Sunday, 25 August 2013

Nowe eksperymenty kulinarne

Sharan zorganizowała wyjście na lekcje hinduskiego gotowania. Dania w menu - super, ale niestety lekcja polegała na patrzeniu tylko, a potem na jedzeniu. Nie wiem więc, czy potrafię powtórzyć. Trzeba będzie spróbować. Składniki w większości przypadków dostępne w Polsce, nawet nie tylko w sklepach z azjatycką żywnością.


Deser (pudding) przybrany płatkami srebra (to się je)

Naned ma taką furkę, że mucha nie siada, a przynajmniej wszyscy sie oglądają. Nie wiem co to, ale małe sportowe kabrio, jedyny egzemplarz w Malezji. Przejechałam się, znaczy zostałam przewieziona, robi wrażenie, ale chyba wolę duże samochody. No i warkot sportowego silnika (a może raczej ryk), to jednak nie jest to, co tygrysy lubią najbardziej.


Google jest dobry na wszystko. To autko to TVR. Pierwsze widzę, ale robi wrażenie.

Zdjęcia hinduskich dań oraz tego autka dopiero jak znajdę kabelek do aparatu Basiora (jak widać znalazłąm)

Ogórki małosolne mi sie udały. Znaczy drugiego dnia już były raczej dużosolne, ale nadal - smakują jak polskie, mimo że bez chrzanu i liści wiśni. Będzie więc surówka do zrazów zawijanych na polski obiad...

kilka zdjęć

Wednesday, 21 August 2013

Odcinek specjalny - Basior w drodze. A matka w niepokoju. Obie same

1. Dziś (środa) o 9 rano Basior wsiadł na prom z Langkawi do Satuna (nie wiem czy to się tak odmienia) w Tajlandii. Stamtąd busem na Phukett. Małe 8 godzin i już. Ma się odezwać. Mam nadzieję, że to zrobi, bo przez ostatni tydzień nie dała głosu (ale chociaż były dwie i jednego majla wysłały - znaczy żyją). Phukett to raczej cywilizacja, powinni mieć trochę internetu.

2. Środa 20.30. Żyje. I jest internet na Phukecie. Na razie tyle.

3. Czwartek 22.30 Skajpujemy. Nawet niezła jakość. Rozumiem, że na Phukecie jest wszędzie daleko i przemieszczanie jest raczej kłopotliwe. Jeśli człowiek nie chce siedzieć na jednej plaży to trzeba spadać dalej. Cel na piątek: Ratchaburi. To chyba z 800km przez ten wąziutki pasek półwyspu. Potem na północ w stronę Laosu.

4. W piątek udało się dotrzeć "tylko" do Hua Hin. Ratchaburi wystąpiło w sobotę, wraz z wspaniałą jaskinią (wiem tylko, że była mega). Dziś (niedziela) do Bangkoku a potem do Sukhotai

5. Korekta, poniedziałek 26 sierpnia. Podróżując nocą Basior dotarł do Chiang Mai, a nie do Sukhotai. Nadal nic nie wiem o szczegółach. Wg googla to 1982 km. cdn.

6. Jest troche więcej wieści: Sukhothai nie bo tam nuda i turysty, turysty, turysty. Z Hua Hin Basia pojechała do Bangkoku, stamtąd nocą do Chiang Mai, więc od rana (poniedziałek) jest w Chiang Mai. Wdrapała sie na górę (nie znalazłam nazwy ...), ale góra raczej słaba była. Plan na jutro: objazd parku narodowego samochodem, a nastepnego dnia może cooking class?

7. Środa 28 sierpnia. To już tydzień. Dziś lekcja gotowania, a po południu do Chiang Rai. A potem do Laosu. Pogooglałam trochę po tych miejscach. Jest pięknie. Dlaczego mnie tam nie ma?!!! Podróżniczka jesta cała i zdrowa. Wrażeń mnóstwo. Samotne podróżowanie ma zalety (swoboda podejmowania decyzji) ale też wady - niektórych rzeczy samemu sie nie da, bo są albo ryzykowne albo za drogie. Chiang Rai wygląda ciekawiej niż Chiang Mai - mniejsze i mniej turystów. Dalsze plany to Złoty Trójkąt a potem Laos. Na Kambodżę już nie wystarczy czasu. Bilet powrotny z Vientianu kupiony na 12 września.

8. Piątek 30 sierpnia. Basior się zaokrętował na łodzi, która go będzie wiozła dwa dni wgłąb Laosu. Tuhanku wie dokąd....

9. Nadal piątek 30 sierpnia. Okazuje się, że nad rzeką, w pensjonacie w Laosie jest wifi. I działa. Wiemy więc że Basior cały. I głodny czeka na miskę ryżu. Po zjedzeniu tego ryżu wróciły siły i mamy trochę szczegółów. rzeka to Mekong (całkiem spora....). Łódź wyruszyła z Chiang Khong (Tajlandia) - po laotańskiej stronie jest Xuay Xai - do Louang Praban. na oko to ok. 300 km. Jakby jechać samochodem, to byłoby dalej, ok 480km. Coraz bardziej zazdroszczę.

Nie udało mi się przekonać Googla żeby poprowadził trasę wzdłuż rzeki... 

10. Luang Praban i okolice bliższe i dalsze. Wioski, wodospady... W poniedziałek może Równina Dzbanów.

11. Sądząc po tym, że we wtorek wieczorem (3/09) poszukiwany był dworzec autobusowy w Phonsavan, to Równina Dzbanów zaliczona. Czekamy na dalsze relacje.

12. Jesteśmy w Vang Vieng. Zobaczymy co dalej...

13. Van Vieng to miejsce, skąd ludzie wypływają na rzekę na ... oponach, pływają kajakiem, łodziami, zwiedzają jaskinie. Wieczorami imprezują. Baśka się podłącza. Ciekawe czy da radę zrobić jakieś foty.




14. Sobota 7 września, Wientian.  Stamtąd jutro do Kong Lor. To najwieksza jaskinia w Laosie.

15. Wtorek 10 września, znowu Wientian. Francuska kawka bez croissanta (ale może być i z croissantem), bagietki i kanapki z bagietek. I ulice we francuskiej transkrypcji: rue, avenue i boulevard... C'est drole.


16. Czwartek, 12 września. Wyprawa zakończona szczęśliwym powrotem do KL na pokładzie Air Asia. Punktualnie. Basior cały, zdrowy, opalony i ... nie ma czasu na opowiadanie bo pędzi do Cameron Highlands. Popędził.

Jakby liczyć tylko głównymi drogami i tylko podstawowe odcinki (bez zwiedzania poszczególnych miejsc), to Googlowi wychodzi 4050km po drogach i bezdrożach Tajlandii i Laosu.



Monday, 19 August 2013

Chata tymczasowo pusta

Młodzież się rozjechała w różne strony. Basiorowe koleżanki wróciły do domu, Baśka z Kaśka pojechały zwiedzać dalej. W planie mój ulubiony Penang i Langkawi. Wygląda na to, że w Georgetown zwiedzanie było intensywne, bo na część plażową w Batu Ferringhi wybrały się dopiero wieczorem. Ciekawe co myślą...

Po dłuższej przerwie wznawiam na chwilę aktywność w społeczności międzynarodowej. W czwartkowy wieczór udałam się na miedzynarodowe babskie spotkanie w brazylijskiej restauracji prowadzonej przez Irlandczyka w stolicy Malezji. Trochę to nienaturalne... No i niestety po raz kolejny okazało się, że stereotyp jest bardzo silny. Irlandczyk, uzyskawszy odpowiedź na pytanie skąd jestem, natychmiast zapytał: Plumber? Nie jestem pewna czy to śmieszne.

Mam trochę kłopotów z obrazkami do bloga, bo Basior zabrał mój aparat (bo mniejszy i lżejszy). Muszę rozgryźć tego jej potwora. Może coś z tego będzie. Pod warunkiem, że znajdę ładowarkę i kabelki do kompa, bo instrukcja obsługi na szczęście jest. Może się okazać, że następne foty za miesiąc, bo nie chcę podbierać z obcych źródeł, a Baśka planuje zwiedzać bez opamiętania.

Monday, 12 August 2013

Tłumaka

Cztery dni wolne z okazji końca Ramadanu. Co tu robić? Dziewczyny wróciły z Tajlandii pełne wrażeń. Grzech siedzieć w KL, jak dookoła tyle miejsc, które sa warte zobaczenia. Zdecydowałyśmy sie na Melakę. Z rezerwacją noclegu nie było różowo, ale się udało. Miejsca w autobusie też jeszcze się znalazły na trzy dni przed wyjazdem.





Już na dworcu autobusowym widać było, że trochę ludzi się przemieszcza. Jak dotarłyśmy do naszego pensjonatu (może raczej hosteliku?), to już było widać, że będzie baaaardzo stadnie. Tłum na ulicach w ciągu dnia dorównywał tłumowi (który uważałam za lekko uciążliwy) na nocnym targu na Jonker Street jak tam byliśmy w marcu. Jeżdzenie rowerem w związku z tym spadło z agendy natychmiast, bo nie było jak tymi rowerami lawirować. Znakomicie udała się wycieczka statkiem po rzece - na statek mieści się tyle ludzi ile jest miejsc, więc nie ma mowy o nadmiernym tłoku. Opisany w przewodniku Heritage Walk zajął nam większość dnia w sobotę, mimo że nie udało sie wejść do Baba House z powodu kolejki. Próbowałyśmy dotrzeć autobusem do Osady Porugalskiej, ale chyba nie jest ona mi pisana. Kierowca nie powiedział nam gdzie wysiąść i niespodziewanie zatoczyłyśmy autobusem koło i wróciłyśmy do centrum Melaki. Na koniec - wysłałam dziewczyny kaczką (znaczy amfibią), że by zobaczyły meczet na wyspie Melakę od strony morza.

Jonker Street Walk, tradycyjny weekendowy nocny targ, był raczej trudny do zniesienia. Tłum nie do opisania. Uciekłyśmy więc, i kolację udało sie dopiero zjeść w lokalnej knajpce koło naszego pensjonatu. Następnego wieczora nawet nie próbowałyśmy tam pójść.

Podsumowanie jest dość krótkie - nie należy zwiedzać takiego miasta w czasie najwiekszego święta w kraju. A nasza ulubiona kawiarnia pozostaje ulubioną kawiarnią.

kilka fot

Thursday, 8 August 2013

Ramadan

Zaczęli pościć 10 lipca. Pości się w dzień, ale okazuje się, że to nie jest całkiem według słońca. Godziny rozpoczęcia i zakończenia postu na każdy dzień są inne, różne w różnych stanach Malezji. Nie wiem jak to jest w innych krajach, ale tutaj godziny są publikowane w prasie, oraz oczywiście ogłaszane przez muezina z każdego meczetu. Domyślam się następującej logiki: post rozpoczyna się wraz z wezwaniem do obowiązkowej modlitwy przed wschodem słońca (tu jest to w okolicach 5.30), a kończy się modlitwą o zachodzie słońca (potem jest jeszcze jedna modlitwa wieczorna, na którą jak zauważyłam, muzułmanie podążają tutaj dość licznie, przynajmniej w czasie Ramadanu).

Koniec Ramadanu to dwa dni wolne od pracy po 29 dniach postu. W tym roku to 8 i 9 sierpnia. Te dni to czas ucztowania z rodzinami, ale również z przyjaciółmi. Popularne są tzw. Open House, to znaczy gospodarz informuje, że danego dnia zaprasza do siebie na jedzenie. Można przyjść nie potwierdzając zaproszenia. Król też organizuje taki Open House - podobno każdy może przyjść, i podobno tłumnie przychodzą. Nie wiem czy turyści też mogą, nie bedę próbować.
Bayu Kurung


Bayu Kebaya
Kebaya może być do dżinsów
W czasie Ramadanu kwitnie wzmożony handel. Trochę jak przed Bożym Narodzeniem. Nie słyszałam o tradycji dawania sobie prezentów, za to każda kobieta sprawia sobie nową kieckę. W te dwa dni wszyscy ubierają się odświętnie, i to w te tradycyjne stroje. Co do kobiet, to proste - one chodzą na co dzień w tych strojach, ale ciekawe jak tam z panami


I Bayu Kebaya "full wypas"

Pojawia się też więcej (jeśli to w ogóle możliwe) jedzenia na wynos. Wszyscy kupują, żeby na sygnał móc jeść, a nie dopiero gotować. Jedzą wszędzie tam, gdzie ich zastanie koniec postu. Znajoma lekarka mówi, że to jest czas wzmożonej pracy dla lekarzy, związanej z zasłabnięciami, ale także, a może przede wszystkim z kłopotami z przewodem pokarmowym z powodu przejedzenia lub zatrucia. Słyszałam też, że istnieje policja religijna, która sprawdza przestrzeganie postu. Religię deklarujesz, fakt bycia Malajem - muzułmaninem jest odnotowany w dokumentach. Daje to przywileje (nie do końca wiem jakie, ale na pewno są prawne i podatkowe różnice między Malajami a resztą obywateli Malezji), więc również są wymagania...

W nocy kończącej Ramadan strzelali cały czas - fajerwerki i inne hałasy. W meczetach też śpiewali inaczej niż na co dzień. No i na ulicach w pierwszy dzień świąt było pełno ludzi w tradycynych strojach. A centra handlowe - otwarte i pełne ludzi jak zawsze, a nawet bardziej.