Weekend majowy na tropikalnej
wyspie? Czemu nie!
Mamy 4 dni, ale to niestety ok. 5
godzin jazdy plus prom. Żeby nie tracić dnia, zamówilismy busa na 4 rano. Przyjechał.
Jeden stres z głowy. O 9 byliśmy na przystani promowej. Okazało się, że
kupienie biletów przez internet to był dopiero początek. Najpierw kolejka po
"prawdziwe" bilety. Potem - coś w rodzaju check-inu i wpisanie sie na
listę pasażerów (prosili o przesłanie informacji mailem, żeby tego uniknąć, ale
okazało się, że to lipa). Potem kolejka po boarding pass, ale jak już doszlismy
do okienka, to okazało się, że jeszcze musimy opłatę za wstęp do parku
narodowego wpłacić w innym okienku, no to poszliśmy, potem znowu po boarding
passy. Tym razem się udało. To już podobno wszystko. Mrożek by nie wymyślił. No,
ale o 10 udało się zaokętować, i płyniemy!
Prom dowiózł nas na wyspę, ale jeszcze trzeba się
dostać do naszego lokum. Transport pomiędzy miejscowościami na wyspie odbywa
się prawie wyłącznie droga morską - motorówkami. Są dwie drogi, którymi jeżdzą
samochody. Jedna ze wschodu na zachód, a druga wzdłuż kawałka zachodniego
wybrzeża. Nasz Simukut Hill View lodge jest na samym południu wyspy, około 40
minut motorówką od promu. Okazało się, że to zupełny koniec świata. Kilka
chałup, nasz pensjonacik i... to już.
Nasz koniec świata miał kilka fajnych cech:
- Byliśmy tam tylko my i właściciel (wujek Tam)
z nadwłaścicielem i kucharzem w jednej osobie (wujek Sam).
- Mieliśmy swoją plażę z piaseczkiem i z
wielkim, płaskim kamieniem, który wyglądał na wulkaniczny. Wszyscy
mogliśmy się na nim po południu położyć i odbywać darmowy zabieg terapii
rozgrzanymi kamieniami.
- Po obejściu łaziły kury, a przede wszystkim
koguty, które piały prawie bez przerwy. To będzie jedno z
najznaczniejszych wspomnień.
- Sam gotował śniadania i kolacje - nie był
najbardziej punktualny, ale za to gotował super. Ciekawa była jajecznica z
... cynamonem. Na kolację rybki i owoce morza palce lizać.
Pierwszego dnia nie wykazaliśmy czujności i nie
zamówiliśmy żadnego lunchu. Skończyło się ciasteczkami owsianymi i chipsami,
kupionymi w sklepiku po drodze do wodospadu. Woda w wodospadzie wspaniale
chłodna i słodka, bardzo miło było się potaplać. Potem słodkie nieróbstwo i
dżin z tonikiem i lemonkami prosto z drzewa...
Następnego dnia były snoorki. Łódka, zamówiona
przez Tama, zabrała nas w trzy miejsca, gdzie ogląda się podwodny świat. Jedno
z nich niestety miało więcej ludzi niż rybek, ale za to w ostatnim byliśmy
sami, były REKINY!!! Ala nawet widziała dwuipółmetrowego. Na szczęście nie
były zainteresowane nami w charakterze obiadu. W międzyczasie przystanek w
sklepie wolnocłowym i zaopatrzenie w zapas ginu, tonicu i wina do obiadu. A
obok sklepu stało sobie drzewo, na którym wisiało ... stado nietoperzy.

Nasza pustelnia skłania do nieróbstwa, ale nie
można dać się obezwładnić tak do końca. W związku z tym, kolejny poranek (no,
taki trochę późniejszy...) przeznaczyliśmy na wdrapywanie się na Twin Peaks, to
znaczy na skałę pomiędzy szczytami (na każdy ze szczytów wchodzi się już ze
sprzętem, nie tak sobie piechotą). Uff, było stromo, czasem bardzo,
wielokrotnie na czterech, a w drodze powrotnej to i pięciu punktach podparcia. Ale
warto było. Po drodze mało co było widać - dżungla. Ale w jednym miejscu były
raflezje, niestety w pączkach (trochę jak czerwone kapusty). Satysfakcja
całkiem spora, jak się popatrzy na górę od strony morza.
zdjęcia
No comments:
Post a Comment