju, pokazuje co, gdzie i jak, proponuje odpoczynek, a jak już sie zrelaksujemy to mamy przyjść ustalić szczegóły wycieczek i zapłacić za pobyt. Pokój jak pokój, ale za to łazienka - jak na działce w Wieliszewie przed remontem. A nawet gorzej bo bez zasłonki. Lejemy prysznicem pa wsiem. Po raz kolejny zastanawiałam się jak mogłam tyle lat na działce wytrzymać z taka łazienką...




W ofercie "Cameron Secrets", biura podróży stowarzyszonego z naszym pensjonatem, jest kilka
różnych atrakcji: wycieczka po okolicy połączona z oglądaniem wschodu słońca, to samo bez oglądania wschodu słońca, wycieczka piesza go lasu tropikalnego i na jeden ze szczytów, spokojny objazd okolicy z oglądaniem pasieki, gospodarstwa truskawkowego i plantacji herbaty, i parę innych mutacji powyższego. Powiedzieli, że jak po południu pada, to sansa na zobaczenie wschodu słonca jest minimalna. Zrezygnowaliśmy więc z tej opcji. I słusznie, bo potem przewodnik powiedział, że było siedmioro na tej wycieczce i wszystkie osiem osób było rozczarowanych. Wybraliśmy pieszy
rajd na szczyt Gunung Jasar, 1696m (tylko 250 m różnicy poziomów) przez las deszczowy i tak zwany mossy forest (wikipedia mówi las mglisty, taki w którym rośliny w większości pobieraję wodę nie poprzez system korzeniowy a poprzez liście - z powietrza). Przewodnik, Jason, okazał się być rzeczywiście znawcą tego lasu i tych okolic. Nie powiedział tego, ale jest chyba botanikiem albo z innych powodów znawcą orchidei. Pokazał kilka okazów, których "normalny" wycieczkowicz nawet by nie zauważył. Prowadził nas szlakiem (oczywiście praktycznie w ogóle nie oznaczonym), który czasami wyglądał tak, że gdyby nie to, że Jason tam poszedł to ja bym uznała, że bez jazdy na tyłku się nie da. Na szczęście się dało. Odpowiadał też chętnie na wszelkie pytania dotyczące Malezji, również polityczne. Dowiedzieliśmy sie o istnieniu obywateli pierwszej (Malaje wyznający Islam) i drugiej kategorii (obywatele Malezji pochodzenia chińskiego lub hinduskiego), o tym, że od odzyskania niepodległości w 1957 roku rządzi ta sama koalicja, że opozycja teraz wydaje się zdobywać wystarczające poparcie, by marzyć o zmianach, i takie tam...

Ogólne refleksje:
- to co pod nogami to niemal to samo co w polskim lesie, tego co wyżej to nie widać, bo trzeba patrzeć pod nogi.
- w polskich górach najczęściej co jakiś czas mozna podziwiać widoki, bo są polany, jakieś otwarte przestrzenie, tu nie ma nic takiego do samego szczytu - las dookoła, widać zielono i zielono.
- zaskakująco nie ma robali, ani komarów, a przynajmniej nie są uciążliwe. Jeden się tylko trafił - Tomka zaatakowała pijawka. Zniósł ją nieświadomie pod zegarkiem z gór na dół (pewnie kilka godzin ją nosił), odpadła napita jak beka, na tarasie pensjonatu.

Co jeszcze widzieliśmy - plantację herbaty (to był ostatni punkt tej pieszej wycieczki). Ciekawe, sporo nowych rzeczy o herbacie się dowiedziałam. Są dwa rodzaje krzewów herbacianych (w systematyce botanicznej to chyba gatunki, ale ja miałam zawsze kłopoty z biologią, więc nie wiem). W każdym razie te dwa rodzaje krzaków, praktycznie trudne do rozróżnienia, daja w sumie wszystkie możliwe gatunki herbaty. Znaczenie ma sposób obróbki po zebraniu (na rozróżnienie czy herbata jest czarna, czerwona, czy zielona). Tylko biała herbata wymaga specjalnego zbierania, bo ta biała herbata to tylko same środeczki młodych listków.

W Malezji robi sie praktycznie czarną herbatę i niewielkie ilości zielonej (i to nie w każdej fabryce). Plantantacje są malownicze, wzgórza porośnięte regularnie przystrzyżonymi krzakami. W odróżnieniu od Indii tutaj zbiór jest mechaniczny, bo nie ma wystarczajęcej liczby robotników do zbioru ręcznego. Ten zbiór mechaniczny pojega na cięciu nożycami albo takim urządzeniem niesionym przez dwóch robotników (maszyna jest też napedzana siłą mięśni), więc ta mechanizacja nie jest taką znów mechanizacją. Tyle tylko, że nie jest to obrywanie paluszkami trzech górnych listków z gałązki tylko cięcie młodych liści z krzaka jak leci. Podobno nie wpływa to na jakość herbaty. Powiedzmy że tak jest. Mnie herbata malezyjska smakuje, więc niech tak zbierają jak chcą.

Po pięciogodzinnym przedzieraniu się po porośniętych dżunglą górach byliśmy, szczerze mówiąc, fizycznie wykończeni. Jednak brak wprawy jest kłopotliwy w takich wypadkach.Tajlandzkie piwo z reklamą FC Barcelona poprawiło nam nieco samopoczucie, ale na następny dzień zaordynowaliśmy już wycieczkę z przewagą wożenia d... samochodem. Nasze d... zostały zawiezione na Gunung Brinchang - najwyższy w Malezji szczyt na który mozna wjechać autem. Los nam sprzyjał, bo świeciło słońce i widoczność była całkiem niezła. Potem jeszce godzinka łażenie po mossy forest (pestka w porównaniu z dniem poprzednim, ale las - nie wiem czy nie ciekawszy), plantacja herbaty (największa w Cameron Highlands - może nawet w całej Malezji), i Ogród Motyli (poza motylami były tam węże, jaszczurki, żółwie, skorpiony i pare innych potworów). Jeden z naszych przewodników znał się na tych robalach i pokazywał z bliska. Nadal nie wszystkie są moimi przyjaciółmi.
 
To już koniec, czas wracać na niziny, o 10 stopni i parę procent wilgotności więcej. Rzeczywiście warto było tam pojechać. Nie tylko dla ochłody. 

zdjęcia