Jak już nam się znudziło, a także z obawy przed
nadciągającą burzą, postanowiliśmy wracać do miasta. I tu pojawił się drobny
problem – nie było jak. Taksówki niestety nie czekały sznurem, jak nam się
wydawało, że będą. Ale znowu mieliśmy trochę szczęścia – nad trójką
maszerujących brzegiem szosy ludzi ulitował się wyjeżdżający z parku z rodziną
Singapurczyk, i zabrał nas do cywilizacji. Burzę przeczekaliśmy w knajpie, na
rewelacyjnym znowu jedzeniu. Tym razem również Malajskim, ale za to w
prawdziwej restauracji, z kelnerami i serwetkami (ale nadal bez noży). Wyszło
po 30 zł na głowę. Zjedliśmy zestaw dla 4 osób do ostatniego ziarenka ryżu.
Następny przystanek – i-City. Zrobiło się już ciemno, i
dobrze, bo to i-City to takie gigantyczne wesołe miasteczko, dodatkowo
udekorowane figurami, drzewami, kwiatami, które świecą. No i jeszcze jest
wielki zespół basenów, ze zjeżdżalniami i falami. To musi być niezła zabawa,
ale nie byliśmy przygotowani.
Uff, dobrze, że w poniedziałek święto… A do Shah Alam trzeba wrócić i zobaczyć miasto.
https://plus.google.com/u/0/photos/108668600531371879611/albums/5838804541021528097?authkey=CM3-rprnuOa4XQ
https://plus.google.com/u/0/photos/108668600531371879611/albums/5838804541021528097?authkey=CM3-rprnuOa4XQ



