To usłyszałam, jak powiedziałam, że wybieram się w sobotę do Ipoh. To nieprawda. Wszystko co tam zobaczyliśmy i czego doświadczyliśmy przeczy temu stwierdzeniu. A nawet odwrotnie - nie jest łatwo znaleźć tam rozsądne miejsce do zjedzenia czegoś konkretnego. No ale po kolei.
Ipoh to trzecie czy czwarte co do wielkości miasto Malezji. 700 tys. mieszkańców. Wybudowane przy okazji wydobycia cyny w XIX wieku (wcześniej wieś czy niewielka osada). Brytyjczycy pozostawili tam wiele pamiątek architektonicznych, z budynkiem dworca kolejowego włącznie. Ładne, z rozmachem, no i na pewno charakterystyczne dla nich.

Dotarliśmy tam pociągiem, dwie i pół godziny, wygodny wagon, pełna klimatyzacja. Pierwszy "eksponat" od razu do zobaczenie i obfotorafowania - budynek dworca i Majestic Station Hotel (podobno nazywają to Taj Mahal Ipoh - trochę przesada, ale rzeczywiście ładne). Hotel niestety w remoncie, ale wyobrażam sobie że musiał być ciekawy. Plac przed dworcem też cały zagrodzony i coś tam powstaje - chyba zagospodarowują skwer jakimiś fontannami czy coś takiego.

Po drugiej stronie placu stoi ratusz, w tym samym stylu co dworzec, dzieło tego samego brytyjskiego architekta. Idziemy do ratusza, bo widać, że coś tam się dzieje. Okazało się, że to wesele i właśnie nadjechali Państwo Młodzi, w pięknych niebieskich strojach, orszak druhen i mnóstwo gości wokół. Wepchnęliśmy się bliżej żeby porobić trochę zdjęć, a tu podchodzi pani z obsługi i mówi że jeśli chcemy robić zdjęcia to żebyśmy weszli do środka, do sali. No to weszliśmy i robimy. Za chwilę pojawił się starszy pan w tradycyjnym stroju malajskim, i pyta skąd jesteśmy. To mówimy. A on na to, że zaprasza, mamy wejść, robić zdjęcia i jeść i pić, bo to jego szczęśliwy dzień, właśnie wydał córkę za mąż. Potem okazało się że a jeszcze sześć córek.... Ale skorzystaliśmy, bo takie rzeczy nie codziennie się zdarzają. Młoda Para została usadzona na czymś w rodzaju sceny. Porobiono rodzinne zdjęcia, a potem podchodzili różni ludzie i składali życzenia. A reszta jadła. Było z 50 stolików po 6-8 osób. Towarzystwo poubierane bardzo różnie, ale w większości w stroje tradycyjne. My, po zrobieniu fury zdjęć też postanowiliśmy zjeść. Drobny zong pojawił się jak sie okazało, że nie ma sztućców - wszyscy zajadają palcami. Cóż było robić, jak się weszło między wrony trzeba krakać jak i one. To i krakaliśmy. Nawet się udało. Sukces, że po pierwsze zapełniliśmy brzuszki, a po drugie - nie uświniliśmy się po pachy. Daje radę tak jeść, ale nie będę się na siłę przyzwyczajać. Wystarczy, pożyczyliśmy Młodym wszystkiego najlepszego, podziękowaliśmy za gościne i ruszyliśmy w drogę.
 |
|


Zaliczyliśmy mniej - więcej cały spacer opisany w przewodniku. Zajęło to ok. dwie godziny i znaleźliśmy się znowu koło dworca. Bilety powrotne mieliśmy na 19.05, czyli jeszcze mnóstwo czasu. Na mapie zobaczyliśmy coś, nazwane Perak Cave Temple. Parak to nazwa prowincji, której stolicą jest Ipoh. Świątynia w jaskini - jedziemy! Złapaliśmy taksówke i już po 10 minutach byliśmy na miejscu. Miejsce okazało się przepiękne, z gigantycznymi posągami i malowidłami ściennymi. Jaskinia całkiem sporo, porozwidlana, a także kilka miejsc modlitwy ( może po prostu zadumy) porozrzuconych na zboczu góry. Wdrapaliśmy sie najwyżej jak sie dało. Zadyszka i dziesiąte poty, ale warto było. Widok na całą doline przepiękny. Mądrzejsi opisali to tutaj http://www.malaysia-traveller.com/perak-tong.html Podobno jest w okolicy ze 30 Świątyń w grotach. To trochę tak jak kościołów w starych europejskich miastach.


Jak już zleźliśmy z tej góry, to zachciało nam sie jeść. Mówili nam, żę Ipoh jest znane wyłącznie z jedzenia, a tu wszystko zamknięte. Zaczeliśmy podejrzewać, że z powodu końca obchodów Chińskeigo Nowego Roku. No ale to nie zmienia faktu, że coś byśmy wrzucili. Na razie w oczekiwaniu na taksówkę (na szczęście wzięliśmy numer telefonu od gościa który nas przywiózł do tej jaskini) wypiliśmi piwo tutejsze w miejscowym barze. Nie powiem, folklor... taksiarz zawiózł nas do centrum, a tam nic. Idziemy i idziemy, a tu wszystko zamknięte. Dopiero jak doszliśmy do dzielnicy hinduskiej to pojawiły sie dwie czy trzy otwarte knajpki. Ufff. Parę placków, trochę mięska, warzywek i można dalej żyć.
Tak się skończył ten dzień pełen wrażeń. Podróż częściowo przespałam, a potem wciągnął mnie film - jakiś chyba pełnometrażowy Tom i Jerry. Odpowiedni poziom na koniec takiego dnia.
Zdjęcia: https://plus.google.com/u/0/photos/108668600531371879611/albums/5848515658311874305?authkey=CM2vsKXr67XaswE
No comments:
Post a Comment