Tuesday, 29 January 2013

Thaipusam

Jest sobota, 26 stycznia, ale z braku dostępu do sieci piszę w „brudnopisie” i wstawię jak się odnajdę wśród żywych. 

Thaipusam to jest hinduistyczne święto (Tamil Nadu), które teraz w Indiach jest zakazane. W Malezji uroczyste obchody odbywają się w dwóch miejscach – w Świątyni w Batu Caves (parę stacji na północ od KL). Rzecz dzieje się w hinduskim miesiącu Thai (czyli na przełomie stycznia i lutego).
Zobaczyć jak oni świętują, a raczej jak wygląda religijna pielgrzymka, to naprawdę przeżycie kulturowe i społeczne. Pielgrzymi idą pieszo do świątyni kilka lub kilkadziesiąt kilometrów. To nie tak jak do Częstochowy, że idą pieszo z domu aż tam, ale tłum szedł z KL do Batu Caves (chyba ok. 20 km) od poprzedniego dnia, pół KL było zamknięte, a oni szli, zorganizowane było pojenie i karmienie całego tego tłumu, ochrona, opieka medyczna, i w ogóle wszystko, co trzeba. I żadnej zadymy. 

Już na miejscu tłum kierował się do Świątyni (to jaskinia w skale, prowadzi do niej kilkaset schodów). Wszyscy boso, większość niosła specjalne dzbanki z mlekiem na ofiarę dla bóstwa. Większość też na żółto, często przybrana girlandami z kwiatów. Szły też zorganizowane grupy, z całymi przedstawieniami. Zwykle był to facet z wielką konstrukcją na ramionach, zrobioną z pawich piór (strasznie dużo pawi musieli oskubać), z portretem lub figurą bóstwa. Facet przybrany był kwiatami, dzwoneczkami, i najczęściej na plecach miał też dzwoneczki lub inne ozdoby zawieszone na kolczykach wbitych w skórę pleców. Jeden nawet miał tak zawieszone kilkanaście cytryn!!!! Z takim facetem – ołtarzem szedł zespół wokalno – muzyczny (bębenki, tamburynu, dzwonki i inne generatory hałasu plus jeden lub więcej wokalistów z tubami). Wrażenie wesołości, radości i dobrej zabawy. 

Bywały też dziewczyny – tancerki, ale to mniej. Za to jak już się taka trafiła, to raczej wyglądała dziwnie, jak w transie lub na haju. Moja przewodniczka (pochodząca z Indii koleżanka z pracy), powiedziała jednak, że oni nie ćpają, że to uniesienia religijne…




Tłum gęstniał z godziny na godzinę, schodami na górę szedł nieprzerwany potok ludzi. A na dole – targowisko ze wszystkim, jedzenie, ciuchy (hinduskie oczywiście), gadżety religijne, typu ołtarzyki i nawet całe wielkie ołtarzyska, jakieś zabawki, „pierzaste koguciki, baloniki na druciku”. Odpust na całego. 

W podsumowaniu taka myśl, że dla osoby z zewnątrz, niezaangażowanej emocjonalnie, to ciekawe widowisko, i w porównaniu z podobnie niezbadanymi od wewnątrz pielgrzymkami katolickimi, sprawiające wrażenie radosnego i pozbawionego strachu przed majestatem. Żadne amatorskie zdjęcia nie oddadzą atmosfery, zwłaszcza, że fotograf boi się tak na bezczelnego ludzi fotografować bez pytania.

zdjęcia:https://plus.google.com/photos/108668600531371879611/albums/5838784562004644641?authkey=CNCj5a_GiPfllAE

1 comment:

  1. Czytam ja w księgach (Wiki) i nie widzę,żeby to święto było w Indiach zakazane. To znaczyłoby, że Lonely Planet kłamie... W sumie to nie jest bardzo ważne. http://en.wikipedia.org/wiki/Thaipusam

    ReplyDelete