Tuesday, 29 January 2013

Shah Alam po raz pierwszy, niedziela 27 stycznia




Mam nowego kolegę, Chińczyka, Chana, a może Clintona, nie do końca wiem jak do niego mówić, ale co tam, nie ważne. To ten, którego spotkałam podczas pierwszej wyprawy do KL dwa tygodnie temu. Zaproponował niedzielny wypad do Shah Alam (satelickie miasteczko pod KL) do Parku Krajobrazowego (nie wiem jak przetłumaczyć Agriculture Park, jak już wiem, że tam nie ma nic związanego z rolnictwem, czy uprawami, a raczej jest to wielki park, z elementami ogrodu botanicznego. 


No wiec, czemu nie, pojechaliśmy. Trochę dookoła, bo przez KL. Na KL Central zabraliśmy jeszcze jedną Chinkę, Felix, zjedliśmy brunch i już ok. 11.30 wsiedliśmy w pociąg do Shah Alam. Park jest wielki, bardzo zadbany, można chodzić, jeździć na rowerach albo podjechać do głównych miejsc darmowym autobusem. Rowery okazały się być pozajmowane (w wypożyczalni było ich chyba ze 100, ale chętnych widać więcej. No to cóż, wskoczyliśmy do autobusu, żeby się rozejrzeć. Dojechaliśmy nim do miejsca, gdzie demonstrowane są cztery pory roku, co 3 miesiące zmieniane. Teraz jest zima. I zrobili ok. -5 stopni, śnieg, oszronione drzewa i bałwana. I można sobie wyjść na ten mróz i zrobić zdjęcie. Ale mają tam wszyscy radochę!
Po opuszczeniu okolic zmarzniętych pomaszerowaliśmy dalej pieszo, oglądając nagromadzone okazy przyrody oraz architekturę krajobrazu i ok. 15 wróciliśmy do wypożyczalni rowerów. Teraz już były. No to hyc, pojechaliśmy tam, gdzie autobus nie dojeżdżał. Super, tylko rowerek cośkolwiek cieniutki, za mały, nieregulowalny, odpowiedni dla średniego Malaja, przerzutka na szczęście jedna działała, więc dało radę. Ale daliśmy radę. Tylko Felix pod górkę wysiadała. Ale młode to i chuchrowate, na ryżu pędzone to nie dziwota.


Jak już nam się znudziło, a także z obawy przed nadciągającą burzą, postanowiliśmy wracać do miasta. I tu pojawił się drobny problem – nie było jak. Taksówki niestety nie czekały sznurem, jak nam się wydawało, że będą. Ale znowu mieliśmy trochę szczęścia – nad trójką maszerujących brzegiem szosy ludzi ulitował się wyjeżdżający z parku z rodziną Singapurczyk, i zabrał nas do cywilizacji. Burzę przeczekaliśmy w knajpie, na rewelacyjnym znowu jedzeniu. Tym razem również Malajskim, ale za to w prawdziwej restauracji, z kelnerami i serwetkami (ale nadal bez noży). Wyszło po 30 zł na głowę. Zjedliśmy zestaw dla 4 osób do ostatniego ziarenka ryżu.

Następny przystanek – i-City. Zrobiło się już ciemno, i dobrze, bo to i-City to takie gigantyczne wesołe miasteczko, dodatkowo udekorowane figurami, drzewami, kwiatami, które świecą. No i jeszcze jest wielki zespół basenów, ze zjeżdżalniami i falami. To musi być niezła zabawa, ale nie byliśmy przygotowani.
Uff, dobrze, że w poniedziałek święto… A do Shah Alam trzeba wrócić i zobaczyć miasto.

https://plus.google.com/u/0/photos/108668600531371879611/albums/5838804541021528097?authkey=CM3-rprnuOa4XQ 

Thaipusam

Jest sobota, 26 stycznia, ale z braku dostępu do sieci piszę w „brudnopisie” i wstawię jak się odnajdę wśród żywych. 

Thaipusam to jest hinduistyczne święto (Tamil Nadu), które teraz w Indiach jest zakazane. W Malezji uroczyste obchody odbywają się w dwóch miejscach – w Świątyni w Batu Caves (parę stacji na północ od KL). Rzecz dzieje się w hinduskim miesiącu Thai (czyli na przełomie stycznia i lutego).
Zobaczyć jak oni świętują, a raczej jak wygląda religijna pielgrzymka, to naprawdę przeżycie kulturowe i społeczne. Pielgrzymi idą pieszo do świątyni kilka lub kilkadziesiąt kilometrów. To nie tak jak do Częstochowy, że idą pieszo z domu aż tam, ale tłum szedł z KL do Batu Caves (chyba ok. 20 km) od poprzedniego dnia, pół KL było zamknięte, a oni szli, zorganizowane było pojenie i karmienie całego tego tłumu, ochrona, opieka medyczna, i w ogóle wszystko, co trzeba. I żadnej zadymy. 

Już na miejscu tłum kierował się do Świątyni (to jaskinia w skale, prowadzi do niej kilkaset schodów). Wszyscy boso, większość niosła specjalne dzbanki z mlekiem na ofiarę dla bóstwa. Większość też na żółto, często przybrana girlandami z kwiatów. Szły też zorganizowane grupy, z całymi przedstawieniami. Zwykle był to facet z wielką konstrukcją na ramionach, zrobioną z pawich piór (strasznie dużo pawi musieli oskubać), z portretem lub figurą bóstwa. Facet przybrany był kwiatami, dzwoneczkami, i najczęściej na plecach miał też dzwoneczki lub inne ozdoby zawieszone na kolczykach wbitych w skórę pleców. Jeden nawet miał tak zawieszone kilkanaście cytryn!!!! Z takim facetem – ołtarzem szedł zespół wokalno – muzyczny (bębenki, tamburynu, dzwonki i inne generatory hałasu plus jeden lub więcej wokalistów z tubami). Wrażenie wesołości, radości i dobrej zabawy. 

Bywały też dziewczyny – tancerki, ale to mniej. Za to jak już się taka trafiła, to raczej wyglądała dziwnie, jak w transie lub na haju. Moja przewodniczka (pochodząca z Indii koleżanka z pracy), powiedziała jednak, że oni nie ćpają, że to uniesienia religijne…




Tłum gęstniał z godziny na godzinę, schodami na górę szedł nieprzerwany potok ludzi. A na dole – targowisko ze wszystkim, jedzenie, ciuchy (hinduskie oczywiście), gadżety religijne, typu ołtarzyki i nawet całe wielkie ołtarzyska, jakieś zabawki, „pierzaste koguciki, baloniki na druciku”. Odpust na całego. 

W podsumowaniu taka myśl, że dla osoby z zewnątrz, niezaangażowanej emocjonalnie, to ciekawe widowisko, i w porównaniu z podobnie niezbadanymi od wewnątrz pielgrzymkami katolickimi, sprawiające wrażenie radosnego i pozbawionego strachu przed majestatem. Żadne amatorskie zdjęcia nie oddadzą atmosfery, zwłaszcza, że fotograf boi się tak na bezczelnego ludzi fotografować bez pytania.

zdjęcia:https://plus.google.com/photos/108668600531371879611/albums/5838784562004644641?authkey=CNCj5a_GiPfllAE

Friday, 25 January 2013

Jest! Moje pozwolenie na pracę!

Koniec udawania, zaraz będzie umowa o pracę i trzeba się będzie wziąć do prawdziwej roboty, a nie tak na pół gwizdka...

A za oknem już chyba czwarta czy piąta burza od wczorajszego wieczora. Tu dopiero jak pada to już pada.

Thursday, 24 January 2013

Kultura "mallowa"


Słowo w tytule jest zapożyczeniem z amerykańskiego, słowo MALL, jeśli ktoś jeszcze się z nim nie spotkał, oznacza świątynię handlu wszelakimi dobrami - wiele sklepów czy stoisk zgromadzonych pod jednym dachem (dawniej nazywało sie to targowiskiem, zwykle było pod gołym niebem, a kupcy sprzedawali swoje towary z wozów, ale z czasem formuła ewoluowała)

Myślałam, że to Polacy są szczególnie zakochani w zakupach i spędzaniu czasu w centrach handlowych. Ale tutaj to naprawdę przechodzi wszelkie granice. W każdej dzielnicy jest centrum handlowe, o jakim nam się nawet nie śniło. Galeria Mokotów wysiada, razem ze Złotymi Tarasami, Arkadią … No dobra, ja nie jestem specjalistką od centrów handlowych, ale wydaje mi się, że w Warszawie takich nie ma jak te tutaj. Nie będę tego fotografować. Specjaliści już to zrobili i jest w necie. Obłęd.

W sobotę i niedzielę, oraz wszelkie święta, kto żyw pędzi do centrum handlowego i spędza tam czas z rodziną, przyjaciółmi, albo sam. Tłok, jak nie przymierzając na Centralnym przed Świętami. Jedno ich tylko (trochę) usprawiedliwia – klimatyzacja. Na pewno jest łatwiej. Ale z drugiej strony widziałam parę miejsc gdzie upał nie doskwiera, wokoło zieloność i można sobie miło czas spędzić. No, ale w takich miejscach to widać tylko turystów.

Wracając do shoppingu – jest wszystko, od Luisa Vuittona i Burberry poprzez Esprit, Zarę do Top Shopu i lokalnych odpowiedników H&Mu, Deichmanna i innych tego typu. Oczywiście są kina (multiplexy) i tak samo wszyscy żrą popcorn. Mam wrażenie, że już jestem stara, bo nie mogę się do tego przyzwyczaić. Szczególnie, gdy Fantine w rozdzierający serce sposób żegna się ze smutnym ziemskim padołem, a jednocześnie z prawej dobiega zapach popcornu, a z lewej intensywna woń i dźwięk chrupania nachosów. Katastrofa emocjonalna, ale taka sama na całym świecie. Nota bene, kino jest tanie. Nie wiem tylko, czy podołam tym wszystkim chińskim i bollywoodzkim produkcjom.

Wiadomość z ostatniej chwili: w sieci natknęłam się dziś na pewien ranking. Nie wiem jak bardzo wiarygodny, ale w pierwszej dziesiątce centrów handlowych na świecie wg tego rankingu sa trzy (!) malezyjskie (wszystkie w aglomeracji KL): http://biznes.onet.pl/najwieksze-centra-handlowe-swiata,18550,5418962,13716729,fotoreportaze-detal-galeria#photo13716729

Sunday, 20 January 2013

Świat dźwięków

Nowe miejsce, to nowe dźwięki. Brak infrastruktury audiowizualnej (radia, telewizji, odtwarzacza muzyki), powoduje że słyszy się dużo więcej niż "normalnie".

Mój laptop jest w stanie nagłośnić pomieszczenie tylko w promieniu 2-3 metrów. Więc tak na prawdę jest cisza. Wieczorem więc, jak już skończyłam walczyć pozostałościami remontu i kurzem w szafach, mogłam usłyszeć feerię dźwięków, pomimo że w budynku generalnie jest cicho.

Dźwięk tła, to nieustanny szum wiatraka. Już go prawie nie słyszę. Klimatyzator dźwięczy podobnie, ale chyba postaram się go nie używać zbyt często.

Pierwszy dźwięk nowy, do którego muszę przywyknąć, to szczęk otwierania i zamykania krat. Każde mieszkanie, jak już pisałam wcześniej, ma swoją kratę, zamykaną na kłódkę. No i każdy ruch tych krat niestety słychać. Kraty sąsiadów dźwięczą podobnie do mojej własnej, ciągle więc myślę, że ktoś do mnie wchodzi. Mam nadzieję, że się znieczulę na ten dźwięk.

Potem był muezin z pobliskiego meczetu, wzywający do wieczornej modlitwy. To jest niepowtarzalny zaśpiew. I w kategoriach lubię - nie lubię, raczej lubię.

Około 23 okazało się, że gdzieś w poliżu odbywa się wspólne oglądanie jakiegoś sportowego wydarzenia. Najprawdopodobniej piłkarskiego. To nie prawda, że oni żyja badmintonem. Piłka nożna, najchętniej brytyjska, jest podstawą serwisów sportowych, a innych sportów nie ma. Na przykład o Australian Open w tv mówi się tylko w kanałach międzynarodowych. No ale nie słyszałam dotąd o żadnym tenisiście z Malezji... A przepraszam, sporo było o Dakarze.

Trochę po północy pojawił się potwór rurowy. Wył w łazience dłuższą chwilę zanim się obudziłam, zidentyfikowałam źródło tego ryku i podjęłam czynności zaradcze. Udało sie na szczęście gościa uwolnić i uciekł, przynajmniej tej nocy już nie wrócił.



Na nowym

Pachnie farbą, terkoczą wiatraki, no i trzeba doszorować, bo tutejsze siły sprzątające chyba nie zostały odpowiednio przeszkolone. Niemniej jednak muszę odtrąbić sukces w obszarze organizacji dachu nad głową:
  1. jest dach,
  2. jest internet (trochę było niepokoju, ale się załatwiło,
  3. jest pościel i ręczniki w ilości czasowo wystarczającej,
  4. urządzenie do gotowania ryżu jest całkiem wygodne,
  5. w ogóle wszystko działa,
  6. telewizja jest tylko naziemno-bezpłatna, czyli raczej jakoby jej nie było, zobaczymy jak się żyje bez.
  7. da się wytrzymać bez włączania klimatyzacji (na razie - podobno nie jest najcieplej)
  8. i tak na prawdę stan higieniczny jest poprawny. Trochę się czepiam.


Teraz dopiero widzę ile rzeczy człowiek ma w domu i nawet sobie z tego sprawy nie zdaje. A tu trzeba kupić wszystko - ściereczki, różne płyny, proszki, przyprawy - nic, będę powoli znosić to wszystko (mężu drogi, proszę nie czepiaj się tych dywizów, wiem że powinna być pauza)

Kanapa jest niewygodna. Poduszki muszę kupić bo mi się kręgosłup wygina nie w tę stronę...





Nie, nie potrzeba poduszek, na razie przestawiłam kanapę. Fotele są wygodne więc będę zasiadać w fotelu.





Thursday, 17 January 2013

Najważniesze, to mieć dach nad głową

No i dach nad głową zapewniony. Klucze odebrane. Nani, agentka która pomagała mi w odbiorze mieszkania przypominała mi nieodparcie jedną nasza koleżankę, która wspierała nas wcześniej w podobnych czynnościach .... Alu, jakbym Ciebie widziała.

Dziękować należy losowi, że są tacy, bo na odmianę tacy jak ja nie nadają się do takich zadań.

Pięknie będzie się mieszkało. Z sypialni podziwiać będziemy widoki na ... chyba na Kuala Lumpur, pod warunkiem, że zachód jest na lewo jeśli patrzy się na północ. Chyba muszę ze wstydem oddać zieloną podkładkę. Niewątpliwie przeceniono moje harcerskie umiejętności. Co by nie było - widać daleko i szeroko.

Czeka mnie jeszcze zbadanie jak działa pralka - to nie powinno być fizyką kwantową. Ta wygląda zupełnie inaczej niż wszystkie widziane przeze mnie wcześniej, ale mam nadzieje że podołam. No i ciekawe ile ryżu trzeba na raz ugotować w tym specjalnym urządzeniu do gotowania ryżu, które jest obowiązkowym wyposażeniem każdego domu. Myślę, że dla mnie jednej to na tydzień wystarczy na trzy posiłki dziennie.

Zdjęcie z okien mojego pokoju hotelowego niestety pokazuje najlepiej plac budowy, który jest po drodze i nie wygląda najlepiej (jak to plac budowy). Ale chyba to jedyna okazja, żeby utrwalić ten widok. Odległość około 700m. No i mam nadzieję, że windy działają bez zarzutu. 18 piętro w tych temperaturach może się okazać wyzwaniem.


Tuesday, 15 January 2013

Trochę o organizowaniu się

Mieszkanie znalezione, zadatkowane, agenci pracują nad umową (to znaczy mój agent, nadany przez Firmę oraz agent właścicielki). We czwartek mam dostać klucze, a w weekend przeprowadzka. To nie jakieś wielkie coś, bo nadal mam dwie sztuki bagażu - wielgachną walizę od Latawców i maleńką podręczną. No i będę mogła się sama ze sobą ganiać w tej chacie. Foty później - jeszcze nic nie mam.

No i na szczęście okazało się, że zakładanie internetu i telewizji nie jest specjalnym problemem. Trochę tu drożej niż w Polsce. Za te pieniądze (220 RM = ok 230PLN) w Polsce to ho ho, a tu tylko 10MB i 14 kanałów HD i coś ok. 30 zwykłych. Na szczęście jest Eurosport (nie HD), więc może finały Australii i troche naszej Justysi się obejrzy.

Pojawiła się też informacja, że jest szansa na moje pozwolenie na pracę na początku przyszłego tygodnia. To trochę ułatwi życie, bo pojawiłaby sie też kasa... Na razie korporacja jest przez Wolfków kredytowana.

Sunday, 13 January 2013

Dziś kwiatki, motylki i trochę religii



Wczoraj wymiekłam po wyjściu z ptaszarni, więc dziś postanowiłam tam wrócić i zobaczyć resztę. Zaczęłam od spotkania brytyjskiego emeryta, który usiłował, podobnie do mnie pokonać plątaninę wiaduktów, dzielącą KL Sentral i Lake Gardens. Razem nam się udało. John wymiękł po kilkuset metrach, a ja poszłam oglądać kwiatki (Ochid Garden i Hibiscus Garden). Hibiscus to narodowy kwiatek Malezji. Ładnie tam.
Potem przyszedł czas na motylki. Też ładne. Ale niezbyt łatwe do mfotografowania. Nie chcą skubane trzymać otwartych skrzydełek jak siadają. Tylko jeden okazał sie przyjazny. Nawet musiałam go poprosić żeby już sobie poszedł.

Zostawiłam motylki i pomaszerowałam dalej. 

Zaczęło ostro świecić słońce, więc pomyślałam że może mądrzej schować się do muzeum sztuki Islamu, ale zanim tam doszłam natknęłam się na otwarty dla turystów Meczet Narodowy. To jest bardzo nowoczesna budowla, nie ma w sobie nic ze znanych z obrazków meczetów tureckich czy arabskich. Ubrali mnie w długą szatę z kapturem i pozwolili wejść. Podobno wewnątrz może się na raz modlić 15 tysięcy ludzi a na całym terenie mieści się 30 tysięcy. To może być prawda.No i jest to również miejsce różnych zgromadzeń, też politycznych. Śliczna wolontariuszka wyjaśniła mi kilka ważnych spraw związanych z islamem. Wobec Allaha wszycy są równi. W meczecie modlą się stojąc i klęcząc ramię w ramię (stykając się ramionami). Dlaczego więc w meczecie panowie stoją z przodu? Bo jakby się pomieszali, to mogliby się niechcący (pan i pani) dotykać a to może przeszkadzać w modlitwie. Jakby panie stały z przodu, to panowie zamiast się koncentrować na Allahu, mogliby się paniom przyglądac... Wszystko przemyślane.




kwiatki i motylki:

Saturday, 12 January 2013

Miały być ptaszki

I są. Dzisiejsza popołudniowa wycieczka wiodła mnie do okolicy zwanej Lake Gardens. To obszar parkowy z licznymi atrakcjami (patrz Lonely Planet). Udało się zaliczyć jedną z tych atrakcji (głównie z powodu problemów trasportowych opisanych wcześniej oraz tego, że cały poranek zszedł mi na oglądaniu licznych mieszkań). Bird Park. Nie ma co pisać, trzeba ptaszki oglądać. Wstawię na picassę i podrzucę link. Teraz tylko zajawka:






Jutro chyba tam wrócę, bo jest parę rzeczy do sfotografowania (Ochid Garden, Hibiscus Garden, Butterfly Park...)

https://plus.google.com/u/0/photos/108668600531371879611/albums/5832920260248598721?authkey=CLvXr-yLofnU6AE

Odkrywam transport lokalny

Do Kuala Lumpur z mojego One World Hotel jest ok 25 km (i ok. 25RM czyli tyleż PLN taksówką). Nie majątek, ale tatuś kazał zwiedzać, więc zwiedzam.

Po zgłębieniu tego zagadnienia w dostępnych źródłach (internet i Lonely Planet) ustaliłam, że do KL Sentral (czyli Centralnego Kuala Lumpur) jedzie z mojego ulubionego centrum handlowego 1 Utama autobus linii U82. Udałąm sie więc na przystanek. Tablica informacyjna pokazała mi, że autobus taki ma odjechać za 10 minut. I rzeczywiście po chwili nadjechał, zaparkował, kierowca wyszedł i zniknął w czeluściach budki dyspozytora. Po paru minutach wyszedł i wsiadł do autobusu. Rzuciliśmy się więc do drzwi (ja i dwóch jeszcze chętnych), ale... pan zakomunikował, że nic z tego, nie jedzie. Pytamy, why? A on mówi.......... że nie jedzie bo jest korek........ Zamknął drzwi nie wpuszczając nikogo i odjechał. Zostaliśmy tam zbierając nasze szczęki z trotuaru. Zdziwiłam się nie tylko ja i jeden Chińczyk, ale też rodowity Malaj.

 Skończyło się wspólną taksówką do najbliższej stacji kolejowej. Potem już bez problemu szybki pociąg zawiózł nas do upragnionej KL Sentral. Koszt podróży: 6 RM. A w drodze powrotnej udało mi się skorzystać z autobusu U82. Kosztował 2,50 i jechał trochę ponad godzinę (taksówką to jest ok 40 minut).

Na zdjęciach: kawałek pętli autobusowej, oraz Kuala Lumpur Station (ta wieżyczka to też kawałek stacji kolejowej, zabytek z 1911).







Thursday, 10 January 2013

Czas na szukanie chaty

Odpowiedziałam dziś na kilkanaście ogłoszeń. I udało mi się jedno mieszkanie obejrzeć. Nawet OK, ale jest wiele ciut tańszych a z lepszym wyposazeniem. Poczekam jeszcze.... Kilka innych zapewne da się jutro zobaczyć.

Jedno dziwne - barykady. Nie dość że na bramce spisali mnie z paszportu, to jeszcze dalej wejścia do klatek schodowych są na kartę, a do mieszkania są normalne drzwi z zamkami, poprzedzone... kratą, jakieś pół metra od drzwi, zamykaną na kłódkę. I oni tę kłódkę zamykają jak są w domu!!! Może zamiast łancucha w drzwiach - żeby nieproszony gość nie mógł się wepchnąć. Hmmmm.....

Tuesday, 8 January 2013

Czym się jada?

Kolejna rzecz, do której trzeba się przyzwyczaić - czym się jada. Proste - zupa łyżką, a dania "stałe" nożem i widelcem. Otóż nie. Do wszystkiego masz łyżkę i widelec i musisz sobie radzić. Nóż ma kucharz i ewentualnie pokroi Ci kawałek mięcha na kilka kawałków (na przykład pierś kurczaka czy kaczki na 4-5 części). Ewentualnie możesz jeszcze dostać pałeczki, ale to nie pomaga zbytnio. Masz za to paluchy i paszczę, ale musisz uważać na sosik, bo ubranie w niebezpieczeństwie. Ciekawe czy tak samo jest w eleganckiej restauracji. W takiej jeszcze nie byłam.

dżemik

Ludzie, to jest na prawde koniec świata!!!!

I kurza twarz... narzędzia, które posiadam niestety nie dają rady. Dzemik jest wyprodukowany nie wiadomo gdzie ale... zapakowany do słoiczka w POLSCE dla firmy jakiejśtam w Singapurze i innej w Kuala Lumpur. A potem płynął sobie przez morza i oceany.

Monday, 7 January 2013

Wysoka kultura


W uznaniu zasług, to znaczy długiego planowanego pobytu w hotelu dostałam darmową pralnię. No więc piorę. Posłałam do prania ciuchy z podróży. Dostałam wszystko w osobnych folijkach, jak ze sklepu. To chyba jednak przerost formy nad treścią.... Na fotkach moje majty i koszulka. W sumie to nawet porządnie wygląda, ale człowiek niezwyczajny do takich zbytków.

Sunday, 6 January 2013

Podróż

Qatar Airways dowiozły mnie na miejsce. Poza przepakowywaniem towaru na lotnisku nic specjalnego. W koncu 32 kilo w wielgachnej walizie plus 9 kilo w podręcznym plus to co wlazło do laptopa...

Przesiadka w Doha (nie umiem powiedzieć w Dausze). Ale tam ludzi! Jak przed Świętami w Złotych Tarasach.

Logistyka w KL na szczęście rozpoznana. Tym razem do taksówek nie było kolejki.

Zobaczyłam sobie jak się idzie do Palangi Utama. W 10 minut da radę. Trochę tylko głupio z tymi chodnikami. Ale chyba wszyscy tak chodzą, no bo jak inaczej?

Wednesday, 2 January 2013

Pakowanie...

Nie mogę się zdecydować czy mam pisać coś po angielsku... na razie po polsku musi wystarczyć.

Przyszli dziś pakersi i spakowali wszystko w 6 pudełek (no, powiedzmy pudeł). Razem 100 kilo wyszło. Jakbym to do samolotu jako nadbagaż wzięła to byłoby taniej. Ale korporacja jest korporacja i ma swoje wymagania.

Ciekawe czego zapomniałam i co będzie mi potrzebne zanim dopłynie do KL.

No i trzeba się powoli żegnać z tymi co zostają. Większość mówi że jestem dzielna, więc czuję się dzielna. Zobaczymy, czy na prawdę jestem dzielna.