Monday, 29 July 2013

Penang po raz drugi

Polubiłam Georgetown. To jest bardzo urokliwe miasto i cały czas jest tam mnóstwo rzeczy, których nie widziałam. No i praktycznie nie wystawiłam nosa poza samo miasto. A wyspa jest całkiem spora i jest na niej parę interesujących miejsc poza Georgetown. To następnym razem.

Tym razem głównymi punktami wycieczki były dwory Peranakan (czyli ludzi, którzy w Melace zwani są Baba i Nyonya - Chińczyk poślubia Malajkę i żyją w Malezji, tworząc nową kulturę mieszaną). W Georgetown jest imponujący Cheong Fatt Tze Mansion - pomalowany na niebiesko drewniany dwór z dziewiętnastego wieku, obecnie odnowiony i zamieniony w hotel (a może raczej drogi pensjonat). No i jest muzeum Peranakan w innym dworze - tam na odmianę nagromadzono multum eksponatów, mebli, porcelany, luster, lamp, obrazów.... bardzo to wszystko bogate, wschodnie i imponujące. Czasem się zastanawiam czy mi się podoba (w takim sensie czy chciałabym mieć rzeczy w takim stylu). Ale tutaj to wygląda imponująco. Intarsjowane macicą perłową meble, złocenia, ceramiczne rzeźby - szopki, a może mozaiki, ale trójwymiarowe (to się nazywa "Chien Nien" - "cut & paste".... i robi się z kawałków fajansowych miseczek, specjalnie po to wypalanych i barwionych, a potem tłuczonych na odpowiednie kawałki). Cudo!






Podjechałam również do Śpiącego Buddy (Wat Chaiya Mangkalaram). To wielka tajska świątynia buddyjska z trzecim największym na świecie posągiem śpiącego Buddy (Reclining Buddha). A po drugiej stronie uliczki (nomen omen Lrg Burma) birmańska świątynia buddyjska, z wieloma kaplicami, pagodą, i mnóstwem kolorowych rzeźb.To wszystko jest nieprawdopodobnie kolorowe, złocone, i.... kiczowate. No i ten śpiący Budda, bardziej znany, jest też bardziej absurdalny niż to wszystko w mniej popularnej birmańskiej świątyni. Tu jestem pewna mojego zdania. No ale mój gust w sprawach sztuki jest nieistotny. Jeśli im to odpowiada, to nic mi do tego. Trudno mi tylko wyczuć ideę. Dużo trudniej niż w przypadku islamu i muzułmańskiego sposobu kultywowania i wyrażania wiary.

Zrobiłam też jedną głupotę - nie mając dobrej mapy (topograficznej), postanowiłam zejść z Penang Hill to Ogrodów Botanicznych pieszo. Przewodnik pisał, że to 5,5km, ale nie napisał, że z pieca na łeb. Nie pamietam, żebym kiedyś tak długo szła z górki po asfalcie jak tam, a stromizna Agrykoli przy tym to pikuś. Moje nogi już drugi dzień płaczą. Widoki co prawda były ładne, ale nie wynagrodziły bezsensu tego zejścia. Ciekawa jestem, czy te kilkanaście osób, które mineły mnie idąc pod górę potem też schodziły tą samą drogą, czy może zjeżdżały kolejką...

W połowie drogi herbata dla strudznych

Te trzy dni przyniosły jeszcze kolejne metaloplastyczne historyjki na ścianach - rewelacyjny pomysł, ludzie chodzą po mieście tropiąc je. zaglądają przy tym w zakątki, które inaczej by omineli. No i clan jetties - to cos w rodzaju osiedla na wodzie, na łodziach połączonych pomostami (teraz również przytwierdzonych palami do dna). Całkiem niezwykłe...


zdjęcia

Saturday, 20 July 2013

Mah Meri, czyli ludzie dżungli

"Dom" rodziny Mah Meri
Nareszcie! Zrobiłam to. Zorganizowałam wyprawę na wyspę Carey, do wioski plemienia Mah Meri. Tak na prawdę, to celem wyprawy był ośrodek kulturalny poświęcony temu plemieniu, zlokalizowany w okolicy, gdzie oni nadal mieszkają. Ośrodek jest zbudowany bardzo profesjonalnie, ma troche oryginalnych eksponatów na zewnątrz, część muzealną z rzeźbami, część dedykowana do pokazów obyczajów, oraz miejsca do pokazów wideo. Kierownik tego ośrodka sam nas oprowadzał, bo w tej chwili mozna tylko zwiedzać to miejsce po uprzednim umówieniu się. Pełny program prezentowany jest dla grup powyżej 35 osób i obejmuje wszystkie ekspozycje, tańce, ceremonię ślubną, origami i lunch. My miałyśmy specjalną wersję - zwiedzanie ekspozycji, gawędę dyrektora, wideo z tańcami i rozmową z duchami przodków oraz origami. Dziewczyny przebierały sie też w stroje ślubne. Bardzo szkoda, że to jest miejsce o którym praktycznie nikt nic nie wie.

Stroje ślubne
Czy wiecie, że:
Legenda z morałem "no sex before marriage"
  • Mah Meri to lud nomadyczny, mieszkaja na łodziach, maja swój system liczenia, ale nie mają zapisu swojego języka. Dawniej, poza polowaniem i zbieractwem, zajmowali sie handlem pomiędzy ludźmi na półwyspie a statkami przypływającymi do wyspy.
  • Wierzą w moc duchów przodków, ich wierzenia są zbliżone do religii animistycznych.
  • Rzeźby, które mi sie tak podobają, wyobrażaja ich legendy związane z konkretnymi duchami jest ich kilkaset i rzeźbiarze powtarzają wzory na zamówienie. Każda jest robiona z jednego kawałka drewn, zajmuje to kilka tygodni i... niestety jest drogie.
 
Origami z liści palmowych


Friday, 19 July 2013

Dwa słowa o miastach wschodniego wybrzeża półwyspu Malajskiego

Na wschodzie półwyspu, nad Morzem Południowochińskim, leżą trzy stolice stanów: Kuantan, Kuala Terengganu i Kota Bahru. W Kuantan tylko przesiadałyśmy się do innego autobusu, więc ciężko się wypowiadać na jego temat (poza tym, że korzystałyśmy z toalety na stadionie - i takiego stadionu parę polskich klubów mogłoby Kuantanowi pozazdrościć. No i ma bieżnię lekkoatletyczną!

W Kuala Terengganu nocowałyśmy, żeby rano odpłynąć na Redang. Miasto malutkie (w każdym razie jego centrum), wszystkie uliczki krzywe, więc udało sie nam zgubić najpierw wieczorem, a potem rano w dniu powrotu z wyspy. Uroczyście obiecuję, że prowadzić wycieczkę będę tylko w sytuacji gdy wycieczka bedzie dwuosobowa z Basiorem jako jej drugim uczestnikiem.

Główna ulica dzielnicy chińskiej w Kuala Terengganu

Wschód słońca nad morzem




Kasia próbuje się zorientować, gdzie jesteśmy
Clock Tower
Kota Bahru to był ostatni etap naszej wycieczki w nieznane. Nieznajomość miasta oraz niedokładność mapy spowodowała, że zamiast wysiąść w centrum, dałyśmy się wywieźć na koniec świata, skąd nie było żadnych autobusów do centrum, ani do lotniska, ani też nie było przechowalni bagażu. Wzięłyśmy więc taksówkę do dworca autobusowego w centrum. Było około 14. Tam porzuciłysmy bagaże w przechowalni (czynnej do 18) i poszłyśmy zwiedzać. Okazało się, że te trzy godziny z haczykiem to zdecydowanie za dużo na to miasto, zwłaszcza że centrum/muzeum rzemiosła ludowego było zamknięte, upał był zacny a i knajpy przygotowywały się raczej na wieczorne wielkie żarcie ramadanowe a nie na posiady w środku dnia.

Tropikalna wyspa po raz pierwszy

Miejsce - ośrodek na wyspie, na której chyba jedynym celem tubylców jest zabawianie turystów poprzez pokazywanie bogactwa przyrody (snorkeling, nurkowanie, wyprawy do dżungli)
Czas - dwie doby w połowie lipca
Akcja: trzy godzinne pływania z maską w celu oglądania rybek i rafy koralowej oraz jedzenie (4 posiłki dziennie) i spanie. Baaaardzo to miłe, ale nie ma co opowiadać. warto było wypożyczyć aparat do zdjęć w wodzie.



Kilka refleksji: jeśli nie jesteś fanem nurkowania/snorkowania to takie trzy sesje zdecydowanie wystarczą. Można dołożyć trochę kasy i wybrać się na prywatną sesję w małej grupie w bardziej odludne miejsce, ale dla nas i tak wszystko było nowe, więc nawet tłum Chińczyków nie przeszkadzał. Cały ośrodek (i okoliczne inne też) był pełen Chińczyków. Można było spotkać pojedyncze blade twarze, a Malajów to wcale nie było bo Ramadan. Trzeba się słuchać starszych i smarować WODOODPORNYM KREMEM Z FILTREM (spaliłam sobie... nogi z tyłu, tam gdzie łączą się z tułowiem)





zdjęcia z "normalnego" aparatu

Underwater world

To the jungle

Jest. Urlop - na cały tydzień jedziemy w nieznane. Pierwszym etapem jest dżungla. Najpierw taksówka o 7 rano do hotelu Mandarin Pacific, Chinatown. Stamtad antabus do dżungli. A potem to już tylko komary, pijawki i nie wiem co tam jeszcze.

 A konkretnie najpierw prawie cztery godziny w całkiem wygodnym autobusie do miasta Jerantut, na skrzyżowaniu dróg ze wschodu na zachód z tą do dżungli. Potem zapakowano nas na łodzie, z perspektywą 60 kilometrów rzeką wgłąb dżungli. łodzie posuwały się całkiem dziarsko, mimo że w pierwszej chwili pięciu groszy by człowiek za nie nie dał. Przez część drogi podziwiałyśmy widoki, część niestety - przespałyśmy. Trwało to prawie trzy godziny, w końcu dotarliśmy na miejsce. Tu zaczęły się atrakcje wyższego rzędu. Po pierwsze kwatery - byłyśmy przygotowane że hostel to hostel, ale tu warunki zdecydowanie były spartańskie. Szczególnie węzeł sanitarny pozostawiał wiele do życzenia, bo sypialnia jeszcze jakoś dawała się znieść. Dobrze, że tylko dwie noce.

Pierwsza część programu poznawania dżungli to nocny spacer po tejże. Praktycznie to była spokojna przechadzka po drewnianym pomoście - chodniczku, za przewodnikiem, który wypatrywał różne rzeczy w krzakach i pokazywał ciemnej gawiedzi, która sama nie byłaby w stanie znaleźć ani jednego z tych żyjątek. Padał deszcz, więc część fauny się pochowała, ale nasz przewodnik Mike znalazł kilka patyczaków, w tym jedną parkę w miłosnym uścisku (one tak podobno cały tydzień bez przerwy, a potem ona jego zjada, bo potrzebuje białka dla dzidziusia), tarantulę (tak, żywą, nie w terrarium a na drzewie), mrówki ponad centymetrowej długości, których robotnice można jeść i podobno smakują jak mango (je się tylko odwłoki), no i na koniec kilka jeleni nad zbiornikiem słonej wody (w zastępstwie naszej polskiej lizawki).

A nasze śniadanie?
Następnego dnia rano okazało się, że nasze śniadanie odpłynęło. Jadłodajna na tratwie (łodzi?) odpłynęła od brzegu na tyle, że trap nie sięgał. Malajom to jakoś noie pzreszkadzało, dopiero jeden z Koreańczyków z naszej grupy zaczął coś kombinować i skończyło sie na przyciąganiu knajpy do brzegu za cumę.

Kasia chyba nie do końca ufa tej konstrukcji...
Po śniadaniu czas na prawdziwą dżunglę. Canopy walk - czyli spacer po zawieszonych kilka metrów nad ziemią pomostach, nad koronami niektórych drzew. Fajne przeżycie, na filmach zawsze ganiają się po takich mostach, potem się taki urywa i ktoś zawisa nad rzeką z aligatorami, albo potworną przepaścią... A tu - nie wolno biegać, nie wolno kołysać, trzeba zachować odstępy i inne takie... To najdłuższy taki most linowy w Malezji (a może nawet w Azji Południowo-Wschodniej) - ma 500m jeśli jest cały otwarty (teraz otwarte jest 280m, reszta w remoncie).

Drugą część przedpołudniowych atrakcji zajęła nam wspinaczka na gótę Terisek, 344m npm, 1200 metrów pod górę, częściowo po platformach (schodach?), częściowo ścieżką w dżungli. Trzy dni mnie potem łydki bolały. A widok na morze zieloności - bezcenny.

Niektórzy troszkę sie zmęczyli
Jak to prosto wyglada!
Popołudniowa wizyta u tutejszego plemienia aborygenów przyniosła nowe doświadczenia: rozpalanie ognia poprzez pocieranie specjalnego kijka kawałkiem miękkiej gałazki z innego drzewa, robienie strzałek (nie były zatrute, ale mogłyby być), strzelanie z dmuchawki tymi strzałkami w pluszowego misia (trafiłam!!!!!!!).

Ostatnią atrakcją w pakiecie był spływ łodzią przez progi wodne (w opisie uwaga: be prepared to get wet). No i byłyśmy mokre. Całkiem. To raczej było słabe. Chyba już wyrosłam z tego typu zabaw, a może to, co przeżyliśmy w Niagara Falls było tak extra, że każde inne nie wytrzymuje konkurencji... Jedno tylko fajne wymyślili - udali, że nasza łódź się zepsuła i druga łódź nas ratowała.

I to już. Niedziela za nami. W poniedziałek przenosimy się do Kuala Terengganu, żeby we wtorek popłynąć na słoneczną wyspę Redang.

PS. Pijawek nie było. Komary owszem.

zdjęcia



Pełna chata

Córeczki przyjechały i od razu zrobiło się inaczej. Jest do kogo gębe otworzyć i na kogo czekać z kolacją. To ma swoje zalety.

Dziewczyny dość szybko pozbyły się jet lagu i zaczęły odkrywać nowe miejsce. Widać tutaj, że perspektywa dwudziestolatki jest inna niż ... moja. Ja chyba więcej wybaczam tubylcom, traktując niektóre uciążliwości jako element folkloru. One chciałyby zrozumieć (w domyśle zmienić) te rzeczy - np brak oznaczeń przystanków autobusowych, rozkładów jazdy, itd, wszechobecny śmietnik (puszki, torebki, butelki, papiery), konstrukcje z czegokolwiek bądź, służące za stragany, magazyny, odłażące tynki... Widać to świetnie na ich filmikach na You Tube.

A dla mnie to wszystko jakoś wpasowuje się w klimat. Teraz przez chwilę będziemy poznawać Malezję razem - nadchodzi upragniony urlop.


Monday, 8 July 2013

Gotowanie po chińsku

Mam nadzieję, że Peggy przyśle przepisy, bo niestety nie udało się zapisywać. Za dużo nas przyszło z flaszką. Ale jedzenie wyszło fantastycznie.

  • Paul Lo Chicken Cubes with pineapple and assorted veggies
  • Deep Fried Toufu with mushrooms
  • Sweet and Sour Fish
  • Fryed Noodles with prawns and fish balls
  • Rice
  • Dessert
 



Bardzo miły poranek przerodził się w cały dzień, z popołudniową kawka wypitą w pobliskim pubie. I tylko zobowiązania rodzinne gospodyni nie pozwoliły na kontynuowanie przy kolacji i może nawet śniadaniu.... Baby to potrafią, okazuje się również w międzynarodowym towarzystwie.

Tuesday, 2 July 2013

Krajobraz po smogu

Krajobraz po smogu jest zdecydowanie ładniejszy. Widoczność wzrosła do normalnej, nie pachnie już spalenizną, i jeżeli nadal jeszcze coś wdychamy, to jest to w granicach dopuszczalnych przez jakieś naukowe normy.

Nadeszło też chyba tutejsze lato. Zdecydowanie mniej pada (przez ostatnie 3 tygodnie chyba dwa razy - w czasie smogu to był drobny problem). Zrobiło się też jakby cieplej - myślę, że około 35 stopni, a w okolicach 14 to nawet więcej. Trochę rozumiem, dlaczego oni tak lubią spędzać czas w centrach handlowych. Jest chłodno, można zawsze wejść na jakieś dobre jedzenie lub picie, dzieci upchnąć w "wyszalni" albo dać na kino... A wszelkie atrakcje na świeżym powietrzu okupione są litrami potu.

Biorąc przykład z gospodarzy zaliczam wszystkie kinowe premiery, które nie są chińskimi strzelankami. Różnie bywa. Zombie z Bradem Pittem to była przesada, ale już Channing Tatum w pojedynke wybijający do nogi oddział uzbrojonych po zęby terrorystów, to było coś! Ale świat się kończy. Channing Tatum gra OJCA nastolatki...

A teraz nadciąga Samotny Jeździec. W sobotę. W sobote też chińskie żarcie pod kierunkiem tutejszej koleżanki. Tym razem mam nadzieję, że baterii w aparacie wystarczy.