Sunday, 25 May 2014

Broga Hill, a przedtem kilka rzeczy w KL, na które nie było czasu

Sobota zwykle zaczyna się od sprzątania. Potem basenik, śniadanie, i w drogę. Tym razem podobnie, ale basenik był krótki - przyszedł pan z odkurzaczem i postanowił o 10 zamknąć basen na czyszczenie. Wróciłam więc na górę i... okazało się, że czeka człowiek od pakersów w celu zrobienia wizji lokalnej na okoliczność nieodległego w czasie pakowania. Fajnie, że ktoś mi o tym powiedział... No ale dobrze się skończyło, poczyniliśmy ustalenia co do terminów, on popatrzył z grubsza co jest do spakowania i poszedł. Świetnie, jedno do przodu.

Teraz śniadanko i już o 11.30 wyruszam w miasto. Plan jest wypróbować autobus U88, który przyuważyłam niedaleko, i który wydaje sie jechać do Pasar Seni. No ale nie ma lekko. Autobusy jeżdżą jak chcą. Po półgodzinie czekania na cokolwiek, wsiadłam w Metrobus nr 99 (Metrobusy to takie "zwykłe" autobusy, a takie U, to niby pospieszne), który okazuje się, też tam jedzie. Jechał długo, ale rzeczywiście dojechał. Przeszłam przez Central Market, potem pomaszerowałam na plac Niepodległości (Merdeka). Trawnik (czyli praktycznie cały plac) jest zagrodzony i coś robią. Strasznie gorąco, wiec szybko trzeba wejść do jakiegoś muzeum - padło na Muzeum Tekstyliów, a potem na Muzeum Miejskie. Oba OK. Można zajrzeć.

Po wyjściu z muzeum, stwierdziłam, że turystyki mam dosyć, czas do domu. Tym razem "dopadłam" U88. To niezłe rozwiązanie, chyba deczko szybsze niż U82, tyle że nie zawadza bezpośrednio o KL Sentral, więc nie przesiadkowe.

Na niedzielę zaplanowałam wycieczkę na Broga Hill z Internations. Wygodnie, bo Jim, jeden z uczestników, zabrał mnie spod domu samochodem. Broga Hill to górka ok 500m. npm. położona ok. 50km od KL. Tym razem to nie dżungla, a las palmowy, a potem tylko wysoka trawa. Było ciepło. I widoki były rzeczywiście wspaniałe - na szczęście pogoda dobra i widoczność, jak na Malezję też niezła. I jeszcze coś - duża część szlaku jest jakby... brukowana. Natura zrobiła coś takiego, że ścieżka jest "wyłożona" kamieniami w podobny sposób jak nasze polskie stare bruki (widać na grupowych zdjęciach)


Potem była rewelacyjna ryba z grilla i chwila kultury - chińska świątynia na wzgórzu, niespodziewanie wielka i okazała.





Bardzo miły dzień.
zdjęcia

Wednesday, 21 May 2014

Air Race Champs

To nie będzie o samolotach. Samoloty były nudne. Latały nad jeziorem kolejno w sporych odstępach czasu i robiły to samo. Przeloty różniły się... kolorem samolotu. Będzie za to kilka refleksji (raczej negatywnych)

1. Putrajaya to bardzo porządne miasto, dobrze zorganizowane i z dobrą komunikacją (mimo, że nie chińskie). Tylko prawdziwego życia w nim brakuje, pewnie dlatego starają się takie imprezy tam robić.
2. Ludzie tutaj mają w głębokim poważaniu punktualność. Umówiłam sie z Clintonem na 12. Przyszedł 5 po, ale chociaż sms'a przysłał. Zapomniał komórki i wracał do domu. Usprawiedliwiony. Ale dwoje jego znajomych już przesadziło. Pojawili się po interwencji Clintona dopiero o 12.40 - chcieli wcześniej zjeść lunch. No cholera! A to, że ja tam czekam jak ten pajac na przystanku to pikuś. Nawet niespecjalnie wyrazili skruchę. To samo jest w pracy - pojawienie się z kilkuminutowym opóźnieniem nie powoduje nawet prostego przepraszam. To normalka. Nie powiem, przeszkadza mi to.
3. Ciekawe o ile bardziej interesujący był ten Air Show oglądany ze strefy biletowanej. Ja pożałowałam - cena dość zaporowa - 240RM (czyli ok. 75USD) to przesada, nawet jeśli dzięki temu mogłabym siedzieć, widzieć cały tor i słyszeć spikera. Za darmo widziałam pół toru, a siedziałam na trawce. Spikera nie było słychać.
4. A poprzedniego dnia wkurzyła mnie malezyjska kablówka. Przerwali transmisję z meczu Djokowica z Raonicem przy stanie... 6-7, 7-6, 5-3. Wszystko po to, żeby puścić długaśny blok reklamowy, a potem ... mecz piłki nożnej (to chyba był jakiś ważny finał ligi czy pucharu Anglii, ale i tak uważam, że to skandal, zwłaszcza, że zabrakło jednego gema).

Sunday, 18 May 2014

Georgetown - prawdopodobnie ostatni raz

Penang to program obowiązkowy dla każdego w Malezji, więc pojechałam tam z Magdą na weekend. Program wycieczki raczje lajtowy, ale najważniejsze punkty musiały sie znaleźć. No i parę niespodzianek dla mnie również.

Po wylądowaniu pierwsze kroki - do dimsumiarni. To chyba najciekawsze w Malezji jedzenie śniadaniowe. Potem - do roboty (czyli do zwiedzania).

Blue Mansion jest remontowany, na szczęście tylko w części i wycieczki nadal się odbywają. Cena za to wzrosła, i to całkiem zauważalnie (z 12 na 16 RM). Nie było Belga, który dotychczas był tam stałą atrakcją, zastępująca go przewodniczka początkowo nie wzbudziła mojego zaufania, ale potem dała radę. Bardzo to jest ciekawe miejsce i historia Cheong Fatt Tze jest przykłądem, że chcieć to móc.

Fort Cornwallis, Clan Jetty, Armenian Street (z nowymi malunkami na ścianach) - niezmiennie miłe dla oka. Potem - Śpiący Budda i świątynia burmańska - kolejna próba analizy niezrozumiałego, a potem siuup w stronę Batu Ferringhi. Najsłynniejszą plażę też trzeba zobaczyć. Niestety, pogoda nie była najlepsza, nieco nawet padało, ale co tam. Kolorowy drink na plaży, w oczekiwaniu na zachód słońca to bardzo miła rzecz.


Nowe odkrycie - Junk cafe
Kolacja została zaplanowana w słynnym Gurney Drive - miejscu tysiąca stoisk z lokalnym jedzeniem. Lekki obłęd. Trudno wyrać. I w efekcie - chyba Red Garden fajniejszy. Po jedzeniu postanowiłysmy spróbować dotrzeć do domu pieszon. na mapie wyglądało to nieźle. I dałyśmy radę, choć trwało to z półtorej godziny. A do tego po drodze obejrzałyśmy w knajpce jak Radwańska obrywa od Szarapowej. W sumie, ciekawy spacer, w dużej części wzdłuż ulicy strasznie wypasionych apartamentowców. Miasto jest nieprawdopodobnie różnorodne.

Następnego dnia - dim sumy, pożegnanie z Kek Lok Si, jeszcze krótka przechadzka po mieście i - do autobusu. W ostatniej chwili udało mi sie zauważyć, że zostawiłam w hostelu telefon. Dobrze, że blisko i że jeszcze tam był. Strata bardzo by mi życie skomplikowała. Nie wiem, czy to pesel, czy zwykłe gapiostwo. Trzeba bardziej uważać.

zdjęcia

Tioman

Weekend majowy na tropikalnej wyspie? Czemu nie!

Mamy 4 dni, ale to niestety ok. 5 godzin jazdy plus prom. Żeby nie tracić dnia, zamówilismy busa na 4 rano. Przyjechał. Jeden stres z głowy. O 9 byliśmy na przystani promowej. Okazało się, że kupienie biletów przez internet to był dopiero początek. Najpierw kolejka po "prawdziwe" bilety. Potem - coś w rodzaju check-inu i wpisanie sie na listę pasażerów (prosili o przesłanie informacji mailem, żeby tego uniknąć, ale okazało się, że to lipa). Potem kolejka po boarding pass, ale jak już doszlismy do okienka, to okazało się, że jeszcze musimy opłatę za wstęp do parku narodowego wpłacić w innym okienku, no to poszliśmy, potem znowu po boarding passy. Tym razem się udało. To już podobno wszystko. Mrożek by nie wymyślił. No, ale o 10 udało się zaokętować, i płyniemy!

Prom dowiózł nas na wyspę, ale jeszcze trzeba się dostać do naszego lokum. Transport pomiędzy miejscowościami na wyspie odbywa się prawie wyłącznie droga morską - motorówkami. Są dwie drogi, którymi jeżdzą samochody. Jedna ze wschodu na zachód, a druga wzdłuż kawałka zachodniego wybrzeża. Nasz Simukut Hill View lodge jest na samym południu wyspy, około 40 minut motorówką od promu. Okazało się, że to zupełny koniec świata. Kilka chałup, nasz pensjonacik i... to już.
  
Nasz koniec świata miał kilka fajnych cech:
  • Byliśmy tam tylko my i właściciel (wujek Tam) z nadwłaścicielem i kucharzem w jednej osobie (wujek Sam).
  • Mieliśmy swoją plażę z piaseczkiem i z wielkim, płaskim kamieniem, który wyglądał na wulkaniczny. Wszyscy mogliśmy się na nim po południu położyć i odbywać darmowy zabieg terapii rozgrzanymi kamieniami.
  • Po obejściu łaziły kury, a przede wszystkim koguty, które piały prawie bez przerwy. To będzie jedno z najznaczniejszych wspomnień.
  • Sam gotował śniadania i kolacje - nie był najbardziej punktualny, ale za to gotował super. Ciekawa była jajecznica z ... cynamonem. Na kolację rybki i owoce morza palce lizać. 
Pierwszego dnia nie wykazaliśmy czujności i nie zamówiliśmy żadnego lunchu. Skończyło się ciasteczkami owsianymi i chipsami, kupionymi w sklepiku po drodze do wodospadu. Woda w wodospadzie wspaniale chłodna i słodka, bardzo miło było się potaplać. Potem słodkie nieróbstwo i dżin z tonikiem i lemonkami prosto z drzewa...  

Następnego dnia były snoorki. Łódka, zamówiona przez Tama, zabrała nas w trzy miejsca, gdzie ogląda się podwodny świat. Jedno z nich niestety miało więcej ludzi niż rybek, ale za to w ostatnim byliśmy sami, były REKINY!!! Ala nawet widziała dwuipółmetrowego. Na szczęście nie były zainteresowane nami w charakterze obiadu. W międzyczasie przystanek w sklepie wolnocłowym i zaopatrzenie w zapas ginu, tonicu i wina do obiadu. A obok sklepu stało sobie drzewo, na którym wisiało ... stado nietoperzy. 



Nasza pustelnia skłania do nieróbstwa, ale nie można dać się obezwładnić tak do końca. W związku z tym, kolejny poranek (no, taki trochę późniejszy...) przeznaczyliśmy na wdrapywanie się na Twin Peaks, to znaczy na skałę pomiędzy szczytami (na każdy ze szczytów wchodzi się już ze sprzętem, nie tak sobie piechotą). Uff, było stromo, czasem bardzo, wielokrotnie na czterech, a w drodze powrotnej to i pięciu punktach podparcia. Ale warto było. Po drodze mało co było widać - dżungla. Ale w jednym miejscu były raflezje, niestety w pączkach (trochę jak czerwone kapusty). Satysfakcja całkiem spora, jak się popatrzy na górę od strony morza.


zdjęcia

Friday, 16 May 2014

Brunei

Pomnik czajnika. Brunei wita nas herbatą
Jedno z najbogatszych państw świata, monarchia absolutna, za chwilę przyjmie prawo szariatu, nie ma alkoholu, rozrywek (kina i teatry umierają - ludzie mają kina domowe). Ok. poł miliona obywateli żyje sobie w dostatku, mając darmową służbę zdrowia i edukację, i nieustanny, dosłowny dopływ gotówki w postaci ropy. Na razie się nie kończy. A jak sie skończy to jeszcze mozna wyciąć dżunglę i posadzić palmy olejowe. Różnicę w zamożności w stosunku do Malezji widać od razu po przekroczeniu granicy. Najnowsze fury, bogate domy, wszystko uładzone, czysto.... Ale fury, zatankowane w Brunei (35 centów za litr) jadą po zakupy do Miri (Malezja). Grosz do grosza...





Kilka refleksji:

  • Wydobycie ropy wbrew pozorom nie śmierdzi i nie powoduje hałasu
  • Można spokojnie wypoczywać na plaży z białym piaseczkiem 500 metrów od gazociągu prowadzącego do miejsca, gdzie gaz jest ładowany na tankowce (kilkaset metrów w morzu)
  • Oficjalne podarki od gości trzeba pokazać światu, do tego buduje się dwupiętrowy budynek muzeum i zatrudnia dziesiątki "pilnowaczy 
  • Najważniejszy meczet oglądaliśmy w świetle zachodzącego słońca i przy śpiewie muezina, zwołującego wiernych na wieczorne modły - to robi wrażenie
  • 6* hotel, w którym prawie nikt nie mieszka to raczej porażka, ale imponująca

Jakby kto planował wyprawę na Borneo, to Brunei można spokojnie odpuścić. Nuda. Za to ociekająca kasą.

zdjęcia

Przez dzunglę Borneo - jaskinie Mulu

Park Narodowy Gunung Mulu to wspaniałe krasowe formacje wapienne w środku równikowej dżungli. Są tam najwieksze na świecie naturalne jaskinie. Dostać się tam można tylko samolotem, albo rzeką (jeśli poziom wód pozwala). 



 

Jak coś jest naj..., to trzeba sie postarać to coś zobaczyć. Najpierw 50 minut samalotem (o 6.45) do Miri, stamtąd pół godzinki turbośmigłowcem do Mulu. Wylądowaliśmy, zawieźli nas do naszego "resortu". To coś, czym jechaliśmy chyba kiedyś było vanem, teraz też mogło pomieścić 8 osób, ale nie wiem, czy nie powypadałyby przez dziury w podłodze. Spoko, odległości niewielkie, wiec człowiek nie zdążył się przestraszyć. 
 
Na pierwszy ogień poszła jaskinia Jeleni (Deer Cave). W jaskini gniazdują jaskółki i mieszkają miliony (podobno 3) nietoperzy. Nazwa wywodzi się stąd, że dawniej często do tej jaskini przychodziły jelenie. Trochę to obrzydliwe, ale przychodziły do jaskini lizać guano, w którym jest sól. Cóż, natura...

Jaskinia jest przeogromna i przepiękna, nieźle też urządzona dla zwiedzających. Ścieżki (a raczej drewniane podesty) są tak zbudowane, żeby zminimalizować ryzyko obs... przez ptaka czy  nietoperza. Zwiedza się ją po południu, żeby nie zakłócać nietoperzom całego dnia światłem i hałasem. Ale dopiero potem uczestniczyć można w niesamowitym pokazie – 3 miliony nietoperzy wylatuje z jaskini na żer. Zapierające dech wrażenie.

Poranek drugiego dnia spędziliśmy zwiedzając kolejne jaskinie, do których dostęp jest tylko łódką. Clearwater Cave. To chyba najdłuższy na świecie system podziemnych rzek. A na deser kąpiej w rzece – niedaleko wejścia do jaskini rzeka utworzyła (z niewielką pomocą człowieka) coś w rodzaju basenu – niewielkie rozszerzenie, z piaszczystym dnem, w którym można się kąpać. Cudowna woda. Resztę dnia, po lunchu, spędziliśmy w dżungli. W naszym „pakiecie” była przechadzka po moście linowym (canopy walk) nad dżunglą. To chyba najlepszy z canopy walków jakie mi sie w Malezji trafiły. Może dlatego, że nie było wcale ludzi. Potem powędrowaliśmy już sami, bez przewidnika, na spacer wytyczonym szlakiem w dżungli do wodospadu. Było z 10 km. Okazuje się, że w takich warunkach idzie się nie szybciej niz 3 km na godzinę. Kto by pomyślał....?
 

Thursday, 15 May 2014

Miasta Borneo

W malezyjskiej części Borneo jest kilka sporych miast. Nam udało się zajrzeć na chwilę do trzech.

Sandakan

Wylądowalismy w Sandakanie z dwugodzinnym opóźnieniem, bo zmienialiśmy samolot przed odlotem z KL. Ale udało się. Przez to juz wieczorem nic nie zobaczyliśmy poza sklepem całodobowym, w którym kupiłam klej UHU, żeby nosek w okularach przykleić. Był. I działał. Hotel z tych, co to jedną noc spokojnie mozna, ale więcej to juz niechętnie, pomimo, że nie ma się czego czepnąć. Tylko powietrza mało.

Sandakan (aglomeracja) ma ok 400 000 mieszkańców, ale ciężko w to uwierzyć. Centrum jest kompaktowe, zaliczyliśmy wszystkie ważniejsze punkty pieszo w 3 godziny. Bardzo pięknie prezentuje się dom pisarki, Agnes Keith, z lat 20-30, potem zniszczony i odbudowany po wojnie w tym samym stylu i z drewna. Jest to jeden z unikalnych kolonialnych zabytków drewnianych. No i trzeba będzie z jedną jej książkę przeczytać...

Inne rzeczy warte odnotowanie to cmentarz chiński, kościół anglikański (granitowy, wygląda jak teleportowany z angielskiego wrzosowiska) i deptak nadmorski z bazą wojskową, setką knajpek i centrum handlowym.


Kota Kinabalu

To stolica i najbardziej znane miasto Sabahu, a może i całego malezyjskiego Borneo. Jest to baza wypadowa dla tych, co się wdrapują na Kinabalu, najwyższą górę Malezji. Na to potrzeba ok 3 dni (a z regeneracją to i 4...), nie zdecydowaliśmy się na to. Pojechaliśmy na emerycką wycieczke po okolicy. W ostatniej chwili autokar się zatrzymał na parkingu i udało się zrobić zdjęcie jednego ze szczytów Kinabalu (są 4) zanim całkowicie zakryły je chmury. Potem przez chwilę moczyliśmy się w gorących źródłach, ale dużo przyjemniejszy był basen z zimną wodą. A na koniec, już w mieście i bez wycieczkowego towarzystwa, potraktowaliśmy się najlepszymi chyba dotychczas owocami morza.




Kuching

To na zakończenie pobytu na Borneo - i całkowicie bez planu. Po analizie przewodnika zdecydowaliśmy, że doba to akurat tyle, żeby zwiedzić samo miasto, a na jakiekolwiek wycieczki nie ma czasu. Miasto jest spore, największe w Sarawaku, ok. 700 000 mieszkańców, położone nad rzeką na której nie ma mostu (w każdym razie nie ma mostu w obrębie centrum). Transport odbywa się łódkami. Sarawak był częścia sułtanatu Brunei do połowy XIX wieku, kiedy to za zasługi w walce z rebelią James Brooke dostał od sułtana tytuł radży i samodzielną władzę nad prowincją. To dość niezwykłe, że biały człowiek dorobił sie takiej pozycji. Następcom było trudniej, ale trzech radżów kolejno dawało radę. Po II wojnie prowincje przejęli Brytyjczycy. Miasto Kotów (Kuching) ma sporo akcentów kolonialnych, sporo też nowej architektury, czasem zaskakującej. Turystycznie atrakcyjny jest bulwar nad rzeką. Wieczory weekendowe są tam bardzo barwne, z muzyką i jedzeniem. Sprawdziliśmy wieczorem jak rekomendacje Lonely Planet działają na biznes. Nasz przewodnik był wydany w 2009 roku. Opisywano w nim knajpkę z jedzeniem z rejonu Kelabit Highlands - to środek dżungli, proste jedzenie z naturalnych składników. No i była, ale już nie prosta garkuchnia, ale dość elegancka restauracja. Za to jedzenie - rewelacja. Ciężko opisać, bo smaki niezwykłe a i forma nietypowa. Mięsko (jagnięcina) i ryba (nie wiadomo jaka) w malutkich kawałeczkach, z delikatnymi ziołami. I warzywa - wyjątkowo duzo warzyw ja na Malezję. A do tego wino ryżowe, zimne, słodkie, wbrew pozorom całkiem pasowało. Mniam.


zdjęcia-Sandakan
zdjęcia- Kota Kinabalu
zdjęcia - Kuching

Wednesday, 14 May 2014

Przez dżunglę Borneo - dżungla sama w sobie

Pożegnaliśmy rajską wyspę i ruszyliuśmy dalej. Teraz Sanktuarium Orangutanów Sepilok. To chyba największe na świecie miejsce, gdzie w warunkach "półwolności" przywraca sie do życia w dżungli orangutany znalezione ranne, osierocone, chore.


Orangutan rodzi się nieprzystosowany do samodzielnego życia i pod opieką matki pozostaje przez 8-10 lat, dopóki nie nauczy się wspinać, znajdować pożywienia, unikać niebezpieczeństw. Jeśli matka zginie, dzieciak nie ma szans. Orangutany żyją samotnie, nie tworzą społeczności, więc inna małpa nie przejmie opieki (co sie czasem zdarza u innych gatunków). Innym zagrożeniem dla orangutanów są ludzie - to niewyobrażalne, ale ludzie łapią maluchy i zabierają je do domów jako zabawki, trzymając je w małych klatkach. To nielegalne, ale nadal zdarza się całkim często. Służby rezerwatu znajdują takie małpki, zabierają je, leczą, karmią i.... uczą życia w dżungli. Potem te zwierzaki pozostaja na wolności w obszarze rezerwatu i czasem przychodzą na karmienie - dwa razy dziennie wydawane jest żarcie dla tych, którzy zechcą przyjść. Im mniej ich przyjdzie tym lepiej, mimo że tabuny gapiów czekają, żeby je zobaczyć.
To makaki - przyszły po resztki z orangutaniego stołu

Jednym z intratnych biznesów na Borneo są ptasie gniazda, które Chińczycy kupują za ciężkie pieniądze na swoją słynną zupę. Powstały więc hodowle jaskółek, są zasady kiedy można gniazda zbierać, są dwa rodzaje tychże gniazd - czarne, tańsze i łątwiejsze do pozyskania, oraz białe, bardzo cenne i dużo rzadsze (w hodowlach raczej są tylko czarne). Jaskółki również gniazdują w bardzo częstych na Borneo jaskiniach. Tam też zbiera sie gniazda. Jedną z takich jest Gua Gomantong. Spotkamnie z jaskinią, jej jaskółkami i nietoperzami nie było najprzyjemniejszym wrażeniem. Zapach trudny do zniesienia, no i duże prawdopodobieństwo zostania trafionym... No cóż, ekipa zbierająca właśnie gniazda musiała sobie z tym radzić. My oddaliliśmy sie spiesznie.


Teraz rzeka. Kinabatangan (czyli Chińska Rzeka - stąd, że był to główny szlak Chińskich handlarzy, wgłąb lądu i sprzedać swoje towary, a także pozyskać skarby dżungli - ptasie gniazda, rogi nosorożców i inne cuda) to druga co do długości rzeka Malezji, wpadająca do Morza Sulu. Rzeka jest siedliskiem mnóstwa gatunków ptaków i zwierząt. Ceprów wozi sie więc łodziami po rzece i jej dopływach, żeby sobie popatrzyli. Takoż zrobiono i z nami. To jest niezapomniane - nawet jak jesteś mało spostrzegawczy, to zawsze coś zobaczysz (przewodnik pokaże). Były hornbile, makaki, orangutany, jaszczurki, różne wodne ptaki, orły i nosacze (proboscis monkeys) - endemiczne małpy makakowate z charakterystycznym zwisającym nosem. No i ten dźwięk. W dżungli jest nieustanny hałas. Ptaki, a przede wszystkim cykady, generują chyba z 80dB nieustannego ćwierku. Niestety odwołano nocny spacer w dżungli ze względów bezpieczeństwa - kilka dni wcześniej porwano dwie francuskie turystki w niedalekim kurorcie (chyba filipińscy separatyści Sulu). To w Malezji, nawet na Borneo, nie jest plaga, ale władze bardzo sie boją i sugerują, żeby niczym nie ryzykować. Pozostała druga przejażdżka łodzią - o świcie. Niby ta sama rzeka, ale jednak inna...


zdjęcia - Sepilok
zdjęcia - Kinabatangan

Thursday, 8 May 2014

Przez dżunglę Borneo - żółwie

Pierwszy etap spotkania z przyrodą Borneo to wycieczka na Wyspę Żółwi, Selingan. Jest to jedna z trzech wysepek tworzących malezyjską część rezerwatu żółwi. Morskie żółwie, które występują w tym rejonie mają ciekawą cechę - jedynym powodem wyjścia żółwia (żółwicy) na ląd, jest złożenie jaj. Samce nie wychodzą na ląd nigdy. I wychodzą na ląd zawsze tylko w miejscu, w którym same przyszły na świat.



Wycieczka na wyspę żółwi polega na tym, że towarzystwo chętne jest zabierane motorówką (ok. godzina jazdy) na wyspę rano, tam jest najpierw leniuchowanie i ewentualnie snoorkeling w przybrzeżnych wodach, w międzyczasie lunch a potem kolacja. A po kolacji wszyscy czekają na żółwie. A one wychodzą, kiedy chcą, czasem ok 21 ale czasem nawet dobrze po północy. Jak się żółwica pojawi, to pracownicy parku wzywają gapiów, żeby popatrzyli jak ona te jaja składa. A ona najpierw kopie dołek, taki z 80 cm, a potem składa do niego kopę, albo dwie, jaj (średnio 80 do 100). Jest tak zaaferowana tą czynnością, że nie przeszkadza jej stado dwunogich intruzów ani reflektor, oświetlajacy dołek, żeby sobie gapie foty porobili. Jak skończy, to zakopuje dołek, odpoczywa i odchodzi, nie zdając sobie sprawy z tego, że w międzyczasie ludzie wybrali z dołka wszystkie jaja. Jaja te są przenoszone pieczołowicie do przygotowanych wcześniej dołków, podobnych do oryginalnego, ale otoczonych siatką i chronionych przed naturalnymi wrogami. Chodzi o to, żeby z jak największej liczby jaj wykluły się żółwiki. Jak się żółwiki wyklują, to znowu sązbierane przez pracowników parku i zanoszone na plażę, żeby sobie poszły do morza. Dzieki temu unikają potencjalnych wrogów na drodze pomiędzy miejscem, gdzie przyszły na świat, a wodą. Jak dotrą do wody, to już ochrona się kończy. Te samiczki, które przeżyją, wrócą żeby złożyć jaja tam, gdzie się urodziły.

"Nasza" żółwica miała ok 1m średnicy, i uprzejmie wylądowała ok 22. Złożyła za to tylko 43 jaja, więc poszło dość szybko. Niesamowite jest, że można patrzeć na te wielkie gady, całkowicie dzikie, w takich okolicznościach. Gapiom "udostępnia się" jedną żółwicę, ale jednej nocy wychodzi ich kilkanaście, albo i więcej. Potem uczestniczyliśmy w akcji przekładania jajek do "wylęgarni". Jak dołek jest cieplejszy, to wykluwa się więcej dziewczynek... A na koniec, wypuszczamy żółwiki, które wykluły się dzisiaj do morza. Są takie rozkoszne, i takie maleńkie w porównaniu z dorosłymi.

Przed całym tym przedstawieniem  obeszliśmy sobie wyspę prawie dookoła. To nietrudne, bo ma pewnie z 500 m średnicy. Natknęliśmy się tam na strażnika granicznego (Filipiny niedaleko), który pilnował wybrzeża uzbrojony w... karabin maszynowy. Pozwolił zrobić fotę.


A poza tym, rajska wyspa, którą niestety raniutko trzeba było opuścić.


zdjęcia