Monday, 25 March 2013

Jeszcze jest parę rzeczy w najbliższej okolicy, które trzeba zobaczyć

Już prawie wszystko, co jest w zasięgu komunikacji miejskiej oraz nie wymaga więcej niż kilku godzin na zwiedzanie mamy zaliczone. Nie wszystko dogłębnie, ale jakoś. Zawsze jednak coś się znajdzie. Ostatni weekend zaplanowany był raczej relaksowo: Shah Alam na sobotę (spacerek po stolicy departamentu/województwa Selangor) i FRIM (czyli najbliższa KL dżungla) na niedzielę.

Sobota zaczęła się z opóźnieniem, gdyż przed wyruszeniem na wycieczkę musiałam jeszcze zaliczyć wizyte reklamacyjną u mojego byłego dostawcy internetu i przekonać go żeby mi jednak zwrócił kasę za depozyt (bo sprzęt przecież oddałąm w stanie idealnym). Udało się. Kawka, owocki i w drogę. 

الاســـم: kl-blue-mosque-sha-alam.jpgالمشاهدات: 32الحجـــم: 13.9 كيلوبايتDojechaliśmy do Błękitnego Meczetu bez niespodzianek, z niewielkim zaskoczeniem, że taksówka niemal wjechała do środka. W drzwiach oczekiwał wolontariusz, gotów do oprowadzenia nas po świątyni, przedtem jednak miła pani odziała nas w niebieskie suknie prawie do ziemi (oboje) i chustkę na głowę (tylko mnie). Tomek powiedział, że wyglądam tak samo jak na tym fotomontażu od Wróbla. Niestety nie wzięłam aparatu (to ten Niemiec schował, ten sam co chowa okulary), więc nie ma dokumentacji. Meczet jest największy w Malezji, drugi co do wielkości w Południowo-Wschodniej Azji i ma drugie co do wysokości na świecie minarety (przez jakiś czas nawet były najwyższe, teraz w Casablance pobudowali wyższe). Jest stosunkowo nowy, powstał z inicjatywy poprzedniego króla Selangoru, Salahuddina Abdula Aziza, decyzję o budowie podjęto jednocześnie z przeniesieniem stolicy prowincji do Shah Alam w 1974, ale budowę ukończono w 1988. Bardzo mi się podobało, że ten wolontariusz z nami chodził i opowiadał. To bardzo pomaga, mimo, że to już kolejny zwiedzany przeze mnie meczet. Ciekawe było to, że w tym meczecie jest miejsce, gdzie wędrowcy (pielgrzymi?) mogą się zatrzymać, przenocować, umyć (to znaczy to nie jest żaden pensjonat, ale kawałek podłogi), kupić jedzenie (za bezcen, a dla na prawdę biednych jest też darmowe). W takim ujęciu ta religia ma na prawdę ludzką twarz. Jedno muszę tylko przyznać - po rozpakowaniu się z kiecy i chustki jestem pewna, że wymagania w stosunku do damskiego przyodziewku dyskwalfikują tę religię w moich oczach, szczególnie w tym klimacie, niezależnie od tej jej ludzkiej twarzy.

Meczet jest zbudowany na 36-akrowym terenie (to ok. 15 hektarów), w pięknym parku. Po opuszczeniu świątyni przeszliśmy kilkaset metrów przez park, i znaleźliśmy się w knajpce, a raczej niewielkim kompleksie, gdzie pod jednym dachem była jadłodajnia malajska i arabska. zaordynowaliśmy arabską jagnięcinkę z ryżem i już w połowie jedzenia okazało się, że jest nam dane spędzić w tym lokalu nieco więcej czasu. Rozpętała się burza, jakiej ja jeszcze nie widziałam. Pioruny waliły w te rekordowo wysokie minarety nad nami, deszcz lał się już nie strumieniami ale wiadrami. I tak chyba z godzinę. Potem deszcz nieco zelżał. No i na szczęście ktoś zajechał do meczetu taksówką, która zabrała nas stamtąd na stacje kolei podmiejskiej. W ten sposób nasz spacer po mieście ograniczył się do meczetu. Trudno. Może reszta następnym razem.

Niedziela została dedykowana przyrodzie. FRIM (Forest Research Institute Malaysia) prowadzi koło KL coś w rodzaju parku krajobrazowego, gdzie jedna z atrakcji jest mozliwość przejścia po moście linowym (canopy walkway) ponad lasem deszczowym. To jest najbliższe KL miejsce, gdzie taki las można zobaczyć, a ta przechadzka jest na prawde fajna. Oczywiście żadnego ryzyka, żadnych robali ani węży. Po to to trzeba dalej pojechać (nie jestem pewna, czy chcę, ale zapewne trzeba jak sie juz tu zajechało...). Wzięliśmy ze sobą Clintona (to ten mój znajomy Chińczyk), a po drodze, na stacji kolejowej przygarnęliśmy też podróżującą samotnie młoda Niemkę Hanę, której mama nosi swojsko brzmiące nazwisko panieńskie Krawiec. Bardzo miły dzień na łonie natury.

https://plus.google.com/u/0/photos/108668600531371879611/albums/5860005022423669633?authkey=CPnJqYK-rO3v0wE 

Monday, 18 March 2013

Pierwszy weekend poza domem

Nie jest źle - nazywam to miejsce domem. Muszę przyznać, że szczególnie teraz, jak jest tu Ryjek, przychodzi mi to zupełnie naturalnie. Wydeptuje sobie ścieżki, zaczynam mieć nawyki związane z tymi okolicznościami ...

Korporacja jest łaskawa. Z okazji Dnia Kobiet, wszystkie panie zatrudnione w firmie w jakimkolwiek charakterze i formie umowy, dostały pół dnia wolnego, do wykorzystania w marcu. Natychmiast zaklepałam sobie pół ostatniego piątku, żeby wycieczka do Melakki mogła się zacząć zaraz po lunchu, a nie wieczorem.

W międzyczasie dowiedziałam się, że w mojej firmie pracuje ponad 50% kobiet, a w ogóle w Malezji pracuje zawodowo ponad 75% kobiet w tzw wieku produkcyjnym. To jakaś kosmiczna statystyka, szczególnie dla kraju islamskiego. Ale gdzie się nie ruszyć to panie w hidżabach widać - w okienkach kasowych, informacjach, sklepach, wszędzie. Nie wiem jak to robią, bo rodziny, patrząc z perspektywy Europejczyka, są raczej wielodzietne. Troje dzieci to mało, a nie dużo. Może system szkolnictwa sprzyja? Dzieci chyba mają zajęcia cały dzień.

Ale wróćmy do weekendu. Jeden z obowiązkowych punktów dla turysty odwiedzającego Malezję - Melakka. Kiedyś ważny port tranzytowy, teraz ciche, spokojne miasteczko o bogatych tradycjach. Nie być tam to jak pominąć Kraków przy zwiedzaniu Polski.

Nie ma co przepisywać przewodników, więc pozostanę przy wrażeniach. Pierwsze to podróż - dworzec autobusowy jak ten będziemy mieć za jakieś pięćdziesiąt lat, jak dobrze pójdzie. Klimatyzowany autobus z numerowanymi miejscami za 12 RM dowiózł nas na miejsce w mniej niż 2 godziny, autostradą, bez przystanku. Na miejscu czekała taksówka, i już za następnie 20RM i 15 minut byliśmy w przytulnym pensjonacie prowadzonym przez chińską rodzinę (to chyba byli Chińczycy, ale może też baba-nyonya - czyli potomkowie chińsko-malajskich mieszkańców tych okolic. Wieść głosi, że gdy sułtan Melakki poślubiał księżniczke z dynastii Ming (a może to była córka sułtana poślubiająca chińskiego księcia?) to chińscy dworzanie w dużej liczbie przyjechali i pozostali w Melakce, żeniąc się z tutejszymi kobietami. Pociągnęło to za sobą wytworzenie się specyficznej kultury, zwanej baba-nyonia (baba to mężczyzna, potomek takiego związku, a nyonya to kobieta). Mówi się o wszelakich aspektach kultury - ubiory, kuchnia, sztuka. To się oczywiście rozlało na cały półwysep i pomieszało z innymi, ale tu, w Melakce prawdopodobnie można zobaczyć tę najbardziej oryginalną wersję kultury baba-nyonya.

Plac Holenderski
Mr Wolfke in Forbidden Garden
Jednym z argumentów przy wyborze pensjonatu była informacja o możliwości wypożyczenia rowerów. Wzięliśmy więc rowerki. To dużo przyjemniejsze niż zasuwanie pieszo, mimo, że odległości nie są tu duże. Część turystyczna miasta jest raczej kompaktowa. Rowerek kosztował 10RM za dzień. Nie miał przerzutki i był raczej dostosowany antropologicznie do tubylców, ale po wysunięciu siodełka na maksa Tomek nawet nie zawadzał kolanami o kierownicę. Troszkę było niezręcznie z jechaniem po lewej stronie ulicy, ale jakoś daliśmy radę. Potem zauważyliśmy też, że tubylcy na rowerach nie zwracają uwagi na jednokierunkowość ulic. To bardzo ułatwiło poruszanie się, bo ulic jednokierunkowych narobili tu co niemiara (prawda jest taka, że duża ich część jest tak wąska, że nie mogłyby być dwukierunkowe.


Godne polecenia jest skorzystanie z Duck Cruise - Tomek pisał co to Duck, ja tylko powiem, że to badzo śmieszne urządzenie i warte spróbowania, najbardziej chyba dla kapitalnego widoku na meczet na wyspie Melakka od strony wody. Z lądu też ładnie, ale z wody... No i za chwilę (jak skończą budowę) będzie pewnie równie wspaniale wyglądało Miasteczko Arabskie (Arab Village) na tej samej wyspie. To inwestycja w całości posiadana/finansowana przez rząd Arabii Saudyjskiej.

Widział ktoś taka frytkę?
A wieczorami, w weekendy, na Jonker Street odbywa się pasar malam (nocny targ). To jak gigantyczne targowisko odpustowe. Jest wszystko, lizaki, napoje, lody, t-shirty, plastikowe koraliki "baloniki na druciku" i wszystko co na takim targowisku powinno sie znaleźć. I mnóstwo wspaniałego jedzenia. Smaki i zapachy nie do opisania.

13 Coffees
Niedzielne śniadanie w 13 kawach (patrz Alfabet Wolwusa) - jedliście kiedyś kurczaka curry na śniadanie? My już tak. Całkiem spokojnie. Nasi lemak też może być. Jak bardzo chcesz, to dostaniesz jajecznicę albo sadzone i tosty. Ale chyba nie po to się tyle godzin człowiek do tej Malezji tłukł, żeby w knajpie tosta z jajem zamawiać. A takiej kawy to ja jeszcze w życiu nie piłam. Na pewno tam wrócę. I każdego kto przyjedzie mnie odwiedzić będę chciała tam zabrać.

Muszę tam wrócić (znaczy do Melakki) z jeszcze jednego powodu - nie dojechaliśmy do osady portugalskiej. Pierwszy raz w życiu złapałam gumę w rowerze. Kiedyś musi być ten pierwszy raz.

https://plus.google.com/u/0/photos/108668600531371879611/albums/5857041559762809265?authkey=COW_opjghPjyxQE

Obce ciało 2 - Malezyjski alfabet W​olwusa​

Salamalejkum 2, Drodzy Przyjaciele!

Minęła już (niestety) 1/3 mojego pierwszego, ale z całą pewnością nie ostatniego, pobytu w Malezji. Mózg cały czas ładuje mi się obrazami i przemyśleniami, którymi ciut-ciut chciałbym się z Wami podzielić na bieżąco. Przypominam, że Ewa robi to cały czas na blogu (www.year-in-malaysia.blogspot.com), ale część ze spostrzeżeń mamy oczywiście odrębne. Moje chyba bardziej idą w kierunku „społeczno-politycznym”, który jej jest mniej po drodze. Zresztą – porównajcie sobie sami...


Amfibia – ta była z drugo-wojno-światowego amerykańskiego demobilu, zaadaptowana do wożenia trzydziestki turystów po lądach i wodach jako żółty Duck, czyli Kaczka. O ile z wodowaniem poszło jej jak z płatka, o tyle powrotne „lądowanie” już tak miękkie nie było – mimo specjalnego „pasa startowego” (bardzo niski stan morza w czasie odpływu). Zanosiło się nawet na lądowanie awaryjne, ale dzięki ofiarnej, półgodzinnej pracy dwóch ludzi-łopat tor wodny został pogłębiony, a my – najpierw przewiezieni bonusowo po morzu na jeszcze jedną pętlę – ostatecznie zostaliśmy uchronieni od skakania z burt do Cieśniny Malakka.

Benzyna – kosztuje tu od 1,80 (diesel) do 2,80 (97-oktanowa) ringgita za litr (przypominam, że kurs jest 1,00 MYR = 1,02 PLN, więc wszelkich cenowych porównań malezyjsko-polskich dokonuje się automatycznie). I to mimo że Malezja sama zaspokaja tylko ok. 25% zapotrzebowania na ropę, a resztę importuje z Bliskiego Wschodu. Tutaj jednak rząd – dziwny jakiś... – cenę benzyny SUBSYDIUJE, a nie obkłada akcyzami i innymi podatkami. No bo przecież każdy, kto odebrał podstaw kurs ekonomii (nawet jeśli była to Ekonomia Polityczna Kapitalizmu), wie, że niska cena energii jest kluczowym czynnikiem rozwoju gospodarki. I między innymi stąd Malezja ma przeciętny wskaźnik wzrostu PKB 6,5% rocznie przez ostatnie... 40 lat. W ten sposób to nawet z poziomu kreta na Żuławach da się przegonić naszą Zieloną Wyspę Bolandę! Choć tu kolejna ciekawostka, i statystyczna dana, która wprawiła mnie w osłupienie: wciąż ten ich PKB liczony (w dolarach) na głowę mieszkańca jest o 30% mniejszy niż u nas!!! A kraj – widać to naprawdę wszędzie, gołym okiem – jest przed nami o co najmniej pokolenie. To jakież w Bolandzie musi być marnotrawstwo, sobiepaństwo, biurokracja i złodziejstwo...

Ceny – są circa dwa razy niższe niż u nas (za wyjątkiem alkoholu, ale ten nie jest niedostępny, tylko rzadszy i droższy). To pewnie kolejny pozytywny efekt tej różnicy w PKB. Zalewające zazdrością przykłady już podawałem, i mógłbym je mnożyć w nieskończoność: przejazd nowoczesnym autokarem rejsowym 160-kilometrową trasą do Malakki – od 9 do 12 ringgitów (jest kilka konkurencyjnych firm, ale odjeżdżają wszystkie z jednego dworca; podróż trwa 1:45), czy nocleg (klimatyzowana, 20-metrowa dwójka z łazienką) w uroczym chińskim pensjonacie, położnym – gdyby był w Polsce – powiedzmy: sto metrów od Sukiennic, za stówę... I nie ma mowy o jakiejś usłudze bez rachunku, czy biletu. Tutejsi korzystają z tego wszystkiego w takim samym stopniu, co zagraniczni turyści, choć zdarza się, że cena (oficjalna!) jakiejś atrakcji jest dla tubylca o 50% niższa. Rozwarstwienia społecznego w ogóle nie widać; zdarzy się oczywiście jakiś żebrak w przejściu metra, ale w Paryżu czy Londynie też przecież są. Wypasionych fur znacznie mniej niż w Bolandzie. Na drogach królują Protony w różnych modelach i odmianach, czyli takie ich Polonezy, zerżnięte z Mitsubishi. Do jeżdżenia, a nie do szpanowania.

Dokong – mój faworyt wśród tych z tutejszych owoców (obok np. mangisa, jackfruita czy słynnego śmierdziela duriana), które są kompletnie nieznane w Europie, jako lokalne, sezonowe i nie nadające się do dalekiego transportu. Smakowo skrzyżowanie liczi z winogronem, wygląda jednak jak młode ziemniaczki. Gdy zatem zobaczyłem taką brudno-jasnoszarą kupkę, leżącą dumnie na paterze, to zachodziłem w głowę, po cholerę Ewa trzyma kartofle w salonie na honorowym miejscu?! Dopóki nie spróbowałem...

Eeuropejczycy – nie robią tutaj za kobiety z brodą w CK cyrku. Nikt się za tobą na ulicy nie ogląda, jeśli już, to jakiś inny biały. W okolicach turystycznych są najczęściej Niemcy, Holendrzy, Francuzi, Włosi, Amerykanie i Kanadyjczycy, Rosjanie... Polski słyszę średnio raz dziennie, i w zależności od wyglądu delikwentów ujawniam się lub nie.

Fiesta si, travajo no! – latynoskie hasło, które jest tu nieznane (podobnie jak manana), choć kraj pod względem klimatu, ukształtowania terenu czy roślinności do złudzenia przypomina Kubę czy Jamajkę. Zioła też nie jarają, bo za handel narkotykami jest czapa. Mój teść chyba dość trafnie zauważył, że ta malezyjska prosperity może się również brać ze zgodnej narodowościowej mieszanki: pracowitości Malajów (ok. 50% społeczeństwa), mądrości Chińczyków (25%), żyłki do interesów Hindusów (10%) oraz kapitału Europejczyków i Amerykanów (5%).

Guerilla – trwała tu po II wojnie światowej aż do końca lat 60., a niedobitki prochińskich komunistów dotrwały w bazach nad granicą tajlandzką nawet do 1989! W szczycie konfliktu (czasy wojny koreańskiej) były to solidne walki, z użyciem lotnictwa i kilkoma tysiącami ofiar rocznie. Była też wojenka (wygrana) z Indonezją o północne Borneo, które jest tą drugą, zamorską częścią państwa. No i po circa pół wieku spokoju właśnie w borneańskiej prowincji Sabah znów pojawili się partyzanci, czy jak ich oczywiście określa malezyjski rząd – terroryści. Tym razem nie komuniści, ale islamiści, choć ideologia czy wyznanie nie odgrywa tu kluczowej roli – są zbrojnyme ramieniem ok. milionowej populacji, która chce odtworzyć zlikwidowane w 1917 r. państwo-sułtanat Sulu, obejmujące m.in. właśnie Sabah i należące do Filipin Mindanao. Malezyjska armia daje im oczywiście odpór, ale – jak to zwykle w górzystej dżungli – łatwo i szybko nie pójdzie. Z turystycznego punktu widzenia ma to znaczenie o tyle, że w Sabahu leży najwyższy szczyt Malezji – Kinabalu (4095 m n.p.m.), którego zdobywanie jest jedną z atrakcji Borneo (obok dziewiczych lasów deszczowych czy najgłębszych na świecie jaskiń). Ale my z Ewą się tam nie wybieraliśmy – jednak ciut za wysoko...

Harmonogram – dzienny mam dość uporządkowany. Mając lekkie wyrzuty sumienia, że nie bardzo wiadomo, jaki jest tu mój status (urlop? houseman przy żonie? globetrotter?), wstaję razem z Ewą i na ok. 7:15 robię śniadanko, poczem o 8:00 ona wychodzi na szychtę (jej genialny zmysł logistyczny sprawił, że wynajęła chałupę 15 min. spacerkiem od roboty), a ja przez circa dwie godzinki oddaję się lekturom (dla przyjemności). Potem – też przez circa 2h – pływam, gimnastykuję się i opalam (dla zdrowotności) i ok. 12:00 (u Was jest wtedy dopiero 5:00) po lanczyku zasiadam do kompa (po części dla chleba, ale roboty mam niestety co kot napłakał). Ewa wraca ok. 18:00 i funkcjonujemy do circa 23:00 (u Was 16:00) – diner (jeśli w domu, to też ja go podgotowuję), tv, ona uzupełnia bloga, dziś może kino... W środy i czwartki od południa zamiast kompa zwiedzam to, co Ewa już widziała, a w weekendy zwiedzamy razem całymi dniami.

Islam – ma tu, jak już chyba pisałem, naprawdę ludzką twarz. Żadnych szarjatów, dżihadów, czy innych ekstremi(dioty)zmów. Czasem gdzieś z oddali słychać powywanie muezzina, ale nikt publicznie pięć raz dziennie w stronę Mekki głową nie wali. Przeważająca część Malajek chodzi co prawda w chustach, ale w takich przypominających nasze wiejskie babcine – kolorowych, każda inna, często poupinanych gustowną biżuterią. Zaletę ma to też taką, że przeciętnie kobitka, której widać tylko owal twarzy, sprawia wrażenie ładniejszej i robi się jakby bez wieku. A jeśli jednak widzi się na ulicy (rzadko, ale bywają) panią w czarnej „sutannie”, zakrywającej wszystko oprócz oczu (fachowo to się chyba nihab nazywa), to wiadomo, że to Arabka. Nawet raczej Arabka Saudyjska, bo tam taki strój jest nakazany prawem. No i robi się pełna groteska, bo obok niej kroczy z reguły roznegliżowany, niedogolony, i w ogóle obrzempałowaty mąż-turysta... Aha! W pociągach są wagony „Tylko dla kobiet”, ale to nie z powodu ich dyskryminacji, tylko wręcz przeciwnie – żeby nie czuły dyskomfortu w obecności płci przeciwnej.

Język – w zasadzie kompletnie dla nas w mowie niezrozumiały. W piśmie jest ciut łatwiej, bo na szczęście przyjęli alfabet łaciński. Czasami bywa zabawnie, bo niektóre wywodzące się z angielskiego słowa zapisują fonetycznie. Po tej wskazówce rozszyfrowanie znaczenia swojsko wyglądającego wyrazu „kolej” nie będzie chyba dla Was trudne... Dodam tylko, że figuruje tu ono dość często na budynkach czy drogowskazach, i oczywiście nie ma nic wspólnego z naszymi PKP, czyli Powolnymi Kolejami Państwowymi.

Kawa – przeważnie niestety podława, mimo że rośnie tu we wszystkich 13 sułtanato-województwach. Znaleźliśmy jednak i pod tym względem niebo w gębie, niestety nie w Kej-eLu, ale w Malakce. Jest tam oto klimatyczna kawiarenka, o nazwie właśnie „13 Coffees”, w której potrafią pokazać różnice między tymi uprawami, gatunkami, sposobami palenia i podawania. Nam kelnerka zaproponowała najbardziej jej zdaniem kontrastową analizę porównawczą Johoru (samo południe półwyspu, tuż obok Singapuru) z Sarawakiem (drugi – obok Sabahu – sułtanat borneański). Kawosze wszystkich krajów, wierzcie mi – pychota nie do opisania!!! A przy tym kolejny gul cenowy – circa 100 ml tej małmazyji (podanej – zachowując proporcje – jakby u Wierzynka w Krakowie) kosztuje 3,45 rg-zł.

Lewostronny ruch – powodował u mnie lekkie uciążliwości przez jakiś tydzień. Bo obowiązuje nie tylko dla pojazdów, ale i dla ludzi – np. na przejściach dla pieszych, czy schodach ruchomych (dla szybszych użytkowników trzeba zostawiać wolną stronę prawą). Wciąż jednak nie mam najmniejszej ochoty zasiąść tu za kierownicą, bo i traffic zwariowany, i jak tu biegi zmieniać lewą ręką?!

Malakka – ichniejsza Cracovia. Tylko ciut młodsza, bo arabscy kupcy zaczęli cywilizować te okolice ok. 1400 roku. W 1511 podbili ich Portugalczycy, za kolejne stokilkadziesiąt lat – Holendrzy, a po następnych pięciu pokoleniach – Brytyjczycy... Znów minął wiek, i port, będący przez ponad 400 lat idealnym miejscem tranzytowego spotkania Zachodu (Europa, Arabia, ale i Indie) ze Wschodem (Chiny), stracił znaczenie na rzecz pobliskiego, jeszcze lepiej położonego Singapuru. Dziś stutysięczne miasto jest głównie atrakcją turystyczną, gdzie widać wpływy wszystkich wymienionych wyżej kultur i religii (jest tu taka uliczka, nazywana zresztą żargonowo Harmony Street, przy której stoją obok siebie meczet oraz świątynie buddyjska i hinduistyczna). Są też baba (to, żeby dla nas było śmieszniej – faceci) i nyonya (kobitki), czyli potomkowie najstarszych mieszkańców Malakki – mieszanych małżeństw rdzennej ludności malajskiej z chińskimi szlachcicami, którzy szli śladem syna swego cesarza, ożenionego z córką tutejszego sułtana (jakby to powiedzieli historycy Rzeczpospolitej Obojga Narodów: od unii personalnej do realnej). Dziś jednak najważniejsze nie jest to, jak się baba-nyonya nazywają, tylko jak... gotują. Podobnie, co przy wyżej wspomnianych 13 kawach – opisać się nie da, trzeba skosztować.

Nasi lemak – narodowa potrawa, ale taki bardziej bigos niż schabowy z kapustą. Składa się z gotowanego z odrobiną mleka kokosowego ryżu i kawałków kurczaka z ostrym sosem oraz orzeszkami ziemnymi i chrupiącymi maleńkimi suszonymi rybkami. Dostępny wszędzie, także jako fastfood na stacji benzynowej, ale zawsze podawany na... liściu bananowca. Ceny zaczynają się od 2 rg (bezmięsny) lub 5 (z wkładką). O innych potrawach nie ma w zasadzie sensu pisać, bo jest ich jakieś miliardy, z kilku podstawowych tutejszych, i kilkunastu geograficznie dalszych, kuchni świata. Naprawdę kulinarna orgia!

Opalenizna – robi mi się, ale bez oparzeń. W ogóle znoszę upał nadspodziewanie dobrze. A ponoć jest tu teraz najcieplejszy okres roku – temperatura nie spada poniżej 30 Celsjuszy nawet w nocy, w dzień ponoć bywa w cieniu 40; przy wilgotności min. 80%, a raczej 90! Brzmi straszliwie, ale naprawdę da się żyć. Oczywiście, lepiej przebywać na zewnątrz tak krótko jak to możliwe, chować się do powszechnie klimatyzowanych wnętrz, dużo pić. Ale np. w domu siedzimy na ogół bez klimy (za wyjątkiem sypialni), tylko pod wiatrakami. Błogosławieństwem jest też codzienny, popołudniowy deszcz (odkąd tu jestem nie zdarzyło się, żeby nie spadł), po którym wieczór bywa niemal przyjemny. Aha! Planując podróż tutaj (nieskończenie tani, acz całkiem luksuśny hostel „U Wolfkowej” – Selangor, Petaling Jaya; Pelangi Utama, blokhaus C, 18-3A – nieustająco zaprasza!) pamiętajcie jednak, żeby unikać listopada i grudnia, bo wtedy potrafi ponoć padać nawet cały dzień.

Prysznic – przynosi ulgę na circa godzinę. Zimny, bo ciepła woda jest tylko „na życzenie”, czyli z przepływowego ogrzewaczyka, którego np. ja użyłem raz – na próbę, pierwszego dnia. No, ale zimna ma temperaturę mniej więcej pokojową, czyli pod 30 stopni, więc rzeczywiście nie ma sensu jej podgrzewać. Za to w naszej łazience grasuje potwór rurowy, dotychczas znany mi tylko z Bolandy, co świadczyłoby, że nie jest to jednak stworzenie endemiczne, tylko globalne. Potrafi zawyć głuchą nocą, albo znienacka popuścić z wydawałoby się na głucho zakręconego kranu...

Rower – jest niespecjalnie popularny. Gdy wypożyczyliśmy je sobie w Malakce, byliśmy takimi jedynymi turystami, choć przecież „na welocypedach byłoby poręczniej” – jak bardzo słusznie mawiał w „Pancernych” Stryj Szawełło. No i niestety nie mają tu takiego rozmiaru, żebym mógł komfortowo pedałować – maksymalne podniesienie siodełka nawet dla Ewy jeszcze było ciut za niskie. Za to gdy 3 kilometry od bazy złapała kapcia w tylnej oponie, zamieniliśmy się na pojazdy, i bez problemu wróciłem cały czas stojąc na pedałach.

Sir – początkowo nie bardzo wiedziałem, że to do mnie (także ze względu na ich specyficzny akcent), ale już się przyzwyczaiłem. No i tylko „sir” – nie ma mowy o żadnym „sahib”... Generalnie ludzie są uśmiechnięci, kontaktowi i sympatyczni. Zdecydowana większość mówi po angielsku, choć czasem odwrotnie niż u nas – starsi lepiej, młodsi gorzej. To oczywiście efekt kolonialnego szkolnictwa do lat 60. ub. wieku. Wybiwszy się na niepodległość przeszli w szkołach na malajski; teraz ponoć wracają do angielskiego.

Teksi – czyli taryfy, są tu wszędzie, i w zasadzie w dowolnych ilościach. Na ogół po prostu... stoją, tam gdzie być powinny, i gdzie można się ich spodziewać, choć nie są to klasyczne postoje. Nie ma żadnego oznakowania, tylko zwyczajowo wiadomo, że to tu – pod stacją metra, przy przystanku, przed wjazdem do zespołu apartamentowców itp. A jak akurat żadnej nie ma, to za kilkadziesiąt sekund jakaś się na pewno pojawi – nigdy, nigdzie nie czekaliśmy dłużej niż 5 minut! I korzystają z nich naprawdę powszechnie, bo trząśnięcie drzwiami kosztuje 3 rg-zł, a potem co 115 m licznik bije 10 senów (czyli groszy). Tym systemem kurs od nas z domu na ultranowoczesny dworzec autobusowy, z którego jechaliśmy do Malakki (coś jakby z Pruszkowa na Dworzec Południowy), kosztował dwie dychy (w tym 1,80 za dwa kawałki płatnej obwodnicy Kej-eLu). Naprawdę się tu chyba przeprowadzę! Mimo że wracając, w niedzielę wieczorem, ciut chcieli nas zrobić w trabę. Widząc białych z walizeczką chcieli nas przewieźć tzw. executive taxi (circa 3 razy drożej), a potem jeszcze jakimś koncesjonowanym na tym dworcu (razy 2). Ale: nie będzie Malaj pluł nam w twarz! – znaleźliśmy „postój” dla lokalesów i pojechaliśmy za normalne dwie dychy.

Utama 1 – a raczej 1 Utama: centrum handlowe, położone 5 min. spacerkiem od naszego domu, przez które (jak pada deszcz) lub obok którego idzie się do Ewy pracy, albo na pętlę autobusową. Złote Tarasy + GalMok + Arkadia + parę innych warszawskich razem wziętych: 5 milionów stóp kwadratowych powierzchni na 6 piętrach, w środku między innymi las deszczowy. Krótko mówiąc: jedno z dziesięciu największych centrum handlowych... nie, nie w Kej-eLu, czy w Malezji – NA ŚWIECIE!!! No i jest tu wszystko, co zachodnia cywilizacja wymyśliła. Oczywiście staramy się 1 Utama omijać szerokim łukiem, żeby czerpać garściami z tutejszego folkloru, ale czasem się przydaje (np. do kupienia wędlinki czy serka na śniadanko, albo pójście do kina – filmy naturalnie te same co u nas, w takim samym multipleksie... tylko bilet 2,5 razy tańszy – 10 ringgito-złotych).

Waran lub iguana – bo cholera wie co to było?! W każdym razie dinozaurowate bydlaki o rozmiarach od 20 cm do 2 m kilka razy pokazywały się nam wokół kanałów spustowych do rzeki Malakka, a nawet na chodniku przy centralnym placu miasteczka. Aha! I przy drodze na grobli był też solidny four-feeter (zupełnie jak przy autostradzie na Florydzie), ale dostojnie znurkował zanim Ewa przysposobiła flintę (tzn. aparat fotograficzny).

Zamiatanie – to chyba jedyna dziedzina, w której... jesteśmy od nich ciut lepsi (hurra!). Są miejsca fantastycznie dopieszczone, zaplanowane z detalami małej architektury włącznie, ukwiecone itd., ale wiele jest takich, które wyraźnie nie mają gospodarza. Zostały jakieś szyny po przebudowie torowiska? Nie szkodzi, niech se poleżą i podrdzewieją... Wypiłem colę z Maca i nie mam co zrobić z kubkiem? No przecież kosza nie będę szukał... Budujemy coś (a budujemy na potęgę!)? Płot wokół budowy nie musi być równy i solidny... Z drugiej strony jednak widziałem jak panowie jechali beczkowozem i podlewali roślinki posadzone pod wiaduktami, gdzie naturalny opad nie miał szans dojść, a nasza wspomniana na początku Duck-amfibia zanim wróciła z plaży na jezdnię... przejechała przez specjalnie dla nie skonstruowaną myjnię. Czyli i tu, cholera, Malaj potrafi!

Życie – (moje, i ściskam kciuki, żeby Wasze też!) w Malezji coraz częściej bywa znośne...


Pozdrówka i całuski – tym razem ustami (a raczej mordką) koleżanki tej, która chciała MNIE zjeść (bo ja nie miałem nic dla niej) na schodach świątyni Śiwy...

monkey kiss emoticon

T

Obce ciało (1) - Życie czasami bywa znośne

Żeby zachować twórczość mojego najdroższego męża postanowiłam wklejać jego relacje (nie zaniecham moich). Poniżej pierwsze obce ciało w moim blogu:

Salamalejkum,

Życie czasami bywa znośne... Bardzo lubię to powiedzenie naszej poetki noblistki, nawet chyba ciut go nadużywam. Jednak tym razem dość wiernie oddaje sytuację, w jakiej się znalazłem.

Generalnie rzecz biorąc trudno się do czegoś w Kuala Lumpur („Kej-eL” – jak mówią miejscowi) przyczepić. Miasto bardzo porównywalne do Warszawy (wielkością i zaludnieniem) jest niestety: ładniejsze, nowocześniej zorganizowane (hajłeje i komunikacja masowa), a przy tym o 30-50% tańsze (porównuje się bardzo łatwo, bo 1 tutejszy ringgit to wg dzisiejszego kursu NBP dokładnie 1,02 zł). Jedyna przewaga W-wy – ciut czystsza w przestrzeniach publicznych.
Klimat tu (na razie? w tej porze roku?) całkowicie do wytrzymania: 28-32 Celsjusze, ale słońce nie pali, bo jest raczej za chmurkami. Niedogodność w tym zakresie to pewny codzienny prysznic ok. 16-tej, który np. wczoraj trwał nawet godzinę.
Z ciekawszych detali:
- jadłem żabę (pyszna!, pieczona, w łagodnym sosiku imbirowo-cebulowym)
- oglądałem JAK JEDZĄ płaszczki, rekiny, żółwie, itp., karmione przez nurka (ja byłem POD nimi, w tunelu na dnie Aquarium)
- w świątyni Śiwy chcieli mi dać hinduską komunię, ale jako znany ateista bohatersko się obroniłem
- nie skoczyłem niczym 007 z mostka łączącego Petronas Towers, bo są przejarmarcznie brzydkie! (ciut lepiej wyglądają z daleka, jako element krajobrazu – jak wieża Eiffla czy nasz PKiN)
- dowiedziałem się (w dedykowanym im muzeum), że mają tu swoich „aborygenów”, których nie zamykają w rezerwatach, a wręcz przeciwnie – dofinansowują kultywowanie tradycji i wyrównywanie szans
- zmarzłem (kilka razy!!!) w przeklimatyzowanym metrze
Acha! I nie to żebym chciał Was wk... – wręcz przeciwnie: bardzo wam współczuję! – ale gdy w Bolandzie (naszym wspólnym wesołym kraju wesołych ludzi) znów spadł śnieg i chycił mróz, ja – niestety... – taplałem się w basenie (25m) na podwórku. Sorry! A na pocieszenie: właśnie lunęło (dziś wcześniej, o 15:15).

Pozdrówka i wasze zdrowie (tym razem soczkiem z guajawy, ale i piwko, winko czy nawet cięższe frakcje – o dziwo bez problemu i rujnacji kieszeni – można w tym bądź co bądź muzułmańskim kraju nabyć; lajtowy ten ich islam...)  Buziak

T

PS. Będę pewnie coś tam co kilka dni pisywał, ale generalnie nieustająco zapraszam na bloga Ewy: www.year-in-malaysia.blogspot.com. Dziś wieczorem go pewnie uzupełni o wrażenia z weekendu, bo teraz haruje w fabryce...

Monday, 11 March 2013

Stare dobre małżeństwo na wakacjach w tropikach

Mój kochany mąż nadleciał i zrobiło się nieco normalniej. W piątek się aklimatyzował, odsypiał podróż na kanapie, a w sobote ruszyliśmy na zwiedzanie.

Żeby nie od razu cały dzień w upale, to zdecydowaliśmy sie na "Hop in hop off bus". Taki autobus jedzie dookoła Kuala Lumpur, zawadzając o najważnejsze turystyczne miejsca. Ma 23 przystanki. Można wysiąść na każdym, zwiedzić okolicę i wsiąść z powrotem. Autobus jest "double-deckerem", z częścią odkryta na górnym pokładzie (mało kto korzysta bo albo za ciepło albo za mokro). Wnętrze klimatyzowane, z głośniczków płynie informacja o mijanych obiektach, a człowiek może podziwiać. Starsze pańswo więc kupiło bilety, zasiadło i oglądało świat przez okienko.

Skorzystaliśmy z "wysiadki" w dwóch miejscach - Akwarium i Chinatown.

Akwarium okazało sie całkiem ciekawe. Sporo rybek, żółwików i innych stworzeń zgromadzono ku uciesze licznie odwiedzającej to miejsce gawiedzi. No i fajnie, że można popatrzeć na pokaz karmienia rybek przez płetwonurka. Jak taka płaszczka łyka rybkę to draczny widok. W Akwarium, jeszcze przez jego zwiedzaniem, zapoznałam Tomka z nasi lemakiem (czyli ryżem z sosem, orzeszkami i rybkami) w wersji uproszczonej - fast foodowej czyli w zawiniątku z liścia babanowca i papieru, za to bez kurczaka. Okazało sie trafione. Nastąpiła akceptacja takiego jedzenia. To dobrze, bo wszędzie to sprzedają.

Potem niestety nadeszła popołudniowa burza, trzeba było się schronić w okolicznym centrum handlowym i odnaleźć przystanek naszego autobusu żeby kontynuować zwiedzanie miasta. Udało się. Minęliśmy kilka kolejnych skupisk handlowych, wraz z tutejszą "Oxford Street", czyli Bintang Walk. Postanowiliśmy opuścić autobus w Chinatown, zobaczyć tam najważniejszą w KL świątynię ... hinduską, oraz znaleźć właściwe miejsce na kolację. To poszło bardzo łatwo. Przechodząc koło stolików na ulicy zobaczyliśmy akwarium z żabami i rybami, oraz ludzi, którzy na talerzach mieli różne dziwne stworzenia. Po wstępnym obejrzeniu karty zostaliśmy. Wciągnęliśmy żabę kurczakową (chicken frog), jakieś krewetki i jeszcze coś, popijając piwem. Baaaaardzo miło. I bardzo lokalnie.

Niedzielny poranek był długi. Z domu udało się wygrzebać około jedenastej. Plan opiewał na muzeum tutejszych aborygenów oraz Batu Caves (czyli hinduska świątynia w jaskiniach pod KL - już wystąpiła w tym blogu przy okazji Thaipusam).



Do muzeum jechało się metrem z jednego końca na drugi, a potem jeszcze 12 ringgitów taksówką (to chyba z 10 kilometrów). Wreszcie znaleźliśmy się na wsi. Bardzo fajne widoki, wszędzie lekki nieład. Muzium Orang Asli, czyli Muzeum ludów pierwotnych Malezji informuje o plemionach zamieszkujących Malezję od wieków. Darmowe, ale niestety głównie makiety, zdjęcia i opisy, mało eksponatów, ale prawdopodobnie z powodu ich nietrwałości (drewno, rattan, bambus itp materiały). Ale też trochę historii późniejszej i informacji o obecnych programach integracji potomków tych ludów ze społeczeństwem, wyrównywaniu szans, itd. Tam padło pytanie o znaczenie ruchów komunistycznych. Trzeba poszperać w necie. Na pewno był to jakiś problem, bo były też oddziały mające na celu zwalczanie "komunistycznych terrorystów".

Po opuszczeniu muzeum (byliśmy jedynymi gośćmi, nie licząc dzieci pana z recepcji) wskoczyliśmy do jakiegoś autobusu, który akurat stał na przystanku. Pan kierowca zapytany, czy jedzie do metra powiedział, że musimy "change the bus" i podał numerki. W miejscu, gdzie nas z tego autobusu wyrzucił nie widać było jednak żadnego przystanku... Powędrowaliśmy do widocznego po drugiej stronie skrzyżowania centrum handlowego, a tam - akurat podjechał autobus z napisem Pasar Seni (Central Market) - czyli tam gdzie akurat chcieliśmy sie znaleźć. Wsiedliśmy więc i już po 45 minutach byliśmy na miejscu i spożywaliśmy późny lunch.

Pociąg do Batu Caves dowiózł nas prawie do samej światyni. Niestety jednak równocześnie z nami dotarła tam burza. Lało z godzinę tak, że nie dało się wyjść z dworca. Potem już udało sie plan zrealizować. Małpy usiłowały zjeść Tomka, ale na szczęście się nie dał. Najciekawsze były modły do boga Siwy. Obejrzeliśmy coś, co zdawało się być obrzędem podobnym do chrześcijańskiej komunii, gdyż kapłan znaczył czoła zgromadzonych białą glinką (lub podawał trochę tej glinki na dłoń). Wszystko w rytmie muzyki (grało dwóch - na bębnie i na czymś w rodzaju trąbki).



 Kolacja "wypadła" nam w okolicach najbliższej domu stacji metra, bo akurat na postoju nie było taksówki (tutaj istnieje zjawisko postoju taksówek, ale też można "łapać" takie przejeżdzające). Trafiliśmy znowu na owoce morza. Trzeba będzie to miejsce powtórzyć, bo wybór dań wydaje się nieprzebrany i mocno egzotyczny. Specjalnością zakładu są chyba kraby. No i lokal raczej niezły, bo praktycznie nie było wolnych stolików.

https://plus.google.com/u/0/photos/108668600531371879611/albums/5854079825482750289?authkey=CJHEsN3U6YKofg

Okiem "nowego"

Wyraźnie widać, że człowiek się przyzwyczaja i niektóre rzeczy uznaje za oczywiste. Przyjedzie taki nowy i pojawiają się kolejne sprawy warte zaznaczenia dla potomnych (albo zainteresowanych)

1. Tu jest metro. To znaczy ta kolejka, która nazywa sie LRT (Light Rail Transit) wygląda jak metro, tylko raczej naziemne (S-Bahn a nie U-Bahn, jak powiedzą niektórzy). Są 3 linie tego metra, przecinające miasto w KL Sentral (na Dworcu Centralnym). Pociągi są BEZOBSŁUGOWE (to znaczy nie ma motorniczego). Jeżdżą co ok. 5 minut.
2. Autobusy jeżdżą, są przyzwoite, wygodne. Niestety nie ma jak się zorientować w rozkładzie, a na przystankach innych niż krańcowe nie ma żadnej informacji jakiego autobusu należy tam oczekiwać. Trochę więc trudno polegać na tych rozwiązaniach jeśli człowiek ma gdzieś dotrzeć na określoną godzinę.
3. W komunikacji miejskiej jest zimno, nawet bardzo. Najgorzej jest w metrze. Wskazane jest mieć coś do ubrania na czas podróży.
4. Takich highway'ów nie dorobimy się w Polsce przez następne 30 lat. A przynajmniej nie w takiej ilości.
5. W knajpach jest mnóstwo birmańskiej (Myanmarskiej?) obsługi, często początkującej, często nie znającej słowa po angielsku. Próbowałam sie dowiedzieć skąd się biorą - zapewne najczęściej to ludzie ze statusem uchodźcy, którzy muszą jakoś na życie zarabiać, bo poza legalizację pobytu od strony prawnej niewiele dostają. Chyba rząd Malezji wspiera zatrudnienie tych ludzi, bo inaczej strasznie rósłby problem ich utrzymania (i wpływ środowisk kryminalnych na ich życie).

Bardzo dużo mi daje możliwość dzielenia się refleksjami na bieżąco. Wypłynęły oczywiście trematy polityczne: jakie tu są partie polityczne, kto rządzi, czy był czas komuny (silniejszego wpływu komunistów/socjalistów na politykę i gospodarkę), czy istnieją znaczące podziały rasowe (czy Chińczycy, Hindusi i Malajowie się mieszają czy trzymają ze sobą). Trochę już wiem, ale to trzeba pogłębić zanim zacznę rozpowszechniać jakieś informacje. Poważnie się zrobiło...






Thursday, 7 March 2013

Cargo

Tylko 9 tygodni zajęło mojemu "mieniu przesiedlenia" dotarcie na miejsce. Ale zapomnijmy jak to długo trwało. Najważniejsze że jest! I to nawet bez strat. Większość ciuchów można po prostu założyć. Bałam się, że zaśmiardną i będzie kupa prania, a tu nawet nie wszystko trzeba prasować.

A poza tym, to najważniejsze cargo, lotnicze tym razem przychodzi jutro - nadlatuje mój mąż. Nie wiem w związku z tym kiedy pojawią się następne wpisy.

Monday, 4 March 2013

Kibicowania ciąg dalszy



Trochę szkoda że wszystkie teoretycznie mocniejsze zawodniczki odpadły z turnieju dość wcześnie. Do półfinałów nie dotarła żadna z rozstawionych. Z drugiej strony, patrząc na zgromadzoną publiczność miałam wrażenie, że nie ma znaczenia kto jest na korcie. Klasycznie, kibice trzymali stronę teoretycznie słabszej i chyba nieźle sie bawili, pomimo niezbyt wysokiego poziomu sportowego meczów. W sobotę do oglądania półfinałów zasiadło myślę około 1000 widzów (trybuny były zapełnione mniej – więcej w połowie).

Polski akcent, szkoda, że tylko martwa natura
Mimo opadów, które chyba codziennie przerywały grę w godzinach wieczornych, udało się rozegrać wszystkie mecze tak, że na weekend zostały zgodnie z planem tylko półfinały singla i jeden półfinał debla. Pierwszy półfinał singla, w sobote o 16 rozgrywany był w niemiłosiernym upale. Jak rzadko tutaj, niebo było bezchmurne, słońce paliło i moim zdaniem o wyniku rozstrzynęła wytrzymałość na te warunki. Ayumi Morita przegrała z Karoliną Pliskovą prawie bez walki (0:6; 2:6), mecz trwał około godziny. Dużo bardziej zacięty był półfinał debla (Jeanette Husarova, Zhang – Kumkhum, Erica Sema 4:6; 6:3; 10:5). Drugi półfinał singla rozpoczął się na korcie centralnym punktualnie o 18.00. Anastasia Pavluchenkova i Bettanie Mattek-Sands miały więcej szczęścia do aury. W miedzyczasie nad Royal Selangor Golf Club nadciągnęły chmury i upał nieco zelżał. Potem jeszcze dostaliśmy porcję odświeżającego deszczu, który na szczęście przerwał grę tylko na pół godziny i nie zamienił kortu w jezioro, więc zawodniczki dość szybko wróciły do gry. Pierwszy set był dość wyrównany (4:6), ale w drugim Anastasia nie radziła sobie z dobrym serwisem rywalki, a i własna zagrywka nie dawała jej przewagi, więc szybko przegrała 1:6).

Finał debla był godzien finału każdego turnieju, nawet wyższej rangi. Na kort wyszły Janette Husarova ze Słowacji i Shuai Zhang z  Chin, rozstawione z nr 1 w tym turnieju oraz Japonka Shuko Aoyama i reprezentująca Tajwan Kai-Chen Chang. Emocji było mnóstwo. Panie walczyły do krwi ostatniej kropli z żył, pomimo temperatury, która aczkolwiek niższa niż w sobotę, nadal była zauważalnym czynnikiem. Wynik mówi sam za siebie: 6-7, 7-6, 14-12. Ponaddwugodzinne widowisko było na prawdę interesujące i trzymające w napięciu. Gratulacje i podziękowania dla obu par za wspaniałą walkę do odstatniej piłki.






Nie jestem fachowcem, nie znam zawodniczek, które stanęły w niedzielę do walki o tytuł mistrzyni WTA BMW Malaysia Open. Karolina Pliskova, Czechy, 21 lat i Bethanie Mattek-Sands, USA, 27 lat. Pierwszy set układał sie tak, że byłam pewna szybkiego zwycięstwa Bethanie. Karolina nie odbierała jej serwisu, a jej własny nie był żadną przeszkodą dla Amerykanki. Jednak w drugim secie Karolina obudziła się, obie panie wygrywały swoje podania, było trochę walki, a przy stanie 5:5 Czeszka wreszcie przełamała Amerykankę i stanęliśmy do decydującej walki. Trzeci set, przerwany na pół godzinki przez lekki deszczyk, toczył się już pod dyktado Karoliny, która wywalczyła pierwszy w życiu tytuł w turnieju WTA. Gratulacje, ale za postawę w pierwszym secie należą się słowa dezaprobaty, gdyż panna Karolina zachowywała się jak obrażona dziewczynka, odwracajac sie plecami do piłek, których nie była w stanie odebrać.
 
Royal Selangor Golf Club - trochę kiczu
Spędziłam na kortach Royal Selangor Golf Club dwa popołudnia i wieczory i muszę przyznać, że nie było źle, ale chyba głównie z powodu braku konkurencyjnych pomysłów. Od strony organizacyjnej – bez większych wpadek, aczkolwiek miałam trochę zastrzeżeń. Najważniejszym z nich był brak informacji. „Zwykły” kibic nie dostawał, ani nie mógł też kupić żadnych materiałów na temat turnieju czy zawodniczek. Nie wiem, czy na początku turnieju był dostepny jakiś program, ale na półfinały i finały nie przygotowano nic. Trochę szkoda. Oznakowanie terenu też nie było najlepsze, a najgorsze było to, że organizatorzy nie pilnowali, żeby kibice nie wchodzili na trybuny w czasie gry. Biedne sędzie musiały się więc zajmować upominaniem publiczności praktycznie w każdej przerwie w grze. No i to bezustanne jedzenie. Nie był to „nasi lemak” (malajskie danie składające się z ryżu i kawałków kurczaka z ostrym sosem z orzeszkami ziemnymi i chrupiącymi malutkimi rybkami, dostępne praktycznie wszędzie), ale frytki, parówki, hot dogi i chrupiące kawałki kurczaka a’la KFC. Ale to może mój problem, bo również w kinie drażnią mnie sąsiedzi chrupiący popcorn, a szczególnie wszechobecny zapach jedzenia.
RSGC - kiczu ciąg dalszy

Podsumować można to tak, że na bezrybiu i rak ryba. Dla Europejczyka nie ma tu zbyt wielu imprez sportowych do „pokibicowania”, wiec jak już się trafia taki turniej, to dlaczego nie? Pewnie dlatego zgromadziło się tutaj mnóstwo cudzoziemców. Nigdzie w Kuala Lumpur nie spotkałam tyle twarzy o europejskich rysach co tutaj. Wydaje mi się, że obywatele Malezji byli w zdecydowanej mniejszości. Szkoda, ale prawda jest taka, że oni mają swojego badmintona.
https://plus.google.com/u/0/photos/108668600531371879611/albums/5851449638667978977?authkey=CNGgmryE9YmA0gE