Thursday, 17 April 2014

Ipoh Town

Trzecie co do liczby mieszkańców miasto Malezji, Ipoh, stolica sułtanatu Perak nie jest głównym celem wycieczek turystycznych, a raczej tylko czasem miastem tranzutowym do Cameron Highlands. No ale jak się siedzi gdzieś tyle czasu to i do takiego miasta można skoczyć. To tak trochę jak do Łodzi. Czemu nie.

Najlepiej jechać tam pociągiem. Postanowiliśmy celować w ten o 9.00 i... okazało się, że nie ma biletów (najwcześniej na 13.00), więc przenieśliśmy sie na dworzec autobusowy i wsiedliśmy w pierwszy mozliwy autobus. Nie wiemy na prawdę o której miał odjechać, ale odjechał ok. 9.30 i już ok 12 byliśmy w Ipoh - a raczej na tamtejszym Marymoncie. Z tego dworca, pojazd dumnie zwany shuttle busem, z grawitacyjną klimatyzacją i niezamykającymi się drzwiami, zawiózł nas do centrum, niedaleko dworca kolejowego.

Pierwsze więc kroki skierowaliśmy tamże - łudząc się, że w powrotną drogę wybierzemy się już koleją. Ale nic bardziej błędnego. Wszystkie bilety wykupione (to znaczy jeszcze były na ostatni pociąg o 21, ale to już trochę za późno). Został nam autobus. I trudno. Poszliśmy więc "w miasto". Trasa, którą wynalazłam w internecie obejmuje kilka ciekawych kamienic i kolonialnych budynków, a przejście jej zajmuje pewnie ze dwie godziny, jak się idzie wolno i czyta opis. Po drodze pochłonęliśmy nasi goreng z rybą i krewetkami. Potem próbowalismy znaleźć lokalną (słynną skąd inąd) Ipoh White Coffee. Ale w żadnym fajnym miejscu nie dawali, więc obeszliśmy się smakiem.


Miasto jest ładne i jak na tutejsze stosunki dość zadbane. Otoczone jest wapiennymi górkami, niektóre z nich przypominają ostańce. W tych skałach jest mnóstwo świątyń, przede wszystkim chińskich. Trzy z nich są opisane w przewodnikach. Na sobotę w planie była jedna - Perak CaveTemple. Imponująca jaskinia, sporo malowideł naściennych i schody w górę do kapliczek i miejsc zadumy. Widok miał być wspaniały, ale niestety powietrze niezbyt przejrzyste, a krajobraz bliższy bardzo przemysłowy.

 Na koniec dnia jeszcze japoński ogród Bonsai (Ipoh jest siostrzanym miastem Fukuoki i ten ogród jest efektem pierwszych działań wspólnych od czasów wojny), i spacer przez miasto w poszukiwaniu odpowiedniego miejsca na kolację. W końcu trafiliśmy do ulicznych stanowisk, opisanych w przewodniku jako MBA restaurant. To chyba nasz ulubiony rodzaj garkuchni w Malezji. czasem tylko trudno się zorientować co jest w menu. Zjedliśmy Char Kuay Teow (Tomek) - to takie kluski z patelni z sosem i różnymi śmieciami (krewetki, kawałeczki kurczaka, szczypior, kiełki...) a ja zupę, której nazwy nie pomnę, ale była bardzo dobrym rosołem z wołowinką i cienkim makaronem.

Następnego dnia w programie pozostałe świątynie chińskie w jaskiniach i szkocki zamek, wszystko pod miatem... Postanowiliśmy wypróbować komunikację miejską. Okazało sie to dość skuteczne i wcale nie takie czasochłonne (coś około półtorej godzinki...)


Świątynie niezłe, ale w masie człowiek traci wrażliwość. No i cały czas mam problem z estetykę przedstawień obiektów kultu religijnego. Jakoś tak ciągle wszystko bliskie jest mojego pojęcia o kiczu....


Wszędzie unosił się dym z kadzidełek, płonęły jakieś dary, mnóstwo ludzi, którzy raczej byli wiernymi, a nie turystami.

Potem znowu autobusik, a nawet dwa - i do zamczyska. Zamek dość imponujący, częściowo w ruine, ale sporo się zachowało. Nigdy tak naprawdę nie był wykończony, a właściciel musiał mieć obsesję na punkcie bezpieczeństwa - wszędzie były tajne przejścia, wyjścia, schody, i nawet tunel do położonej 500 metrów dalej świątyni hinduskiej.

Autobus do domu mieliśmy z pobliskiego miasteczka. ze względu na gromadzące się chmury pojechaliśmy tam taksówką. Mieliśmy do wytracenia ponad dwie godziny. Ale nuda! Batu Gajah to zupełna dziura. Za to pobiliśmy rekord cenowy - zjedliśmy niezły lunch, popijany świeżym soczkiem pomarańczowym za 11,50. Nawet jak na Malezję to dobry wynik.

zdjęcia

Wednesday, 9 April 2014

Zachód słońca widziany z Tęczy

Pelangi Utama - tak nazywa sie osiedle, w którym mieszkam - to po malajsku Główna Tęcza. Trochę to niezręcznie brzmi, ale niech tam.

Ku pamięci parę zachodów uwieczniłam (wschody są od złej strony).





Sunday, 6 April 2014

Apek Hill po raz drugi

To jeszcze na początku - na świeżo i sucho
Uff, tym razem się udało - nie spadła ani kropla deszczu. Zabrałam się ponownie z Say Li z Internations na Apek Hill. Ona to zamierza co miesiąc organizować. Czemu nie?

Takie kwiatki na pniu...
Kurki?
I na mokro
Parę minut po 8 rano zaczęliśmy się wdrapywać. 13 osób. Półtorej godziny w jedną stronę po terenie dość pofałdowanym. Niektóre podejścia niczego sobie... W okolicach wodospadu ubranie miałam na tyle mokre, że nie było się po co przebierać, żeby sie w wodospadzie ochłodzić. A z poprzedniego razu mam doświadczenie, że droga powrotna w mokrym ubraniu nie jest żadnym problemem. Taki prysznic (tym razem naprawdę zimny), to sama przyjemność.



Rybcia (a raczej resztki) 
zdjęcia

Thursday, 3 April 2014

Na kraby

Kraba można w okolicy KL zjeść niemal wszędzie. Na Jalan Alor kosztuje ok 60RM za kilogram. Podobnie w "normalnych" restauracjach, a więcej i dużo w luksusowych. Na Crab Island (Pulau Ketam) za kraba zapłacić trzeba ok 40RM za kilogram. I jak go kupujesz to on jeszcze łazi. Już było o tym wcześniej, ale potwierdza się w zupełności - ta wyspa to znakomite miejsce na weekendowy lunch, połączony z przejażdżka motorówką i krótkim spacerem (albo przejażdżką rowerem) po wiosce. W sumie dość czasochłonne, bo ciężko liczyć, że się tam dojedzie szybciej niż w 2 godziny, potem jedzenie i chillout, no i powrót, ale jak nie ma sie nic specjalnego do roboty, to jest to bardzo przyjemna wycieczka.


Jak w większości miejsc w Malezji, będąc gdzieś pierwszy raz popełniamy błędy - najkorzystniejsze rozwiązania są zwykle gdzieś ukryte. Tak jest też na Pulau Ketam. Na przystani promowej przy samym wejściu jest kasa biletowa, kupujesz bilet i.... musisz płynąć barką, w ciasnej kabinie z małymi okienkami. Ale jak miniesz tę kasę obojętnie, to na kei zaokrętujesz sie na szybką motorówkę, owszem, droższą o 3 RM, ale za to jaki czad! Niestety, czaderska mototówka się na fotę nie załapała. Za to są inne jednostki pływające.

zdjęcia