Jest. Urlop - na cały tydzień jedziemy w nieznane. Pierwszym etapem jest dżungla. Najpierw taksówka o 7 rano do hotelu Mandarin Pacific, Chinatown.
Stamtad antabus do dżungli. A potem to już tylko komary, pijawki i nie
wiem co tam jeszcze.
A konkretnie najpierw prawie cztery godziny w całkiem wygodnym autobusie do miasta Jerantut, na skrzyżowaniu dróg ze wschodu na zachód z tą do dżungli. Potem zapakowano nas na łodzie, z perspektywą 60 kilometrów rzeką wgłąb dżungli. łodzie posuwały się całkiem dziarsko, mimo że w pierwszej chwili pięciu groszy by człowiek za nie nie dał. Przez część drogi podziwiałyśmy widoki, część niestety - przespałyśmy. Trwało to prawie trzy godziny, w końcu dotarliśmy na miejsce. Tu zaczęły się atrakcje wyższego rzędu. Po pierwsze kwatery - byłyśmy przygotowane że hostel to hostel, ale tu warunki zdecydowanie były spartańskie. Szczególnie węzeł sanitarny pozostawiał wiele do życzenia, bo sypialnia jeszcze jakoś dawała się znieść. Dobrze, że tylko dwie noce.
Pierwsza część programu poznawania dżungli to nocny spacer po tejże. Praktycznie to była spokojna przechadzka po drewnianym pomoście - chodniczku, za przewodnikiem, który wypatrywał różne rzeczy w krzakach i pokazywał ciemnej gawiedzi, która sama nie byłaby w stanie znaleźć ani jednego z tych żyjątek. Padał deszcz, więc część fauny się pochowała, ale nasz przewodnik Mike znalazł kilka patyczaków, w tym jedną parkę w miłosnym uścisku (one tak podobno cały tydzień bez przerwy, a potem ona jego zjada, bo potrzebuje białka dla dzidziusia), tarantulę (tak, żywą, nie w terrarium a na drzewie), mrówki ponad centymetrowej długości, których robotnice można jeść i podobno smakują jak mango (je się tylko odwłoki), no i na koniec kilka jeleni nad zbiornikiem słonej wody (w zastępstwie naszej polskiej lizawki).
 |
| A nasze śniadanie? |
Następnego dnia rano okazało się, że nasze śniadanie odpłynęło. Jadłodajna na tratwie (łodzi?) odpłynęła od brzegu na tyle, że trap nie sięgał. Malajom to jakoś noie pzreszkadzało, dopiero jeden z Koreańczyków z naszej grupy zaczął coś kombinować i skończyło sie na przyciąganiu knajpy do brzegu za cumę.
 |
| Kasia chyba nie do końca ufa tej konstrukcji... |
Po śniadaniu czas na prawdziwą dżunglę. Canopy walk - czyli spacer po zawieszonych kilka metrów nad ziemią pomostach, nad koronami niektórych drzew. Fajne przeżycie, na filmach zawsze ganiają się po takich mostach, potem się taki urywa i ktoś zawisa nad rzeką z aligatorami, albo potworną przepaścią... A tu - nie wolno biegać, nie wolno kołysać, trzeba zachować odstępy i inne takie... To najdłuższy taki most linowy w Malezji (a może nawet w Azji Południowo-Wschodniej) - ma 500m jeśli jest cały otwarty (teraz otwarte jest 280m, reszta w remoncie).
Drugą część przedpołudniowych atrakcji zajęła nam wspinaczka na gótę Terisek, 344m npm, 1200 metrów pod górę, częściowo po platformach (schodach?), częściowo ścieżką w dżungli. Trzy dni mnie potem łydki bolały. A widok na morze zieloności - bezcenny.
 |
| Niektórzy troszkę sie zmęczyli |
 |
| Jak to prosto wyglada! |
Popołudniowa wizyta u tutejszego plemienia aborygenów przyniosła nowe doświadczenia: rozpalanie ognia poprzez pocieranie specjalnego kijka kawałkiem miękkiej gałazki z innego drzewa, robienie strzałek (nie były zatrute, ale mogłyby być), strzelanie z dmuchawki tymi strzałkami w pluszowego misia (trafiłam!!!!!!!).
Ostatnią atrakcją w pakiecie był spływ łodzią przez progi wodne (w opisie uwaga: be prepared to get wet). No i byłyśmy mokre. Całkiem. To raczej było słabe. Chyba już wyrosłam z tego typu zabaw, a może to, co przeżyliśmy w Niagara Falls było tak extra, że każde inne nie wytrzymuje konkurencji... Jedno tylko fajne wymyślili - udali, że nasza łódź się zepsuła i druga łódź nas ratowała.
I to już. Niedziela za nami. W poniedziałek przenosimy się do Kuala Terengganu, żeby we wtorek popłynąć na słoneczną wyspę Redang.
PS. Pijawek nie było. Komary owszem.
zdjęcia