Trzecie co do liczby mieszkańców miasto Malezji, Ipoh, stolica sułtanatu Perak nie jest głównym celem wycieczek turystycznych, a raczej tylko czasem miastem tranzutowym do Cameron Highlands. No ale jak się siedzi gdzieś tyle czasu to i do takiego miasta można skoczyć. To tak trochę jak do Łodzi. Czemu nie.

Najlepiej jechać tam pociągiem. Postanowiliśmy celować w ten o 9.00 i... okazało się, że nie ma biletów (najwcześniej na 13.00), więc przenieśliśmy sie na dworzec autobusowy i wsiedliśmy w pierwszy mozliwy autobus. Nie wiemy na prawdę o której miał odjechać, ale odjechał ok. 9.30 i już ok 12 byliśmy w Ipoh - a raczej na tamtejszym Marymoncie. Z tego dworca, pojazd dumnie zwany shuttle busem, z grawitacyjną klimatyzacją i niezamykającymi się drzwiami, zawiózł nas do centrum, niedaleko dworca kolejowego.

Pierwsze więc kroki skierowaliśmy tamże - łudząc się, że w powrotną drogę wybierzemy się już koleją. Ale nic bardziej błędnego. Wszystkie bilety wykupione (to znaczy jeszcze były na ostatni pociąg o 21, ale to już trochę za późno). Został nam autobus. I trudno. Poszliśmy więc "w miasto". Trasa, którą wynalazłam w internecie obejmuje kilka ciekawych kamienic i kolonialnych budynków, a przejście jej zajmuje pewnie ze dwie godziny, jak się idzie wolno i czyta opis. Po drodze pochłonęliśmy nasi goreng z rybą i krewetkami. Potem próbowalismy znaleźć lokalną (słynną skąd inąd) Ipoh White Coffee. Ale w żadnym fajnym miejscu nie dawali, więc obeszliśmy się smakiem.

Miasto jest ładne i jak na tutejsze stosunki dość zadbane. Otoczone jest wapiennymi górkami, niektóre z nich przypominają ostańce. W tych skałach jest mnóstwo świątyń, przede wszystkim chińskich. Trzy z nich są opisane w przewodnikach. Na sobotę w planie była jedna - Perak CaveTemple. Imponująca jaskinia, sporo malowideł naściennych i schody w górę do kapliczek i miejsc zadumy. Widok miał być wspaniały, ale niestety powietrze niezbyt przejrzyste, a krajobraz bliższy bardzo przemysłowy.
Na koniec dnia jeszcze japoński ogród Bonsai (Ipoh jest siostrzanym miastem Fukuoki i ten ogród jest efektem pierwszych działań wspólnych od czasów wojny), i spacer przez miasto w poszukiwaniu odpowiedniego miejsca na kolację. W końcu trafiliśmy do ulicznych stanowisk, opisanych w przewodniku jako MBA restaurant. To chyba nasz ulubiony rodzaj garkuchni w Malezji. czasem tylko trudno się zorientować co jest w menu. Zjedliśmy Char Kuay Teow (Tomek) - to takie kluski z patelni z sosem i różnymi śmieciami (krewetki, kawałeczki kurczaka, szczypior, kiełki...) a ja zupę, której nazwy nie pomnę, ale była bardzo dobrym rosołem z wołowinką i cienkim makaronem.
Następnego dnia w programie pozostałe świątynie chińskie w jaskiniach i szkocki zamek, wszystko pod miatem... Postanowiliśmy wypróbować komunikację miejską. Okazało sie to dość skuteczne i wcale nie takie czasochłonne (coś około półtorej godzinki...)

Świątynie niezłe, ale w masie człowiek traci wrażliwość. No i cały czas mam problem z estetykę przedstawień obiektów kultu religijnego. Jakoś tak ciągle wszystko bliskie jest mojego pojęcia o kiczu....
Wszędzie unosił się dym z kadzidełek, płonęły jakieś dary, mnóstwo ludzi, którzy raczej byli wiernymi, a nie turystami.
Potem znowu autobusik, a nawet dwa - i do zamczyska. Zamek dość imponujący, częściowo w ruine, ale sporo się zachowało. Nigdy tak naprawdę nie był wykończony, a właściciel musiał mieć obsesję na punkcie bezpieczeństwa - wszędzie były tajne przejścia, wyjścia, schody, i nawet tunel do położonej 500 metrów dalej świątyni hinduskiej.
Autobus do domu mieliśmy z pobliskiego miasteczka. ze względu na gromadzące się chmury pojechaliśmy tam taksówką. Mieliśmy do wytracenia ponad dwie godziny. Ale nuda! Batu Gajah to zupełna dziura. Za to pobiliśmy rekord cenowy - zjedliśmy niezły lunch, popijany świeżym soczkiem pomarańczowym za 11,50. Nawet jak na Malezję to dobry wynik.
zdjęcia
No comments:
Post a Comment