2. Środa 20.30. Żyje. I jest internet na Phukecie. Na razie tyle.
3. Czwartek 22.30 Skajpujemy. Nawet niezła jakość. Rozumiem, że na Phukecie jest wszędzie daleko i przemieszczanie jest raczej kłopotliwe. Jeśli człowiek nie chce siedzieć na jednej plaży to trzeba spadać dalej. Cel na piątek: Ratchaburi. To chyba z 800km przez ten wąziutki pasek półwyspu. Potem na północ w stronę Laosu.
4. W piątek udało się dotrzeć "tylko" do Hua Hin. Ratchaburi wystąpiło w sobotę, wraz z wspaniałą jaskinią (wiem tylko, że była mega). Dziś (niedziela) do Bangkoku a potem do Sukhotai
5. Korekta, poniedziałek 26 sierpnia. Podróżując nocą Basior dotarł do Chiang Mai, a nie do Sukhotai. Nadal nic nie wiem o szczegółach. Wg googla to 1982 km. cdn.
6. Jest troche więcej wieści: Sukhothai nie bo tam nuda i turysty, turysty, turysty. Z Hua Hin Basia pojechała do Bangkoku, stamtąd nocą do Chiang Mai, więc od rana (poniedziałek) jest w Chiang Mai. Wdrapała sie na górę (nie znalazłam nazwy ...), ale góra raczej słaba była. Plan na jutro: objazd parku narodowego samochodem, a nastepnego dnia może cooking class?
7. Środa 28 sierpnia. To już tydzień. Dziś lekcja gotowania, a po południu do Chiang Rai. A potem do Laosu. Pogooglałam trochę po tych miejscach. Jest pięknie. Dlaczego mnie tam nie ma?!!! Podróżniczka jesta cała i zdrowa. Wrażeń mnóstwo. Samotne podróżowanie ma zalety (swoboda podejmowania decyzji) ale też wady - niektórych rzeczy samemu sie nie da, bo są albo ryzykowne albo za drogie. Chiang Rai wygląda ciekawiej niż Chiang Mai - mniejsze i mniej turystów. Dalsze plany to Złoty Trójkąt a potem Laos. Na Kambodżę już nie wystarczy czasu. Bilet powrotny z Vientianu kupiony na 12 września.
8. Piątek 30 sierpnia. Basior się zaokrętował na łodzi, która go będzie wiozła dwa dni wgłąb Laosu. Tuhanku wie dokąd....
9. Nadal piątek 30 sierpnia. Okazuje się, że nad rzeką, w pensjonacie w Laosie jest wifi. I działa. Wiemy więc że Basior cały. I głodny czeka na miskę ryżu. Po zjedzeniu tego ryżu wróciły siły i mamy trochę szczegółów. rzeka to Mekong (całkiem spora....). Łódź wyruszyła z Chiang Khong (Tajlandia) - po laotańskiej stronie jest Xuay Xai - do Louang Praban. na oko to ok. 300 km. Jakby jechać samochodem, to byłoby dalej, ok 480km. Coraz bardziej zazdroszczę.
Nie udało mi się przekonać Googla żeby poprowadził trasę wzdłuż rzeki...
10. Luang Praban i okolice bliższe i dalsze. Wioski, wodospady... W poniedziałek może Równina Dzbanów.
11. Sądząc po tym, że we wtorek wieczorem (3/09) poszukiwany był dworzec autobusowy w Phonsavan, to Równina Dzbanów zaliczona. Czekamy na dalsze relacje.
12. Jesteśmy w Vang Vieng. Zobaczymy co dalej...
13. Van Vieng to miejsce, skąd ludzie wypływają na rzekę na ... oponach, pływają kajakiem, łodziami, zwiedzają jaskinie. Wieczorami imprezują. Baśka się podłącza. Ciekawe czy da radę zrobić jakieś foty.
14. Sobota 7 września, Wientian. Stamtąd jutro do Kong Lor. To najwieksza jaskinia w Laosie.
15. Wtorek 10 września, znowu Wientian. Francuska kawka bez croissanta (ale może być i z croissantem), bagietki i kanapki z bagietek. I ulice we francuskiej transkrypcji: rue, avenue i boulevard... C'est drole.
16. Czwartek, 12 września. Wyprawa zakończona szczęśliwym powrotem do KL na pokładzie Air Asia. Punktualnie. Basior cały, zdrowy, opalony i ... nie ma czasu na opowiadanie bo pędzi do Cameron Highlands. Popędził.
Jakby liczyć tylko głównymi drogami i tylko podstawowe odcinki (bez zwiedzania poszczególnych miejsc), to Googlowi wychodzi 4050km po drogach i bezdrożach Tajlandii i Laosu.




No comments:
Post a Comment