Thursday, 31 July 2014

Dzień lenia

Wstalyśmy stosunkowo wcześnie, bo już ok. 8. Spokojne śniadanko, czytanko, trochę czasu przy kompie bo ze zdjęciami trzeba coś zrobić. Na dziś w planie objazd Siem Reap w celu zagospodarowania praktycznie nadmiarowego dnia w tym kurorcie. No bo tak szczerze, to dwa dni na te stare kamyki to dla nas, wybitnych pasjonatek archeologii w zupełności wystarczą. Warsztaty rzemiosła - produkcja pamiątek - reklamowana jako bardzo ciekawa okazała się taka sobie, a może to nasz przewodnik nie był najlepszy (darmowy, więc trudno wymagać).

Zrobiło się południe, czas na małe co nieco. Usiadłyśmy więc w pierwszej napotkanej knajpce, zachęcone deklaracją, że nie stosują oni mieska ze szczurów, kotów i innych takich. Podano całkiem fajne zupy rybne - to nasz dość częsty wybór, bo tutaj to nieźle robią, a mimowolnie też szukamy równie pysznej jak ta z pierwszego wieczora w Phnom Penh.

Po lunchu kilka świątyń, ale tylko z wierzchu, a jedna, ta najbliższa naszego hotelu trochę dokładniej - odbudowana po problemach okresu Pol Pota, zawiera sporo odniesień do tego okresu, w tym malowaną historię jednego, któremu się udało przeżyć więzienie i tortury. Każda pewnie rodzina tu ma jakieś zadry z tego czasu.

Wieczorem trochę kultury. Tańce Khmerskie. Kierownik naszego hotelu, zapytany o radę podsunął propozycję lokalu, 12$ za pokaz i kolację. To niewiarygodnie konkurencyjna cena (połowa tego, co znalazłam w przewodniku i necie). Sknerusy więc zdecydowały iść na taniość. Okazało się to rewelacją. Genialne jedzenie - bufet z chyba setką dań, zorganizowany na poziomie luksusowego bankietu, pycha i obfitość. Szkoda, że się nie da zjeść na zapas (to znaczy nie za wiele na ten zapas i to ryzykujac bezsenną noc). A po tym wielkim żarciu uczta dla oka i ucha - pokaz pięciu khmerskich tańców. Ciekawe, ładne i zupełnie przyzwoicie wykonane. Brawa dla wykonawców i napiwek dla naszego pana z recepcji za rekomendację.

Wednesday, 30 July 2014

Waty i inne

Trzeba zobaczyć Angkor Wat w promieniach wschodzącego słońca. Wstałyśmy więc o 4.30, zeby tam być na czas. Udało się tylko częściowo. My tam byłyśmy, nawet miejscówkę obserwacyjna zajęłyśmy niekiepską, ale niestety, zachmurzenie całkowite i nici z bajecznych widoków. No, ale przynajmniej spróbowałyśmy.


Po śniadaniu ruszyłyśmy w trasę, dziś duże koło, tuktukiem. Przepiekne widoki, wspaniała pogoda - chłodek, bo bez słońca. Uciążliwe jest tylko ciągle oganianie się od sprzedawców przewodników, albumów ze zdjęciami, spodni w słonie, jedwabnych i bawełnianych szali, a nade wszystko dzieci wciskających ci badziewie jecząc "trifołandola"



Dzień zwiedzawczy zakończyłyśmy dość wcześnie, potem drzemka i lenistwo, a kolacja w mieście. Amok to kambodżańska potrawa narodowa, to mięso lub ryba z mnóstwem przypraw, jakimiś warzywami i mlekiem kokosowym w dużej ilości. Pycha. Dziś amok rybny podany został w skorupie świeżego kokosa. Rewelacja.

Siódmy Cud Świata

W momencie przekroczenia progu hotelu w Siem Reap lunęło jak z cebra. Znaczy mamy trochę szczęścia, że nie wcześniej, bo na tej łodzi to nie byłoby za fajnie. Hotelik malutki, nieco poza miastem, za to prawie przy wjeździe do kompleksu Angkor Wat. Mieszane uczucia - z jednej strony na kolację daleko, z drugiej - cisza i spokój. Co tam, wylosowane, zostajemy. W nagrodę codziennie rano kawa, dwa tosty, jajo sadzone i dwa plasterki smażonej szynki. Dobrze, że nie rosół, bo Basior by mnie rozstrzelał.


Ulokowałyśmy się w pokoju, trochę przestało padać, więc postanowiłyśmy pójść na wczesną kolację. Okazało się to wykonalne, acz nie najprzyjemniejsze - dość daleko, ponad 3km i do tego deszcz wcale nie ustawał. Mokre i głodne usiadłyśmy w pierwszej rozsądnej restauracji po drodze. Na szczęście jedzenie było super, mimo że nieco w stylu nouvelle cuisine. Zawsze można dopchnąć później shakiem lub czymś jeszcze. Oblazłyśmy rozkładające się właśnie o tej porze kramy nocnych marketów, kupiłyśmy mangostiny, a do domu wróciłysmy już tuktukiem.

Od rana czas na spotkanie z siódmym cudem świata, jak Kambodżanie (Khmerowie?) nazywają Angkor Wat. Cały kompleks Angkor obejmuje chyba 10 głownych świątyń i mnóstwo mniejszych. Wytyczone jest małe koło i duże. Małe ma ok 25 km. Postanowiłyśmy, za radami przewodników, "zrobić" je na rowerach. Wystartowałyśmy ok 8 rano. Okazało się to w sam raz na dołączenie do całodzienej procesji podążajacej w kierunku Angkoru i dalej trasą zwiedzania. Cóż, każdy chce zobaczyć cud.


Zrobiłyśmy małe kółko, z początku energicznie oglądałyśmy każdą światynię bardzo dokladnie. Potem coraz tej energii było mniej. Obrazoburcze może, ale na zwykłego zjadacza to za dużo i nieprzyswajalne. Szacun tylko, że zrobione tysiąc lat temu, ewidentnie na bogato, jak na tamte, ale i na te czasy. Pokłony dla twórców. I dla restauratorów. Genialne uczucie, że po czymś tak starym można chodzić, dotykać, siadać.

Zachód w samym Angkor Wat (rano było tam zdecydowanie za dużo ludzi) to całkiem dobry pomysł, bo ludzie lecą oglądać tenże do innej kupy kamieni. Wróciłyśmy do hotelu zupełnie wykończone. Do miasta na kolację to już tylko tuktukiem (mimo, że Baśka sugerowała rower, bo przecież zapłacone).
zdjęcia

Tuesday, 29 July 2014

Łodzią do Siem Reap

Bilet kosztuje ... 20$. To tutaj strasznie dużo kasy. Autobusem dojedzie się za 6 dwa razy szybciej. No ale podobno to najlepsza tego typu okazja w Kambodży. Płyniemy. Łódź zgodna z oczekiwaniami, ławeczki cośkolwiek twardawe. Ale załadował się komplet białasów i jeszcze drugie tyle lokalnych. Ciekawe ile lokalni płacą. Bo na pewno nie 20. Po drodze dosiadali się i wysiadali w locie (to znaczy z i do łódeczek). Wszyscy z torbami, siatami, kartonami. Sceneria po drodze rzeczywiście ciekawa, aczkolwiek trochę to za długa przyjemność.




Rzeka płynie przez wioski, pola wije się, mimo płaskiego krajobrazu, raz jest szeroka, w zakrętach się zwęża. Kilka razy odbijaliśmy się od brzegu do brzegu. Wyraźnie krypa miała kłopoty z głębokimi skrętami. Ale daliśmy radę. Należy również potraktować jako zaliczone oglądanie kilkunastu "pływających wiosek" i nie kupować takiej wycieczki. Swoją drogą to zdumiewające, że ludzie w XXI wieku jeszcza tak żyją.

Widać jaskrawo, że jedyną metodą na efektywne wykorzystanie czasu jest uniezależnienie się od publicznego transportu, a to na odmianę kłóci się z przyjętą formułą backpackerstwa (nie mówiąc o ryzyku podróżowania wynajetym samochodem przez kraj nie znając ni w ząb języka).
zdjęcia

Sunday, 27 July 2014

Vin de Cambodia i inne

Po wczorajszym przypalaniu na wolnym słońcu przez cały dzień dziś trzeba nieco bardziej uważać. Poza tym wybrane przez nas atrakcje są oddalone od Battambangu o jakieś 20 km i bez mapy to trochę za duże ryzyko. Postanowiłyśmy wiec wziąć tuktuka. Po kupieniu kawy w okolicznej budzie i buł w piekarni zasiadłyśmy w celu skonsumowania tego prostego posiłku w holu, tam już jeden tuktukarz sobie nas upatrzył i pilnował. Ugadałyśmy wycieczkę i w drogę.







Pierwszy punkt to... winnica. Tak, tu jest jedna winnica, która chwali się robieniem win, cenionych nawet w sferach rządowych. Obejrzałyśmy, zarządziłyśmy degustację, w mojej opinii winko czerwone w klasie beaujeaulais nouveau, pewnie z lodem da się pić. Banon Brandy, też produkt tej winnicy jest całkiem pijalne. Nie przywiozę do próbowania.

Dalej już kulturalnie. Phnom Banon (a może Banan?) szczyci się, że świątynia jest starsza od Angkor Wat, i tenże jest na niej wzorowany. Nie wiadomo czy to prawda. W tym samym miejscu przewodnik opisuje jeszcze jaskinę. Udało się zobaczyć małą tabliczke "cave 350m", to idziemy. Za nami horda dzieciaków, najstarszy pewnie z 10 lat. Po 500m rozwidlenie i żadnego znaku. Chłopak pokazał kierunek, postanowiłyśmy zaufać, i już po jakimś kilometrze doszłyśmy do jaskinii. Ciemno tam, mamy tablet, to sobie poświecimy. Ale w środku znowu nie wiadomo w którą stronę iść. Dzieciak idzie za nami, wcisk latarki, w końcu zaczyna prowadzić. Oprowadził nas po tej jaskinii,  chyba najważniejszy tam był ołtarzyk w jednej z grot i srebrno błyszcząca skała jednej ze ścian. Całkiem wyszkolony chłopaczek, ostrzegał przed obniżeniami, żeby mu się klient w głowę nie rąbnął. Bez tych dzieciaków nici byłyby z jaskinii. Ciekawe, czy brak oznaczeń to celowe dla biznesu...

Z Banona jedziemy strasznie wyboistą drogą do Phnom Sampeau. To kolejna góra z watem, wyższa od Banona, ale nie dałyśmy się namówić na podwózkę motorem. Tu na szczęście nie było już dzieciaków z wachlarzami. To lekka żenada. Wlazłyśmy na nogach. Tu też nie ma żadnych mapek ani opisów, a ciekawe obiekty rozrzucone są po sporym terenie. Lonely Planet pomaga, ale nie do końca. W pewnej chwili miałyśmy wrażenie, że to gra terenowa i chodzi o znalezienie jak największej liczby leżących buddów, zanim się zostanie pogryzionym przez makaki. Cóż, Kambodża to ugór do zaorania dla organizatorów turystyki, twórców przewodników i  innych tego typu pasjonatów.

Saturday, 26 July 2014

Rower, to jest styl

Battambang to dziura, którą można obejść bez problemu i ze szczegółami w dwie godziny. Jest kilka budynków pofrancuskich i trochę nowych zbudowanych w podobnym stylu. Całkiem to ładne. Ale chyba największą atrakcją jest przejażdżka drezyną, zwaną bamboo train (bo konstrukcja "nadwozia" jest z bambusa).


Po odbyciu dyskusji planistycznej - przede wszystkim na temat tego kiedy wyjeżdżamy z tego pięknego miasta (opcje są 2 - łódka lub autobus, łódka 4 razy droższa i półtora raza wolniejsza od autobusu, ale bierzemy łodkę w poniedziałek) - wypożyczyłyśmy rowery i ruszyłyśmy w miasto. Te drezyny, według opisu są ok 5km od miasta, więc to idealna okazja na rower. Człowiek w knajpie śniadaniowej pokazał nam to w googlu i jedziemy. Mapy nie mamy, tylko taką baardzo ogólną, ale do odważnych świat należy. Zrobiłyśmy pewnie ze 20 kilosów po podbattambanżańskiej wsi, aż w końcu się udało. Te drezyny to całkiem fajna sprawa. Nie wiem jak to się nie wykoleja na takich krzywych torach. Ale nie. Zaliczone, można polecać, ale nie zapiera tchu w piersiach.

Się dojechało, trzeba wrócić. Poszło krócej, ale też nie najlepiej. Fart, że zabłądziłyśmy do miejsca, do którego miałyśmy jechać później. To takie podmiejskie osiedle, trochę przypominające nasz Otwock - stare khmerskie domy, trochę nowych, wszystkie raczej dostatnie. Stamtąd już przynajmniej wiedziałyśmy jak wrócić do Battambangu.


Nie udało się znaleźć resztek rozlewni Pepsi. Lonely Planet pisze, że coś jest, ale my nie trafiłyśmy. Trafiłyśmy za to bez problemu na stację kolejową, na której zegar pokazuje dobrą godzinę dwa razy na dobę. Są tam pozostałości bocznicy naprawczej, pofrancuskiej oczywiście.

Uuuuuffff. Teraz prysznic i dużo kremu na spalone ryło i ramionka.

zdjęcia

Jedziemy do Battambangu

O 14.45 autobus do Phnom Penh, a potem nocny do tegoż Bilabonga (Battambangu). Ale nic z tych rzeczy, autobus się zepsuł. W zamian minibus o 16 z kupą białasów na pokładzie. Ale zadziałał. Na miejscu okazało się, że na prawdziwie nocny autobus nie ma biletów, więc jedziemy takim o 20.30, ladowanie ok 2 w nocy. Panienka w biurze podróży pomogła zarezerwować pokój, żeby po nocach nie szukać. Kolacyjka przy nocnym targu przed ofjazdem okazała się nie do końca trafiona. Wołowina z ... czerwonymi mrówkami nie jest naszym faworytem.

Autobus, mimo pory, odbył swoją zwyczajową przerwę na posiłek. Nie ma problemu, o 1 w nocy też można zjeść rosołek z kluskami. Potejeszcze godzinka z hakiem i... autobus staje i ktoś woła że to Battambang. Pytamy, czy będzie jeszcze jakiś iny przystanek w centrum, ale nie. Wysiadamy więc w środku niczego. Chwilę zajęło nam negocjowanie ceny podwózki motocyklem do hotelu, ustaliłyśmy 2 dolary i jedziemy, kierowca, my dwie i dwa plecaki. Motor jeden. Uffff. Było troszkę dalej, niż myślałyśmy, ale dotarłyśmy naa miejsce bez szwanku. Recepcjonista otworzył kratę, wpuścił nas do środka i za 5 dolarów dostałyśmy pokoik z dwoma łóżkami, łazienką i widokiem na dachy Battambangu.  jeszcze raz się udało.

Friday, 25 July 2014

Kambodżańska wieś

Tak sobie chyba wyobrażamy biedne okolice azjatyckie: malutkie chatki, błoto, pola ryżowe i pojedyncze palmy. Oni tu żyją za kwoty dla nas niewyobrażalnie niskie, ale nie wydają się mieć o to pretensje do świata. Trudno coś wywnioskować, bo nie da się dogadać. Co prawda tu, w Kampocie, spotkałyśmy chyba więcej ludzi mówiących po angielsku niż w Phnom Penh.
Gdzie pieprz rośnie
Ostatni dzień w Kampocie to emerycka wycieczka na górę Bokor. Tam resztki francuskiego resortu - fajne gmaszysko, piękne widoki, szkoda, że zmarnowane. Teraz Kambodżanie wywalili nowy resort, nie wiem,  czy działa, ale jest okazałe. Jest też kościół katolicki z lat dwudziestych. Wygląda jakby miał z 500 lat. Po lunchu na skałkach przy wodospadzie niestety lunęło. Musiałyśmy naciskać na zajechanie mimo to do Pagody. Potem już tylko na dół po bagaże i autobus w dalszą drogę.


Thursday, 24 July 2014

Kampot, nie mylić z kompotem

Początek był trudny - szybki marsz do autobusu, po drodze buły i kawa do torebki i jedziemy. Nie ma lekko, temperatura w autobusie około 15 stopni, sarong nie całkiem wystarcza. Nawiewu oczywiście nie da się wyłączyć.

W Kampocie , po ogonieniu się od tuk-tukarzy odziemy do rekomendowanego przez Lonely Planet hostelu - trochę pobłądziłyśmy, w końcu tuktukiem zajechałyśmy. Pokój za 6$ za noc, z łazienką, to niezła cena, nawet jak na tutejsze ceny. Postanowiłyśmy zostać dwie noce, wykupiłyśmy wycieczki po okolicy , i poszłyśmy w miasto. Da się je obejść w godzinę, a dwie to już ze szczegółami. Przeszłyśmy przez wszystkie 3 mosty, odwiedziłyśmy bardzo specjalny zakład konfekcjonowania pieprzu (to jest tytejsza specjalność), zajrzałyśmy na lokalny bazar, przedarłyśmy się przez błoto do lokalnego watu (świątyni buddyjskiej) w której grypa chłopaczków w mnisich szatach znęcała się nad wielkim bębnem, generując hałas na trzy ulice. Na koniec - firefly cruise, były świetliki, ale na mednym tylko krzaku. Może za dużo deszczu i wiatru.

Kampot zostanie zapamiętany jeszcze z jednej rzeczy - naprawy mojego tablecika. Guzik do włączania się zepsuł, więc tablet stał się bezużyteczny. Lekki dramat, bo nie tylko netu brak, ale i jakiejkolwiek książki, z przewodnikiem po Kambodży włącznie. Właściciel naszego hostelu powiedział gdzie pójść. Tam pani kazała poczekać, aż przyjdzie mąż. Po kilkunastu minutach zajechał leksusem. Najpierw powiedział, że nie da rady, ale jak poprosiłam o śrubokręt, to się zainteresował, porozkręcał, podlutował, i działa. Wziął... dolara. Nie wiem jak zarobił na tego leksusa.


i jeszcze raz tuk-tuk

Drugi dzień w Phnom Penh zaczął się najlepszą na świecie świeżą bułeczką bez masełka za to z duszoną wołowinką i znakomitą tutejszą kawą (co drudzy mieli omlet i herbatę). A potem Ruski Bazar (tak, na prawdę jest w Pnom Penh Russian Market, ze szystkim, mydłem i powidłem). Kupiłyśmy butki (nawet dwie pary) i ruszyłyśmy dalej, tuk-tukiem, do muzeum narodowego. Stare rzeźby buddów i innych bóstw nie wprawiły nas co prawda w największy zachwyt, ale takie muzeum to mus, a jak mus, to mus.

Następny punkt programu, to Central Market i szukanie busu do miasta Kampot. Busy, podobnie jak w Malezji są obsługiwane przez prywatne firmy, jest ich sporo, ale w odróżnieniu od Malezyjskich mają rozproszone punkty startowe (dworcami trudno to nazwać). Zadanie więc nieco skomplikowane. Idziemy więc. Już po jakichś 500 metrach lunęło. Ale tak, jakby nagle ktoś wywrócił wielką balię.  Schowałyśmy się pod pierwszym daszkiem i stałyśmy tak z 15 minut, aż miły pan z biura podróży zaprosił nas do środka. Spróbowałyśmy więc załatwić przy okazji nasz autobusowy problem, ale oni byli tylko od latania. Deszcz na szczęście zelżał nieco i dało się pójść.

Obejrzałyśmy Central Market - wszystko jest, to co trzeba i to co nie. Potem wystąpila zupka w oczekiwaniu na kolejną przerwę w deszczu. Potem troszkę chaotycznie miotałyśmy się szukając tych autobusów, ale w końcu się udało, rozwiązanie idealne, bilety kupione.

Na koniec spacer riversajdem, niestety w deszczu, darmowe piwo w Mad Monkey - nie można zmarnować voucherów! Potwierdziło się, że dobrze zrobiłyśmy wyprowadzając się - hałas nie z tej ziemi.
zdjecia


Tuesday, 22 July 2014

Tuk-tuk

Tuk-tuk to podstawowy w Phnom Penh środek lokomocji - ryksza z motocyklem, wózek zabiera do 6 osób. Z lotniska do centrum około 30 minut, cena do negocjacji, my zapłaciłyśmy 8 dolarów. Dolar (amerykański) jest tu walutą oficjalną, równoległą do riala, ok. 4000 riali to jeden dolar i ewentualne ułamki dolara reszty wydawane są w rialach.
Nasz hostel okazał się sporym przedsiębiorstwem turystycznym, z klubem, restauracją, agncją turystyczną i szeregiem pokoi w dwóch budynkach. Dostałyśmy łóżka w dormitorium ściana w ścianę ze skybarem. Wesoło było do północy. Rano zdecydowałyśmy już tam nie mieszkać. Zachowali się bardzo miło, bo znaleźli nam pokój w pobliżu za tę samą cenę. Tam już na szczęście nie było baru. Cisza i spokój.


Ale zanim to wszystko nastąpiło, to odbyłyśmy spacer nie w tę stronę po okolicy (nie dawajcie mi więcej mapy!!!), zakończony kolacją w całkowicie lokalnej knajpce gdzie dostałyśmy dwie zupy - rybną i kurczakową - najlepsze na świecie.

Pierwszy dzień w Phnom Penh miał polegać na łażeniu po mieście i zwiedzaniu tych kilku rzeczy, które w centrum trzeba zwiedzić, ale już 100 metrów od domu okazało się, że jest jakaś demonstracja i nie da się dojść do Muzeum Narodowego i Pałacu Królewskiego. Pojechałyśmy więc tuk-tukiem do Muzeum Tuol Sleng (to tutejszy Pawiak z czasów Pol Pota), a potem do Killing Fields. Przygnębiające, wstrząsające, chociaż po odwiedzeniu Auschwitz czy Majdanka nie tak szokujące jak dla tych, co nigdy takich rzeczy nie widzieli.


Po południu centrum miasta już było otwarte, więc zaliczyłyśmy królewskie ogrody, Silver Pagodę i długaśny spacer do mostu Japońskiego (nic ciekawego ten most, ale pomnik rewolweru - całkiem zabawny).


W drodze powrotnej do domu chciałyśmy coś zjeść po lokalnemu, ale uliczne stalle nie są ty tak sympatyczne jak w Malezji czy Sajgonie, a restauracje trafiały się raczej highendowe. Na koniec usiadłyśmy w nieźle wyglądającej chińskiej, ale skończyło się dyskusją o niejadalności kaczki, którą nam podano. Poszłyśmy płacąc tylko za zupkę. Trudno. W następnej Basior dostał pyszną rybkę słodko-kwaśną a ja spróbowałam piwa Ankor. Ujdzie. Zobaczymy, co przyniesie jutro.

zdjecia

Sajgon, a raczej Mekong

Na czwarty dzień pobytu w Sajgonie trzeba już było znaleźć coś poza miastem. Na jeden dzień spotkanie z deltą Mekongu wydało się najlepszym rozwiązaniem.
Wzięłyśmy emerycką wycieczkę, trochę autobusem, trochę łodzią motorową, chwilka na łodzi wiosłowej, a w międzyczasie zwiedzanie farmy pszczół, warsztatu produkującego dmuchany ryż i produkcji toffi z mleka kokosowego. Wszystko nawet ciekawe, ale to skansen, daleko do normalnego życia w tamtej okolicy. Co by jednak nie mówić, to tamtejsze "must see", więc zaliczone.





zdjęcia

Sajgon, dzień trzeci

Trochę się zapóźniłam, za dużo atrakcji na koniec. Ale próbuję nadrabiać. Trzeci dzień w Sajgonie to muzeum War Remnants. Wojna wietnamska z tej perspektywy to coś wstrząsającego. I na dodatek Agent  Orange, do dziś rodzą się dzieci zdeformowane przez to paskudztwo. A jak Amerykanie to wszystko, cały ten sprzęt do dżungli poprzywlekali, to trudno uwierzyć. I nie dziwne, że na koniec im kasy zabrakło i podwinęli ogony i uciekli.

Ho Chi Minh City na pewno jest jednym z najbardziej ruchliwych miast w jakich byłam.

Zdjęcia dopiero jak się komp lepszy trafi...


zdjęcia

Sunday, 20 July 2014

Zamykam sklepik

Kalendarz zamykania obiektu pod nazwą Wolfke Guest House
16 lipca - pożegnanie z ekipą projektową. Nie byłam tam już kilka tygodni - pracowałam z biura, ale warto pomachać łapką osobiście tym ludziom, z którymi pewnie się już w życiu nie zobaczę.
17 lipca - jest kwit z urzędu skarbowego, znaczy wypłacą mi ostatnią pensję i jeszcze zwrot podatku będzie. Uff. Potem jeszcze razem z Sudą załatwiłyśmy przepisanie telewizji i internetu na nią. Znów sukces. Wieczorem ostatnie (w życiu?) spotkanie z Brickladies. Miło. Sudha też poszła, została przyjęta, więc jak jej się sdoba, to ma towarzystwo.
18 lipca - pożegnanie z pracą. Oczywiście ostatniego dnia pojawiła się fura spraw do załatwienia, ale o 16.30 byłam już na urlopie. Całe popołudnie próbowałam się spakować, ale szło jak po grudzie. W jednym się upewniłam - w jedną walizkę będzie ciężko się spakować. Cóż, po powrocie z wakacji stoczę walkę z materią i zobaczymy ile da się upchnąć. Wieczorem kolacja ze znajomymi w tajskiej knajpie, bez Basiora, bo ona się wykończyła na Bukit Batur. Ale i tak dzielnie tam wlazła. Dziewczyny obiecały urządzić pożegnalną imprezkę 15 sierpnia. Mam nadzieję że się uda.
19 lipca - wielkie sprzątanie i pakowanie. Powtarzam - człowiek ma za dużo rzeczy. I gromadzi te przydasie, które się do niczego nie przydają... ale udało się, jak Marie przyszła odbierać klucze, to już kończyłyśmy sprzątać lodówkę, reszta była ok. Na szczęście cały depozyt oddali od razu w cashu. Znowu lepiej niż niektórzy ostrzegali. Juz o 16.30 byłyśmy zaokrętowane u Sudhy, na 13 piętrze tego samego domu. Czas więc na shopping - spodenki w miejsce podartych na Taburze Basinych, no i ubranko na nowy tablet. To drugie okazało się dość skomplikowane, ale podołałyśmy. W 1U jest wszystko.
20 lipca - udało się po krótkiej walce uruchomić piekarnik i upiec ciasteczka z płatków owsianych, które nam zostały. Dobre! Potem szybki basen i na lotnisko. Wakacje, i to jakie! Cztery tygodnie (prawie).

Wednesday, 16 July 2014

Sajgon, dzień drugi

W planie wizyta u caodeistów, w największej ich świątyni, oraz tunele Cu Chi - relikt wojny z USA. Po szosach w okolicach HCMC jeździ się wolno. Autokar, mimo braku korków, poruszał się statecznie, rzadko przekraczając 60 km/h (tak samo było podczas następnej wycieczki, widać reguła).

Mimo żółwiego tempa okazało sie, że jesteśmy na miejscu przed czasem - Caodaiści mają cermonię modlitewną o 12.00, i to jest kluczowy punkt programu. Nasz przewodnik, Benh, zarządził więc lunch najpierw a zwiedzanie potem. Trochę było nerwowo, bo o mało co bysmy sie na tę ceremonię spóźnili. Na szczęście sie udało. Zainteresowanych caodeizmem odsyłam do źródeł, bo niestety nasz Benh nie umiał nic rozsądnego o nich opowiedzieć, poza tym, że są i dostają kasę od wyznawców rozsianych po świecie.


Porobiliśmy zdjęcia, Basior wdrapał sie tam, gdzie teoretycznie nie wolno (na wieżę), ale niestety bez aparatu, i koniec, do autokaru i czas na poważne tematy.

Tunele Cu Chi, to sieć podziemnych korytarzy i pomieszczeń w pobliżu HCMC, w których przez całą wojnę wietnamską ukrywali się komuniści (żołnierze i partyzanci, ale też ludność cywilna - kobiety i dzieci). Ten system kanałów działał i oblężenie Sajgonu z tych tuneli doprowadziło praktycznie to wykrwawienia się i wycofania Amerykanów. Trudno sobie wyobrazić przeżycie kilku lat w takich tunelach, które mozna było na chwilę opuścić tylko nocą. Wszystkie Plutony, Czasy Apokalipsy i Ramba nie są w stanie pokazać sprytu i inteligencji wietnamczyków w prowadzeniu wojny przy tak niskich nakładach finansowych, w takich warunkach i z taką skutecznością. Ideologia ideologią, ale szacun.


zdjecia