Salamalejkum 2, Drodzy Przyjaciele!
Minęła
już (niestety) 1/3 mojego pierwszego, ale z całą pewnością nie
ostatniego, pobytu w Malezji. Mózg cały czas ładuje mi się obrazami i
przemyśleniami, którymi ciut-ciut chciałbym się z Wami podzielić na
bieżąco. Przypominam, że Ewa robi to cały czas na blogu (www.year-in-malaysia.blogspot.com),
ale część ze spostrzeżeń mamy oczywiście odrębne. Moje chyba bardziej
idą w kierunku „społeczno-politycznym”, który jej jest mniej po drodze.
Zresztą – porównajcie sobie sami...
Amfibia
– ta była z drugo-wojno-światowego amerykańskiego demobilu,
zaadaptowana do wożenia trzydziestki turystów po lądach i wodach jako
żółty Duck, czyli Kaczka. O ile z wodowaniem poszło jej jak z płatka, o
tyle powrotne „lądowanie” już tak miękkie nie było – mimo specjalnego
„pasa startowego” (bardzo niski stan morza w czasie odpływu). Zanosiło
się nawet na lądowanie awaryjne, ale dzięki ofiarnej, półgodzinnej pracy
dwóch ludzi-łopat tor wodny został pogłębiony, a my – najpierw
przewiezieni bonusowo po morzu na jeszcze jedną pętlę – ostatecznie
zostaliśmy uchronieni od skakania z burt do Cieśniny Malakka.
Benzyna
– kosztuje tu od 1,80 (diesel) do 2,80 (97-oktanowa) ringgita za litr
(przypominam, że kurs jest 1,00 MYR = 1,02 PLN, więc wszelkich cenowych
porównań malezyjsko-polskich dokonuje się automatycznie). I to mimo że
Malezja sama zaspokaja tylko ok. 25% zapotrzebowania na ropę, a resztę
importuje z Bliskiego Wschodu. Tutaj jednak rząd – dziwny jakiś... –
cenę benzyny SUBSYDIUJE, a nie obkłada akcyzami i innymi podatkami. No
bo przecież każdy, kto odebrał podstaw kurs ekonomii (nawet jeśli
była to Ekonomia Polityczna Kapitalizmu), wie, że niska cena energii
jest kluczowym czynnikiem rozwoju gospodarki. I między innymi stąd
Malezja ma przeciętny wskaźnik wzrostu PKB 6,5% rocznie przez
ostatnie... 40 lat. W ten sposób to nawet z poziomu kreta na Żuławach da
się przegonić naszą Zieloną Wyspę Bolandę! Choć tu kolejna ciekawostka,
i statystyczna dana, która wprawiła mnie w osłupienie: wciąż ten ich
PKB liczony (w dolarach) na głowę mieszkańca jest o 30% mniejszy niż u
nas!!! A kraj – widać to naprawdę wszędzie, gołym okiem – jest przed
nami o co najmniej pokolenie. To jakież w Bolandzie musi być
marnotrawstwo, sobiepaństwo, biurokracja i złodziejstwo...
Ceny
– są circa dwa razy niższe niż u nas (za wyjątkiem alkoholu, ale ten
nie jest niedostępny, tylko rzadszy i droższy). To pewnie kolejny
pozytywny efekt tej różnicy w PKB. Zalewające zazdrością przykłady już
podawałem, i mógłbym je mnożyć w nieskończoność: przejazd nowoczesnym
autokarem rejsowym 160-kilometrową trasą do Malakki – od 9 do 12
ringgitów (jest kilka konkurencyjnych firm, ale odjeżdżają wszystkie z
jednego dworca; podróż trwa 1:45), czy nocleg (klimatyzowana, 20-metrowa
dwójka z łazienką) w uroczym chińskim pensjonacie, położnym – gdyby był
w Polsce – powiedzmy: sto metrów od Sukiennic, za stówę... I nie ma
mowy o jakiejś usłudze bez rachunku, czy biletu. Tutejsi korzystają z
tego wszystkiego w takim samym stopniu, co zagraniczni turyści, choć
zdarza się, że cena (oficjalna!) jakiejś atrakcji jest dla tubylca o 50%
niższa. Rozwarstwienia społecznego w ogóle nie widać; zdarzy się
oczywiście jakiś żebrak w przejściu metra, ale w Paryżu czy Londynie też
przecież są. Wypasionych fur znacznie mniej niż w Bolandzie. Na drogach
królują Protony w różnych modelach i odmianach, czyli takie ich
Polonezy, zerżnięte z Mitsubishi. Do jeżdżenia, a nie do szpanowania.
Dokong
– mój faworyt wśród tych z tutejszych owoców (obok np. mangisa,
jackfruita czy słynnego śmierdziela duriana), które są kompletnie
nieznane w Europie, jako lokalne, sezonowe i nie nadające się do
dalekiego transportu. Smakowo skrzyżowanie liczi z winogronem, wygląda
jednak jak młode ziemniaczki. Gdy zatem zobaczyłem taką
brudno-jasnoszarą kupkę, leżącą dumnie na paterze, to zachodziłem w
głowę, po cholerę Ewa trzyma kartofle w salonie na honorowym miejscu?!
Dopóki nie spróbowałem...
Eeuropejczycy
– nie robią tutaj za kobiety z brodą w CK cyrku. Nikt się za tobą na
ulicy nie ogląda, jeśli już, to jakiś inny biały. W okolicach
turystycznych są najczęściej Niemcy, Holendrzy, Francuzi, Włosi,
Amerykanie i Kanadyjczycy, Rosjanie... Polski słyszę średnio raz
dziennie, i w zależności od wyglądu delikwentów ujawniam się lub nie.
Fiesta
si, travajo no! – latynoskie hasło, które jest tu nieznane (podobnie
jak manana), choć kraj pod względem klimatu, ukształtowania terenu czy
roślinności do złudzenia przypomina Kubę czy Jamajkę. Zioła też nie
jarają, bo za handel narkotykami jest czapa. Mój teść chyba dość trafnie
zauważył, że ta malezyjska prosperity może się również brać ze zgodnej
narodowościowej mieszanki: pracowitości Malajów (ok. 50% społeczeństwa),
mądrości Chińczyków (25%), żyłki do interesów Hindusów (10%) oraz
kapitału Europejczyków i Amerykanów (5%).
Guerilla
– trwała tu po II wojnie światowej aż do końca lat 60., a niedobitki
prochińskich komunistów dotrwały w bazach nad granicą tajlandzką nawet
do 1989! W szczycie konfliktu (czasy wojny koreańskiej) były to solidne
walki, z użyciem lotnictwa i kilkoma tysiącami ofiar rocznie. Była też
wojenka (wygrana) z Indonezją o północne Borneo, które jest tą drugą,
zamorską częścią państwa. No i po circa pół wieku spokoju właśnie w
borneańskiej prowincji Sabah znów pojawili się partyzanci, czy jak ich
oczywiście określa malezyjski rząd – terroryści. Tym razem nie
komuniści, ale islamiści, choć ideologia czy wyznanie nie odgrywa tu
kluczowej roli – są zbrojnyme ramieniem ok. milionowej populacji, która
chce odtworzyć zlikwidowane w 1917 r. państwo-sułtanat Sulu, obejmujące
m.in. właśnie Sabah i należące do Filipin Mindanao. Malezyjska armia
daje im oczywiście odpór, ale – jak to zwykle w górzystej dżungli –
łatwo i szybko nie pójdzie. Z turystycznego punktu widzenia ma to
znaczenie o tyle, że w Sabahu leży najwyższy szczyt Malezji – Kinabalu
(4095 m n.p.m.), którego zdobywanie jest jedną z atrakcji Borneo (obok
dziewiczych lasów deszczowych czy najgłębszych na świecie jaskiń). Ale
my z Ewą się tam nie wybieraliśmy – jednak ciut za wysoko...
Harmonogram
– dzienny mam dość uporządkowany. Mając lekkie wyrzuty sumienia, że nie
bardzo wiadomo, jaki jest tu mój status (urlop? houseman przy żonie?
globetrotter?), wstaję razem z Ewą i na ok. 7:15 robię śniadanko, poczem
o 8:00 ona wychodzi na szychtę (jej genialny zmysł logistyczny sprawił,
że wynajęła chałupę 15 min. spacerkiem od roboty), a ja przez circa
dwie godzinki oddaję się lekturom (dla przyjemności). Potem – też przez
circa 2h – pływam, gimnastykuję się i opalam (dla zdrowotności) i ok.
12:00 (u Was jest wtedy dopiero 5:00) po lanczyku zasiadam do kompa (po
części dla chleba, ale roboty mam niestety co kot napłakał). Ewa wraca
ok. 18:00 i funkcjonujemy do circa 23:00 (u Was 16:00) – diner (jeśli w
domu, to też ja go podgotowuję), tv, ona uzupełnia bloga, dziś może
kino... W środy i czwartki od południa zamiast kompa zwiedzam to, co Ewa
już widziała, a w weekendy zwiedzamy razem całymi dniami.
Islam
– ma tu, jak już chyba pisałem, naprawdę ludzką twarz. Żadnych
szarjatów, dżihadów, czy innych ekstremi(dioty)zmów. Czasem gdzieś z
oddali słychać powywanie muezzina, ale nikt publicznie pięć raz dziennie
w stronę Mekki głową nie wali. Przeważająca część Malajek chodzi co
prawda w chustach, ale w takich przypominających nasze wiejskie babcine –
kolorowych, każda inna, często poupinanych gustowną biżuterią. Zaletę
ma to też taką, że przeciętnie kobitka, której widać tylko owal twarzy,
sprawia wrażenie ładniejszej i robi się jakby bez wieku. A jeśli jednak
widzi się na ulicy (rzadko, ale bywają) panią w czarnej „sutannie”,
zakrywającej wszystko oprócz oczu (fachowo to się chyba nihab nazywa),
to wiadomo, że to Arabka. Nawet raczej Arabka Saudyjska, bo tam taki
strój jest nakazany prawem. No i robi się pełna groteska, bo obok niej
kroczy z reguły roznegliżowany, niedogolony, i w ogóle obrzempałowaty
mąż-turysta... Aha! W pociągach są wagony „Tylko dla kobiet”, ale to nie
z powodu ich dyskryminacji, tylko wręcz przeciwnie – żeby nie czuły
dyskomfortu w obecności płci przeciwnej.
Język
– w zasadzie kompletnie dla nas w mowie niezrozumiały. W piśmie jest
ciut łatwiej, bo na szczęście przyjęli alfabet łaciński. Czasami bywa
zabawnie, bo niektóre wywodzące się z angielskiego słowa zapisują
fonetycznie. Po tej wskazówce rozszyfrowanie znaczenia swojsko
wyglądającego wyrazu „kolej” nie będzie chyba dla Was trudne... Dodam
tylko, że figuruje tu ono dość często na budynkach czy drogowskazach, i
oczywiście nie ma nic wspólnego z naszymi PKP, czyli Powolnymi Kolejami
Państwowymi.
Kawa
– przeważnie niestety podława, mimo że rośnie tu we wszystkich 13
sułtanato-województwach. Znaleźliśmy jednak i pod tym względem niebo w
gębie, niestety nie w Kej-eLu, ale w Malakce. Jest tam oto klimatyczna
kawiarenka, o nazwie właśnie „13 Coffees”, w której potrafią pokazać
różnice między tymi uprawami, gatunkami, sposobami palenia i podawania.
Nam kelnerka zaproponowała najbardziej jej zdaniem kontrastową analizę
porównawczą Johoru (samo południe półwyspu, tuż obok Singapuru) z
Sarawakiem (drugi – obok Sabahu – sułtanat borneański). Kawosze
wszystkich krajów, wierzcie mi – pychota nie do opisania!!! A przy tym
kolejny gul cenowy – circa 100 ml tej małmazyji (podanej – zachowując
proporcje – jakby u Wierzynka w Krakowie) kosztuje 3,45 rg-zł.
Lewostronny
ruch – powodował u mnie lekkie uciążliwości przez jakiś tydzień. Bo
obowiązuje nie tylko dla pojazdów, ale i dla ludzi – np. na przejściach
dla pieszych, czy schodach ruchomych (dla szybszych użytkowników trzeba
zostawiać wolną stronę prawą). Wciąż jednak nie mam najmniejszej ochoty
zasiąść tu za kierownicą, bo i traffic zwariowany, i jak tu biegi
zmieniać lewą ręką?!
Malakka
– ichniejsza Cracovia. Tylko ciut młodsza, bo arabscy kupcy zaczęli
cywilizować te okolice ok. 1400 roku. W 1511 podbili ich Portugalczycy,
za kolejne stokilkadziesiąt lat – Holendrzy, a po następnych pięciu
pokoleniach – Brytyjczycy... Znów minął wiek, i port, będący przez ponad
400 lat idealnym miejscem tranzytowego spotkania Zachodu (Europa,
Arabia, ale i Indie) ze Wschodem (Chiny), stracił znaczenie na rzecz
pobliskiego, jeszcze lepiej położonego Singapuru. Dziś stutysięczne
miasto jest głównie atrakcją turystyczną, gdzie widać wpływy wszystkich
wymienionych wyżej kultur i religii (jest tu taka uliczka, nazywana
zresztą żargonowo Harmony Street, przy której stoją obok siebie meczet
oraz świątynie buddyjska i hinduistyczna). Są też baba (to, żeby dla nas
było śmieszniej – faceci) i nyonya (kobitki), czyli potomkowie
najstarszych mieszkańców Malakki – mieszanych małżeństw rdzennej
ludności malajskiej z chińskimi szlachcicami, którzy szli śladem syna
swego cesarza, ożenionego z córką tutejszego sułtana (jakby to
powiedzieli historycy Rzeczpospolitej Obojga Narodów: od unii
personalnej do realnej). Dziś jednak najważniejsze nie jest to, jak się
baba-nyonya nazywają, tylko jak... gotują. Podobnie, co przy wyżej
wspomnianych 13 kawach – opisać się nie da, trzeba skosztować.
Nasi
lemak – narodowa potrawa, ale taki bardziej bigos niż schabowy z
kapustą. Składa się z gotowanego z odrobiną mleka kokosowego ryżu i
kawałków kurczaka z ostrym sosem oraz orzeszkami ziemnymi i chrupiącymi
maleńkimi suszonymi rybkami. Dostępny wszędzie, także jako fastfood na
stacji benzynowej, ale zawsze podawany na... liściu bananowca. Ceny
zaczynają się od 2 rg (bezmięsny) lub 5 (z wkładką). O innych potrawach
nie ma w zasadzie sensu pisać, bo jest ich jakieś miliardy, z kilku
podstawowych tutejszych, i kilkunastu geograficznie dalszych, kuchni
świata. Naprawdę kulinarna orgia!
Opalenizna
– robi mi się, ale bez oparzeń. W ogóle znoszę upał nadspodziewanie
dobrze. A ponoć jest tu teraz najcieplejszy okres roku – temperatura nie
spada poniżej 30 Celsjuszy nawet w nocy, w dzień ponoć bywa w cieniu
40; przy wilgotności min. 80%, a raczej 90! Brzmi straszliwie, ale
naprawdę da się żyć. Oczywiście, lepiej przebywać na zewnątrz tak krótko
jak to możliwe, chować się do powszechnie klimatyzowanych wnętrz, dużo
pić. Ale np. w domu siedzimy na ogół bez klimy (za wyjątkiem sypialni),
tylko pod wiatrakami. Błogosławieństwem jest też codzienny, popołudniowy
deszcz (odkąd tu jestem nie zdarzyło się, żeby nie spadł), po którym
wieczór bywa niemal przyjemny. Aha! Planując podróż tutaj (nieskończenie
tani, acz całkiem luksuśny hostel „U Wolfkowej” – Selangor, Petaling
Jaya; Pelangi Utama, blokhaus C, 18-3A – nieustająco zaprasza!)
pamiętajcie jednak, żeby unikać listopada i grudnia, bo wtedy potrafi
ponoć padać nawet cały dzień.
Prysznic
– przynosi ulgę na circa godzinę. Zimny, bo ciepła woda jest tylko „na
życzenie”, czyli z przepływowego ogrzewaczyka, którego np. ja użyłem raz
– na próbę, pierwszego dnia. No, ale zimna ma temperaturę mniej więcej
pokojową, czyli pod 30 stopni, więc rzeczywiście nie ma sensu jej
podgrzewać. Za to w naszej łazience grasuje potwór rurowy, dotychczas
znany mi tylko z Bolandy, co świadczyłoby, że nie jest to jednak
stworzenie endemiczne, tylko globalne. Potrafi zawyć głuchą nocą, albo
znienacka popuścić z wydawałoby się na głucho zakręconego kranu...
Rower
– jest niespecjalnie popularny. Gdy wypożyczyliśmy je sobie w Malakce,
byliśmy takimi jedynymi turystami, choć przecież „na welocypedach byłoby
poręczniej” – jak bardzo słusznie mawiał w „Pancernych” Stryj Szawełło.
No i niestety nie mają tu takiego rozmiaru, żebym mógł komfortowo
pedałować – maksymalne podniesienie siodełka nawet dla Ewy jeszcze było
ciut za niskie. Za to gdy 3 kilometry od bazy złapała kapcia w tylnej
oponie, zamieniliśmy się na pojazdy, i bez problemu wróciłem cały czas
stojąc na pedałach.
Sir
– początkowo nie bardzo wiedziałem, że to do mnie (także ze względu na
ich specyficzny akcent), ale już się przyzwyczaiłem. No i tylko „sir” –
nie ma mowy o żadnym „sahib”... Generalnie ludzie są uśmiechnięci,
kontaktowi i sympatyczni. Zdecydowana większość mówi po angielsku, choć
czasem odwrotnie niż u nas – starsi lepiej, młodsi gorzej. To oczywiście
efekt kolonialnego szkolnictwa do lat 60. ub. wieku. Wybiwszy się na
niepodległość przeszli w szkołach na malajski; teraz ponoć wracają do
angielskiego.
Teksi
– czyli taryfy, są tu wszędzie, i w zasadzie w dowolnych ilościach. Na
ogół po prostu... stoją, tam gdzie być powinny, i gdzie można się ich
spodziewać, choć nie są to klasyczne postoje. Nie ma żadnego
oznakowania, tylko zwyczajowo wiadomo, że to tu – pod stacją metra, przy
przystanku, przed wjazdem do zespołu apartamentowców itp. A jak akurat
żadnej nie ma, to za kilkadziesiąt sekund jakaś się na pewno pojawi –
nigdy, nigdzie nie czekaliśmy dłużej niż 5 minut! I korzystają z nich
naprawdę powszechnie, bo trząśnięcie drzwiami kosztuje 3 rg-zł, a potem
co 115 m licznik bije 10 senów (czyli groszy). Tym systemem kurs od nas z
domu na ultranowoczesny dworzec autobusowy, z którego jechaliśmy do
Malakki (coś jakby z Pruszkowa na Dworzec Południowy), kosztował dwie
dychy (w tym 1,80 za dwa kawałki płatnej obwodnicy Kej-eLu). Naprawdę
się tu chyba przeprowadzę! Mimo że wracając, w niedzielę wieczorem, ciut
chcieli nas zrobić w trabę. Widząc białych z walizeczką chcieli nas
przewieźć tzw. executive taxi (circa 3 razy drożej), a potem jeszcze
jakimś koncesjonowanym na tym dworcu (razy 2). Ale: nie będzie Malaj
pluł nam w twarz! – znaleźliśmy „postój” dla lokalesów i pojechaliśmy za
normalne dwie dychy.
Utama
1 – a raczej 1 Utama: centrum handlowe, położone 5 min. spacerkiem od
naszego domu, przez które (jak pada deszcz) lub obok którego idzie się
do Ewy pracy, albo na pętlę autobusową. Złote Tarasy + GalMok + Arkadia +
parę innych warszawskich razem wziętych: 5 milionów stóp kwadratowych
powierzchni na 6 piętrach, w środku między innymi las deszczowy. Krótko
mówiąc: jedno z dziesięciu największych centrum handlowych... nie, nie w
Kej-eLu, czy w Malezji – NA ŚWIECIE!!! No i jest tu wszystko, co
zachodnia cywilizacja wymyśliła. Oczywiście staramy się 1 Utama omijać
szerokim łukiem, żeby czerpać garściami z tutejszego folkloru, ale
czasem się przydaje (np. do kupienia wędlinki czy serka na śniadanko,
albo pójście do kina – filmy naturalnie te same co u nas, w takim samym
multipleksie... tylko bilet 2,5 razy tańszy – 10 ringgito-złotych).
Waran
lub iguana – bo cholera wie co to było?! W każdym razie dinozaurowate
bydlaki o rozmiarach od 20 cm do 2 m kilka razy pokazywały się nam wokół
kanałów spustowych do rzeki Malakka, a nawet na chodniku przy
centralnym placu miasteczka. Aha! I przy drodze na grobli był też
solidny four-feeter (zupełnie jak przy autostradzie na Florydzie), ale
dostojnie znurkował zanim Ewa przysposobiła flintę (tzn. aparat
fotograficzny).
Zamiatanie
– to chyba jedyna dziedzina, w której... jesteśmy od nich ciut lepsi
(hurra!). Są miejsca fantastycznie dopieszczone, zaplanowane z detalami
małej architektury włącznie, ukwiecone itd., ale wiele jest takich,
które wyraźnie nie mają gospodarza. Zostały jakieś szyny po przebudowie
torowiska? Nie szkodzi, niech se poleżą i podrdzewieją... Wypiłem colę z
Maca i nie mam co zrobić z kubkiem? No przecież kosza nie będę
szukał... Budujemy coś (a budujemy na potęgę!)? Płot wokół budowy nie
musi być równy i solidny... Z drugiej strony jednak widziałem jak
panowie jechali beczkowozem i podlewali roślinki posadzone pod
wiaduktami, gdzie naturalny opad nie miał szans dojść, a nasza
wspomniana na początku Duck-amfibia zanim wróciła z plaży na jezdnię...
przejechała przez specjalnie dla nie skonstruowaną myjnię. Czyli i tu,
cholera, Malaj potrafi!
Życie – (moje, i ściskam kciuki, żeby Wasze też!) w Malezji coraz częściej bywa znośne...
Pozdrówka
i całuski – tym razem ustami (a raczej mordką) koleżanki tej, która
chciała MNIE zjeść (bo ja nie miałem nic dla niej) na schodach świątyni
Śiwy...
T