Sunday, 23 June 2013

Smog

W samo południe wokół Petronas Towers - najbliższe budynki za mgłą
O smogu w Singapurze mówią wszystkie serwisy światowe. O smogu w Malezji jest ciszej, ale zapach dymu w KL jest wszechobecny. Połowa ludzi na ulicy w nosi maseczki na twarzach. Ja jeszcze nie, na razie poza zapachem nie odczuwam dolegliwości. Ale pozamykałam okna i włączyłam klimę. Inaczej chyba się nie da.
Nie umiem ocenić danych o skażeniu powietrza, bo te w KL dziś są lepsze, ale np w Melace jest chyba katastrofa. Mam nadzieję, że pożary na Sumatrze w końcu ktoś zdecyduje się ugasić.

Wolę nie myśleć co pozwala zrobić zdjęcie słońca zwykłym aparatem




Dobrze, że na dziś zaplanowana była wysoka kultura, prezentowana we wnętrzach. IX Symfonia Beethovena w wykonaniu Orkiestry i Chóru Filharmonii Malezyjskiej, było super! To była chyba moja trzecia lub czwarta w życiu wizyta w Filharmonii. A Dziewiątą w całości to chyba pierwszy raz słyszałam. Lepiej późno niż wcale.





Monday, 17 June 2013

Dalszy ciąg doświadczeń kuchennych

Te patyki to chyba maniok...
Udało się zorganizować kolejną wyprawę z przewodnikiem na targowisko. Jeszcze kilka takich, a może opanuję tę zieleninę. Tym razem wszystko było jak trzeba poza moim aparatem - bateria wysiadła przy trzecim zdjęciu, a zapasowe zostały w innej torebce. Cóż, kobieta....

Tymniemniej, przynajmniej w obszarze trawy i liści zostałam pouczona - większość się je w postaci ugotowanej (albo usmażonej), jak szpinak. Będę więc kupować po trochu i próbować. A nazwy - może jakoś po zdjęciach dojdę i do tego.

Bakłażany, bitter gourd, fasola (te pęczki to fasola)
Część kuchenna okazała się dość prosta - Fely (pomoc domowa gospodyni) gotowała, a my patrzyłyśmy. Jedna zapisywała, więc będą przepisy (bardzo dobre curry z kurczaka, i kapusta z mięskiem).

Te ogórki to nie ogórki




Sunday, 9 June 2013

Potluck

To dziwne słowo oznacza spotkanie towarzyskie na które goście przynoszą potrawy kuchni swojego kraju. Takie właśnie spotkanie odbyło sie wczoraj. Zawsze wiedziałam, że jedzenie to bardzo ważna część kultury. Udało mi się spisać część potraw:
1. Satay (szaszłyczki z sosem orzechowym)
2. Beef Rendang (wołowina na specjalny malajski sposób z sosem kokosowym)
3. Pierogi (ruskie - własnoręcznie robiłam ser, a potem razem z Anią lepiłyśmy)
4. Spicy Prawn/ Sambal Prawn with white rice
5. Romanian dish (sałatka jarzynowa z wołowina)
6. dessert - tort Pavlova (!!!!!!)
7. curry puff & fruits
8. veggie dish called the Lok Hon Chai
9. Szwedzka zapiekanka ziemniaczania (u nich bożonarodzeniowa)
10.Durian w mleku kokosowym z ryżem - to na słodko (durian to tutejszy specjał - i wyzwanie dla zmysłów)


I mnóstwo innych, ale nie spamietałam. dziś jest niedziela, juz wieczór a ja jeszcze przeżywam te smaki. Było też mnóstwo miedzynarodowego wina i wódeczka z sokiem pomarańczowym i domowej roboty irish cream. Na szczęście taksówkarz wiedział gdzie jest mój dom.

Ta ostatnia uwaga nie jest bez znaczenia - tutaj taksówkarze wcale nie znaja miasta. Jak nie wiesz jak jechać, to musisz znaleźć takiego, co akurat wie. Map sie boją (kilka razy próbowałam pokazać na mapie dokad chcę jechać...), a GPSem posługuje się tylko niewielu z nich.


Monday, 3 June 2013

Jedna z 10 wysp które musisz zobaczyć zanim umrzesz

Dramatyczne, ale taki ranking opracował Yahoo! Travel i Penang jest wśród tych dziesięciu. Zaliczone więc. Nie mam porównania, ale Penang jest wspaniałym miejscem, które na prawdę warto zobaczyć. A przynajmniej miasto George Town jest jednym z miast do których chce sie wracać. Ja na pewno wrócę, bo niecałe dwa dni wystarczyły mi tylko na zyskanie ogólnego wrażenia. Trudno porównać do czegokolwiek... W Europie takich miejsc nie ma. Niskie (piętrowe lub dwu) zabudowania, z podcieniami, wiekszość uliczek wąska, ludzie spędzają czas na zewnątrz, wynoszą krzesełka, siedzą, nie spieszą się. Mnóstwo chińskich świątyń, trochę hinduskich i buddyjskich. Całe miasto zdaje sie pachnieć kadzidełkami, wokół świątyń unosi się dym.

Przyjechałam do George Town w piątek wieczorem. Spacerkiem miałam 10 minut do mojej kwatery, naganiacz taksówkowy wymusił na mnie, żebym posłuchała instrukcji jak tam trafić - i warto było. Dostałam precyzyjny opis trasy i koleś nie wmusił mi taksówki. Miejsce gdzie miałam zarezerwowany nocleg okazało się być malutkim hostelem, z pokoikami wydzielonymi chyba dyktą, ale czyściutkimi. No i pozostali mieszkańcy dostosowali się do warunków. Było cicho i spokojnie. Hostelik jest prowadzony przez dwie (może wiecej, ale widziałam dwie) dziewczyny w wieku około 25 lat (ale może mniej). Obie uśmiechnięte i życzliwie zainteresowane ludźmi. Wprawiłam je w absolutne zdumienie, jak wziełam rower, pokazałam im trase, a wieczorem powiedziałam, że wszystko co było zaplanowane to zobaczyłam i jeszcze żyję. Byłam z siebie dumna, ale tak na prawdę to jedynym wyczynem było wytrzymanie upału. Z tego względu nawet musiałam kupić sobie koszulkę z rekawkami, bo ta bez rękawów, w której wyjechałam w trasę niestety umożliwiała dostep słońca do zbyt dużych powierzchni skóry.

Penang jest górzysty, Najwyższy szczyt ma nawet 830m. Na ten szczyt prowadzi kolejka szynowa (funicular). Widoki - rewelacja. Na górze hotel, knajpa, meczet i świątynia hinduska. Następnym razem musze tam wjechać a potem zejść na dół pieszo przez las tropikalny do ogrodu botanicznego (ogród też jest podobno wart zobaczenia).





Ale najfajniejsze wydało mi się łażenie po starym mieście. Atrakcja są oczywiście świątynie (chińskie, hinduskie, buddyjskie), siedziby chińskich klanów, kolonialne w stylu budynki, ale też rysunki na murach i metaloplastyczne "tablice" informacyjne. Trochę szkoda, że w niedzielę lało cały dzień. Łaziłam w deszczu, ale to nie to samo co w słoneczny dzień... No i zdjęcia nie takie fajne. jeszcze jeden argument, żeby wrócić.



Zdjęcia: https://plus.google.com/u/0/photos/108668600531371879611/albums/5885567119550066721