Sunday, 24 February 2013

Kibicuję, ale chyba nie tam gdzie tubylcy

Wczoraj (czyli w niedzielę) rozgrywane były mecze rundy kwalifikacyjnej to turnieju WTA pod dumną nazwą BMW Malaysia Open. Grają na kortach Royal Selangor Golf Club. Bardzo dumnie brzmi, ale tak na prawdę to mają tam 4 korty trawiaste - w tym turnieju niepotrzebne i 3 z twardą nawierzchnią, a na potrzeby turnieju dobudowali kort centralny.


Jako, że na oficjalnej stronie turnieju nie było żadnej informacji o kwalifikantkach, a ja miałam wolną niedzielę, to poczłapałam na te korty. Napisane, że open for public, czyli powinno się dać wejść. I dało się. Ale potrzebne było samozaparcie i brak komplesów, bo nie było żadnej informacji. Nie było też żadnych kibiców, tylko obsługa i parę osób wyglądających na rodziny tych co tam grają, albo pracują. Więc po prostu wpakowałam się na trybunę pierwszym otwartym wejściem, ta chyba ma być potem prasowa i okazało się, że właśnie trafiłam na mecz Marty Domachowskiej z Ericą Semą (Japonia). Niespecjalnie ciekawe widowisko. Do teraz nie jestem pewna wyniku. Deszcz przerwał mecz przy wyniku 2:6, 3:5 i 30:30 (serwuje Marta, nie spodziewam się fajerwerków), wyniku na stronie turnieju nie ma do teraz.

Tenis nie był najciekawszy. Ciekawe było to, jak sobie tutaj radzą z deszczem. Mecz Marty był wcześniej przerwany na ponad pół godziny z powodu deszczu. I co sie wydarzyło jak przestało padać: najpierw weszła ekipa z gumowymi ściągaczkami do wody, ściągnęli co mogli, a potem pojawił się tłum ball boyów z ręcznikami. Ustawili sie wzdłuż linii bocznej z ręcznikami w dłoniach, wolnym końcem na korcie i rozpoczęli osuszanie (bieg tyłem do przeciwległej linii, ręcznik wleczony po korcie). Okazało się to całkiem skuteczne. Potem jeszcze kilku panów z dmuchawami do liści i sucho! Panie mogły powrócić na kort. Potem już nie było tak wesoło. następny deszcz to był prawdziwy tutejszy deszcz. Zrezygnowałam z czekania i opuściłam niezbyt gościnny, za to królewski klub.







Ipoh - there is only food

To usłyszałam, jak powiedziałam, że wybieram się w sobotę do Ipoh. To nieprawda. Wszystko co tam zobaczyliśmy i czego doświadczyliśmy przeczy temu stwierdzeniu. A nawet odwrotnie - nie jest łatwo znaleźć tam rozsądne miejsce do zjedzenia czegoś konkretnego. No ale po kolei.

Ipoh to trzecie czy czwarte co do wielkości miasto Malezji. 700 tys. mieszkańców. Wybudowane przy okazji wydobycia cyny w XIX wieku (wcześniej wieś czy niewielka osada). Brytyjczycy pozostawili tam wiele pamiątek architektonicznych, z budynkiem dworca kolejowego włącznie. Ładne, z rozmachem, no i na pewno charakterystyczne dla nich.


Dotarliśmy tam pociągiem, dwie i pół godziny, wygodny wagon, pełna klimatyzacja. Pierwszy "eksponat" od razu do zobaczenie i obfotorafowania - budynek dworca i Majestic Station Hotel (podobno nazywają to Taj Mahal Ipoh - trochę przesada, ale rzeczywiście ładne). Hotel niestety w remoncie, ale wyobrażam sobie że musiał być ciekawy. Plac przed dworcem też cały zagrodzony i coś tam powstaje - chyba zagospodarowują skwer jakimiś fontannami czy coś takiego.

Po drugiej stronie placu stoi ratusz, w tym samym stylu co dworzec, dzieło tego samego brytyjskiego architekta. Idziemy do ratusza, bo widać, że coś tam się dzieje. Okazało się, że to wesele i właśnie nadjechali Państwo Młodzi, w pięknych niebieskich strojach, orszak druhen i mnóstwo gości wokół. Wepchnęliśmy się bliżej żeby porobić trochę zdjęć, a tu podchodzi pani z obsługi i mówi że jeśli chcemy robić zdjęcia to żebyśmy weszli do środka, do sali. No to weszliśmy i robimy. Za chwilę pojawił się starszy pan w tradycyjnym stroju malajskim, i pyta skąd jesteśmy. To mówimy. A on na to, że zaprasza, mamy wejść, robić zdjęcia i jeść i pić, bo to jego szczęśliwy dzień, właśnie wydał córkę za mąż. Potem okazało się że a jeszcze sześć córek.... Ale skorzystaliśmy, bo takie rzeczy nie codziennie się zdarzają. Młoda Para została usadzona na czymś w rodzaju sceny. Porobiono rodzinne zdjęcia, a potem podchodzili różni ludzie i składali życzenia. A reszta jadła. Było z 50 stolików po 6-8 osób. Towarzystwo poubierane bardzo różnie, ale w większości w stroje tradycyjne. My, po zrobieniu fury zdjęć też postanowiliśmy zjeść. Drobny zong pojawił się jak sie okazało, że nie ma sztućców - wszyscy zajadają palcami. Cóż było robić, jak się weszło między wrony trzeba krakać jak i one. To i krakaliśmy. Nawet się udało. Sukces, że po pierwsze zapełniliśmy brzuszki, a po drugie - nie uświniliśmy się po pachy. Daje radę tak jeść, ale nie będę się na siłę przyzwyczajać. Wystarczy, pożyczyliśmy Młodym wszystkiego najlepszego, podziękowaliśmy za gościne i ruszyliśmy w drogę.




Zaliczyliśmy mniej - więcej cały spacer opisany w przewodniku. Zajęło to ok. dwie godziny i znaleźliśmy się znowu koło dworca. Bilety powrotne mieliśmy na 19.05, czyli jeszcze mnóstwo czasu. Na mapie zobaczyliśmy coś, nazwane Perak Cave Temple. Parak to nazwa prowincji, której stolicą jest Ipoh. Świątynia w jaskini - jedziemy! Złapaliśmy taksówke i już po 10 minutach byliśmy na miejscu. Miejsce okazało się przepiękne, z gigantycznymi posągami i malowidłami ściennymi. Jaskinia całkiem sporo, porozwidlana, a także kilka miejsc modlitwy ( może po prostu zadumy) porozrzuconych na zboczu góry. Wdrapaliśmy sie najwyżej jak sie dało. Zadyszka i dziesiąte poty, ale warto było. Widok na całą doline przepiękny. Mądrzejsi opisali to tutaj http://www.malaysia-traveller.com/perak-tong.html Podobno jest w okolicy ze 30 Świątyń w grotach. To trochę tak jak kościołów w starych europejskich miastach.

Jak już zleźliśmy z tej góry, to zachciało nam sie jeść. Mówili nam, żę Ipoh jest znane wyłącznie z jedzenia, a tu wszystko zamknięte. Zaczeliśmy podejrzewać, że z powodu końca obchodów Chińskeigo Nowego Roku. No ale to nie zmienia faktu, że coś byśmy wrzucili. Na razie w oczekiwaniu na taksówkę (na szczęście wzięliśmy numer telefonu od gościa który nas przywiózł do tej jaskini) wypiliśmi piwo tutejsze w miejscowym barze. Nie powiem, folklor... taksiarz zawiózł nas do centrum, a tam nic. Idziemy i idziemy, a tu wszystko zamknięte. Dopiero jak doszliśmy do dzielnicy hinduskiej to pojawiły sie dwie czy trzy otwarte knajpki. Ufff. Parę placków, trochę mięska, warzywek i można dalej żyć.

Tak się skończył ten dzień pełen wrażeń. Podróż częściowo przespałam, a potem wciągnął mnie film - jakiś chyba pełnometrażowy Tom i Jerry. Odpowiedni poziom na koniec takiego dnia.

Zdjęcia: https://plus.google.com/u/0/photos/108668600531371879611/albums/5848515658311874305?authkey=CM2vsKXr67XaswE

Monday, 18 February 2013

Trochę refleksji niekoniecznie chronologicznych

Nie mam chyba żadnych nowych wrażeń do opisania. W weekend tak na prawdę to udało mi się tylko "zaliczyć" Muzeum Sztuki Islamu. Nie wolno robić zdjęć, więc nie robiłam, ale muzeum ciekawe. Najbardziej podobały mi sie makiety kilkunastu najsłynniejszych meczetów na świecie. Robią wrażenie. No i zdobnictwo... A samo muzeum - imponująca kubatura. Zmieściłyby się ze dwie takie ekspozycje, mimo że eksponatów całkiem sporo.

Próbuję się orientować w tubylczej mowie, ale chyba nie dam rady. Wiekszość słów nie jest do niczego podobna, a liczebniki to już w ogóle od czapy. Zajęło mi z pół godziny opanowanie od 0 do 6, a po piętnastu minutach już nic nie pamiętam... katastrofa. Nieskromnie myślałam, że języki nie sprawiają mi specjalnych trudności, szczególnie na początku. Odwołuję. Ale będę walczyć.

W kinie widziałam już wszystko co się nadaje do zobaczenia i jest w zrozumiałym języku lub z napisami. Dziś poszłam na nowego Bruce'a Willisa. "The good day to die hard". Taka sobie strzelanka, ale Bond wysiada przy sprawności Bruce'a. Za to magicy od lokalnej wersji dorobili napisy w malajskim i chińskim (jak zawsze), ale zapomnieli o angielskich napisach dla sekwencji, które są w oryginale po rosyjsku. Widz nie znający rosyjskiego, ani obu języków z napisów nieco traci.

Odbyłam pierwsze spotkanie z bankiem. Trochę było zabawy, bo chciałam przelać pieniądze z mojego malezyjskiego konta na konto American Express w Royal Bank of Scotland, oddział w Warszawie. Nie mogli zrozumieć, kto jest właścicielem konta. Wszyscy urzędnicy sie zbiegli i radzili co z tym zrobić. W końcu uwierzyli mi na słowo i udało się.

W kwestii zagospodarowywania się, nadal czekam na moje rzeczy, które płyną z Polski. Mają być tu za tydzień. Ciekawe, czy będą? A w międzyczasie powoili dokupuję brakujące kawałki. No i nic nie jest w stanie przebić IKEI. Tutaj jest dokładnie tak samo, łacznie z rozmieszczeniem artykułów w sklepie. Nie miałam więc problemów ze znalezieniem odpowiedniej poduszki, lampki nocnej czy wyciskacza do czosnku.

Skończył się sezon na rambutany i manggisy. Za to wszystkie stragany zasypane dokongiem. I chyba zaczyna się pomelo. A, no i nie ma już durianów (to jest taki owoc co strasznie śmierdzi i ludzie mówią, że "you may love it or hate it" - podobno w smaku rewelacja, tylko trzeba się przemóc, ze względu na zapach). Chyba jak się znowu pojawi to muszę się odważyć i spóbować.

W pracy do tej pory (czyli przez ostatnie dwa tygodnie) wszystko kręciło sie dookoła Chińskiego Nowego Roku. Mam nadzieję, że teraz będzie normalnie. Mam troche oberwacji i rzeczy, któree chciałabym zorganizować po swojemu, ale dotychczas najpierw nie byłam tutejszym pracownikiem, a potem wszystko było odkładane na po Nowym Roku. Mam więc poczucie bardzo skutecznie zmarnowanych dwóch tygodni (a może nawet sześciu?). Czas się brać do roboty, żeby się udało coś zrobić pzred upływem 18 miesięcy.

Tuesday, 12 February 2013

Urok mniejszych miast - Klang

Klang jest jednym z miast prowincji Selangor, czyli prowincji otaczajacej obszar federalny Kuala Lumpur. Kiedyś była tu stolica Selangoru, ale przeniesiono ją do Shah Alam. Pałac Sułtana (króla) jednak nadal tu jest.



Miasteczko jest stare, w większości zamieszkane przez Hindusów. Tamtejsza "Little India" zajmuje spory kawałek (toutes proportions gardees). Fajne wrażenia estetyczne. Warto połazi, popatrzeć. Szmatki zdecydowanie tańsze niż w KL, więc jeśli chcesz kupić sarong, punjabi, sari, czy inny regionalny ciuch, to warto tam.

Jest szkoła i kościół katolicki pw Naszej Pani z Lourdes. Chyba z XIXw. Zwiazany z okolicznymi kopalniami cyny. Jest też parę innych wyznań, metodyści, anglikanie, buddyści, hinduiści, no i oczywiście muzułmanie. Jeden obok drugiego. Chyba nie ma sprawy.
















Wleźliśmy do jednej z rekomendowanych przez Lonely Planet knajpek. To dopiero folklor. Wszyscy jedzą palcami z liści bananowca układanych na stole. Pomiędzy stołami chodzą kelnerzy z pojemnikami z jedzeniem i pac łychą na ten banan. Na szczęście nam podali talerz i widelec. Po jakiejś chwili zobaczyłam dziewczyne siedzącą w kącie przy stoliku. miała dwie wielkie michy pełne liści bananowca i pracowicie czyściła te liście ściereczką z resztek jedzenia. Resztę pozostawiam wyobraźni.

Żeby nie zgubić - link przewodnikowy: http://www.malaysia-traveller.com/klang-walking-tour.html

zdhttps://plus.google.com/photos/108668600531371879611/albums/5844353963998498049?authkey=CIX254fBsIHfPQ jęcia:

Program obowiązkowy - Muzeum Narodowe

Muzeum Narodowe w Kuala Lumpur jest rzeczywiście miejscem, które trzeba zobaczyć. jak na muzeum, jest dość ciekawe, spełnia oczekiwania, ale nie ma co za dużo pisać.

Fajna jest teraz wystawa czasowa - maski. Zebrali maski z całego świata i z różnych okresów historii, od starożytnych egipskich masek pośmiertnych poprzez rytualne maski ludów tutejszych, amerykańskich czy afrykańskich, do weneckich masek karnawałowych i japońskich masek teatralnych. Super.



Po kilku dniach okazało się, że to nie koniec atrakcji związanych z maskami - trafiłam przypadkiem, przechodząc koło muzeum, na pokaz tańca rytualnego plemienia Mah Meri (to tutejsze plemię z okolic KL - wybieram się ich zobaczyć, bo działa coś na kształt skansenu - wioski tego plemienia). Fajne to było, poświęcone obitości więc przebierańcy byli przyjaźni.




Zdjęcia: https://plus.google.com/u/0/photos/108668600531371879611/albums/5844292379816988769?authkey=CKT8pLCz6oaONQ

Próby przystosowania do tutejszych zwyczajów kulinarnych

Zwykły Malaj jada na śniadanie, obiad i kolację ryż albo makaron z sosem, mięsem i duszonymi warzywami. Trochę mi trudno to zaakceptować i chyba nie przejmę tych zwyczajów.

Jadam na śniadanko raczej swojsko, podstawa to płatki albo jajka, bo wędlina i sery są niezmiernie kosztowne a w ilościach dla jednej osoby trudne do niezmarnowania, występują więc w moim jadłospisie tylko czasami. Na szczęście jest mleko (importowane z Australii). Trzeba uważać, bo raz niechcący kupiłam niskowapniowe i nisko tłuszczowe - było wstrętne (na usprawiedliwienie tylko dodam, że etykieta była wyłącznie po malajsku). Teraz już wiem. Wytropiłam pieczywo inne niż tostowe, które da sie zjeść - kupuje całą bagietkę (która konsystencją i smakiem przypomina raczej naszą bułkę paryską, tylko ktoś ją pracowicie wydłużył), kroję na 4-5 kawałków i myk do zamrażalnika. Po wyjęciu w ok 15 minut jest znowu gotowa do spożycia.

Lunch, albo nasz swojski obiadek, jadam w pracy, w jednej z tysiąca knajpek w moim ulubionym centrum handlowym, przyklejonym do mojego biura. No i oczywiście jest to ryż lub makaron na sucho lub w zupie, z mięsem i warzywami, często jeszcze z jajem na twardo lub sadzonym. Zaczynam juz opanowywać podstawowe nazwy, więc bywa, że wiem co zamawiam.

Kolacja zwykle w domu. Z początku czułam się w obowiązku wykorzystywać maszynę do gotowania ryżu. Ale ze względu na ilości pochłanianego żarcia muszę zaprzestać i przejść na sałaty. Zieleniny jest tu pod dostatkiem, więc dam radę. Dziś już nawet wypełniłam lodówkę trzema rodzajami sałaty, i inną zieleniną. Na parę dni wystarczy.

Muszę się pilnować, bo oni tutaj produkują ogromne ilości różnych gotowych produktów (świeżych), typu pierożki z francuskiego ciasta z nadzieniem z kurczaka curry, albo jakieś takie panierowane cudeńka na patyczkach (rodzaj szaszłyka, ale smażone w oleju), co sie go macza w różnych fajnych sosikach... i zostaje w biodrach.

A, jeśli chodzi o słodycze to raczej porażka w porównaniu z naszymi. Ale niektóre da sie zjeść.

Genting Highlands, czyli tu też bywa ... zimno

Genting Highlands to jedna z atrakcji turystycznych okolic Kuala Lumpur, które każdy tubylec wymienia jako jeden z obowiązkowych miejsc do zobaczenia. Na tę atrakcję składa się kolejka linowa (gondola), na szczyt góry, nawet całkiem wysokiej - ok 1800m. Kolejka ma ponad 3 km dlugosci, jedzie się 15 minut nad nieprawdopodobnie bujną zielonością. W 1997 była to najszybsza gondola na świecie i najdłuższa w Azji Południowo-Wschodniej (to drugie jest chyba nadal prawdą).




Jak już się wjedzie na górę, to można nie wychodzić na dwór. Wpada się wprost do gigantycznego kompleksu rozrywkowego, z luksusowym hotelem, kasynem (jedyne kasyno w całej Malezji) centrum handlowym i wesołym miasteczkiem.

Jeśli zdecydujemy sie wyjść na dwór, możemy pojechać do chińskiej świątyni jakiegoś bóstwa obfitości albo pójść do drugiego wesołego miasteczka, albo do parku.

Nie udało mi się tego wszystkiego zobaczyć, pozostałam przy elementach ulokowanych we wnetrzach, gdyż okazalo sie być.... strasznie zimno. Szczyt był całkowicie w chmurze, wiał silny wiatr, temperatura odczuwalna była ok 10C. No i widoczność na jakieś 20m. Katastrofa. Poza temperaturą był jeszcze tłum. W najlepszych czasach Korbielowa czy Szczyrku nie czekało sie tak długo na wjazd jak tutaj. Mam nadzieję, że będzie nastepny raz i trafię na nieco lepszą pogodę. Bo ani kasyno ani wesołe miasteczko to nie są moje hobby.

https://plus.google.com/u/0/photos/108668600531371879611/albums/5844280130799922737

Chiński Nowy Rok

To znowu ja, nie pisałam przez parę dni, bo celebrowałam Chiński Nowy Rok. To bardzo ważne święto tutaj. dwa dodatkowe wolne dni, ferie w szkole, wszystko po to żeby chińskie rodziny mogły się zgodnie z tradycją spotkać na uroczystej kolacji w wigilię Nowego Roku, wymienić prezentami (słodycze, mandarynki, często ogromne kosze ze smakołykami). No i wszędzie dekoracje, dominacja koloru czerwonego (to jest szczęśliwy kolor, panna młoda też ma czerwoną suknię na ślunie i potem jeszcze tydzień w czerwonym chodzi).

Od połowy stycznia odbywały si też różne festyny i trwać mają do końca tygodnia. Między innymi taniec lwów. To kapitalne widowisko. Nawet zawody w tym robią. Czapki z głów bo chłopaki na prawdę pokazuja kawałek sprawności fizycznej.


Byli tacy co filmowali: http://www.youtube.com/watch?v=Kuq-ancOAFs

Jednym ze zwyczajów związanych z Chińskim Nowym Rokiem jest  Yee Sang. To jest wspólne jedzenie sałatki warzywnej (szczerze powiem, że nie wiem co w niej siedzi, na pewno jakiś makaron i różne warzywa pokrojone ne cienkie długie paski). Sałatkę tę najpierw się wspólnie miesza poprzez podrzucanie pałeczkami do góry. W czasie tego podrzucania wypowiada się (głośno lub w myśli) życzenia na Nowy Rok. Takie spotkania robi się w różnych gronach - przyjaciele, rodzina, praca... A sałatka całkim smaczna.


Thursday, 7 February 2013

Targ

Na sąsiedniej ulicy we czwartki wieczorem jest targ. Zamykają kawałek ulicy i otwieraja stragany ze wszystkim - ciuchy, buty, torebki, bazarowa biżuteria, ale głównie warzywa, owoce, mięso, ryby i rozliczne rodzaje gotowego jedzenia na ciepło i na zimno. Można też zjeść na miejscu.

Zdumiewające są wrażenia ze stoisk z rybami i mięsem. Rybki wszelkiej maści, duże, małe całe i pokrojone, a także żywe w wielkich michach. Muszę się nauczyc je nazywać, niestety nie ma etykietek :-) I nawet zapach jest przyzwoity, wszystko wydaje sie być świeże i smakowite. Mięsko halal, czyli świnek nie ma, ale reszta jest i to w pełnej rozciagłości (z głową i ogonem). Można sobie zażyczyć prawdopodobnie dowolnego rozbioru/pokrojenia, pofiletowania. A ceny dość przyjazne, nawet bez negocjacji. Szczerze mówiąc, wydawało mi się że w takich warunkach nie można nic kupować, ale zmieniłam zdanie, bo po pierwsze nie śmierdzi, po drugie nie ma ani jednej muchy, po trzecie wygląda super. No i nie planuję ani tatarka ani sushi.


Tuesday, 5 February 2013

Kopalnie cyny

Malezja jest jednym z najważniejszych producentów cyny na świecie (a może raczej była - 1 miejsce na świecie w roku 1986, dopiero 8 w 2003, ale i tak wszystko skupia się w tym regionie świata). Ok 100 lat temu pewien Chińczyk odkrył cyne w okolicach Kuala Lumpur. Szybko zorganizował wydobycie metodami odkrywkowymi, wywalili dwie wielkie dziury w ziemi, na 200 metrów głębokie, wydłubali co było i sobie poszli.

Z czasem dziury wypełniły sie wodą (deszczówką?). Powstały dwa jeziorka, jedno 2km2  i drugie, ok jednej trzeciej tego. Pod koniec lat 80 ktoś tutaj wymyślił, żeby jeziorka połączyć kanałem i wozić ludzi łódkami. Żeby pomysł mógł się zmaterializować, wykopano kanał i zbudowano śluzę o wysokości 8 m. Napełnia się w 7 minut.



Wycieczki stateczkami po tych jeziorkach są atrakcją turystyczną tego przedmieścia KL (Serdang). Nazywa się to Mines Wellness City. Skłąda się z tych jeziorek i kanału, pola golfowego, hotelu 5* Golden Horses Health Sanctuary, 4* Mines Wellness Hotel, Centrum Handlowego, kondominium Heritage i kilku rezydencji. No i ogromnej liczby ptaków i ryb i dwóch jeszcze kanałów komunikacyjnych - z Centrum Handlowego do kondominium i z Centrum Handlowego do stacji kolei podmiejskiej. Mieszkańcy hotelu Golden Horses mogą też dostać się do Centrum Handlowego wodną taksówką. Całość robi się jeszcze bardziej zaskakująca, jak się zorientujemy, że główny przystanek łodzi wycieczkowych i taksówek wodnych jest ... wewnątrz Centrum Handlowego.



Na koniec dnia, po zapadnięciu zmroku można zobaczyć jeszcze jedną atrakcję - Grającą Fontannę. Fontanna daje 10-minutowy pokaz "światło i dźwięk". Bardzo to efektowne.


zdjęcia: https://plus.google.com/photos/108668600531371879611/albums/5841463284525972497?authkey=CIjh3JOq57v_4QE

Mam pracę

Już po 24 dniach od przyjazdu (19 dni roboczych) udało się skutecznie podpisać umowę o pracę. Jeszcze ze 2 tygodnie będę prawdopodobnie zmagać się z różnymi sprawami związanymi z dostępem do systemów i innymi takimi sprawami, ale mam nadzieję, że to już tylko kosmetyka.

Nowy laptopik działa, ma jedną zaletę, jest nieco mniejszy od starego, więc lepiej się miści do torebki. Poza tym reszta raczej bez zmian.

Od piątku czekam na kluczyk do szafki, podłączenie telefonu i tabliczkę na biurko (tu są podpisane), ciekawe jakie są standardy na takie czynności....

No i już w niedzielę Chiński Nowy Rok.Wszystkiego najlepszego wszystkim. 4 dni wolnego.

Saturday, 2 February 2013

Doświadczenia smakowe

Pojawił się stragan z owocami po drodze do domu. Mają pełno różnych rzeczy, które nie wiadomo jak się nazywają. Kupuję po kolei po kilka. A panowie straganiarze opowiadają, jak to się je i dają spróbować tego co się da jeść łapami bez noża i mycia. Całkiem to praktyczne.

Mango występuje w kilku rodzajach, bywa żółte, albo całkiem zielone, albo pomarańczowe.... I smakuje normalnie, jak mango (za to nie ma obaw - jest dojrzałe)

rambutan

Fajne są takie jeże, wielkości sporej węgierki, ale z miękkimi kolcami długości ok 2 cm. Wielce prawdopodobne, że to się nazywa rambutan. Zdejmuje się skórkę z kolcami nacinając nożem, albo obdłubując, i zjada się biały środek. Jest pestka. Twarda i raczej niejadalna. Smakuje trochę jak liczi. Dobre.




Manggis
Kupiłam też coś, co się nazywa manggis. Na zewnątrz w kolorze bakłażana, ale z twardawą, grubą skórą, w środku białe, słodkie cząstki kształtu cząstek mandarynki, ale nic do mandarynki nie mają, pycha. Też chyba trzeba smak i konsystencję do liczi porównywać.






Langstat
Mają też takie kuleczki średnicy ok 3 cm, brzydkie, żółtobeżowe, ale po zdjęciu skórki znakomite, soczyste. Można zjeść całą furę bo orzeźwiające. Znalazłam nazwę langstat, ale sprzedawca jakoś inaczej o tym mówił - dokong. Nauczę się kiedyś.








Na razie moim faworytem jest jackfruit. To taki ogromny owoc, jak dwie ludzkie głowy, lekko podłużny, z kolcami. Ze środka wydobywa się jadalne części wielkości dużej śliwki, intensywnie żółte, z pestką. Wiki powiedziała że te pestki też można wykorzystać, ale na razie nie próbowałam. To żółte jest pyszne.