Monday, 31 March 2014

Świetliki

W okolicach Kuala Lumpur jest kilka miejc, gdzie można podziwiać świetliki. Najbliższe jest w Kuala Selangor, ok 70 km od Kuala Lumpur, na północny zachód. Wyprawa tam, jeśli się nie ma samochodu, jest dość skomplikowana i/lub kosztowna. My postanowiliśmy ograniczyć koszty i w jedną stornę pojechać transportem publicznym. Dopiero powrót trzeba było "obstalować" z taksówkarzem, bo po zmroku transport publiczny nie działa (ostatni autobus do KL jest podobno ok.19).

   
Zaczęliśmy od spotkania z Clintonem w 1 Utama o 11.30. Wzięliśmy taksówkę do Taman Bahagia (8RM). Stamtąd LRT do Pasar Seni. Internet powiedział bowiem, że spod Pasar Seni jeżdżą autobusy 141 do Kuala Selangor. Potwierdził to człowiek na przystanku, który udało nam się znaleźć dzięki temu, że Clinton już to wcześniej ćwiczył. Po 40 minutach czekania postanowiliśmy jednak wziąć inny autobus, do sąsiedniej miejscowości, bo to 141 nie pojawiło się i opinie o jego istnieniu wśród współstaczy były podzielone. Po ok 2 godzinach jazdy (zrobiła się 15.30) wylądowlismy na dworcu autobusiwym gdzieś 20 km od Kuala Selangor. Tam miał być lokalny bus, ale nie wiadomo kiedy. Po paru minutahc duskusji czy 30RM za taksoówkę to dużo czy mało, pojechaliśmy taksówką. Uff. Pierwszy etap zaliczony, tylko 21RM na głowę.

W Kuala Selangor zwiedza się wzgórze Melawati z latarnią morską, maleńkim muzeum regionalnym i paroma ciakawostkami rozproszonymi na wzgórzu - spacer na godzinkę - półtorej, w tym wjazd turystycznym pociągiem, ciągnionym przez traktor, na górę.

Po zaliczeniu tego spaceru zrobił się czas na kolację - była już 18. Po krótkim boju znaleźliśmy taksówkę, która za 30RM zawiozła nas na miejsce - do kapitalnej restauracji z owocami morza, tuż obok wejścia do Firefly Park. Rybka Hong Kong style była super, krewetki też, a cena zaskakująca - 115RM na 5 osób.

Jak już nadszedł czas na świetliki, to zaczęło padać. Myśleliśmy, że nic z tego, że w deszczu to ich nie będzie widać, ale nic bardziej błędnego. Były! Było już chyba dobrze po 8.30 jak zaokrętowaliśmy sie na naszą łódź - świetliki ogląda sie płynąc łodzią z elektrycznym silnikiem po rzece Selangor. I na wszystkich krzakach przy brzegu - tysiące migocących światełek. A na dodatek - co kilka minut niebo przeszywała błyskawica. Niesamowite wrażenie - rzeka ze świetlikami w środku burzy. Fotografowanie zabronione - zapewne żeby wyeliminować błyski fleszy. To już byłaby przesada: świetliki, błyskawice i jeszcze flesze. Dzięki temu nie muszę żałować, że mój aparacik nie podołałby zadaniu.


Atrakcje zakończyły się ok 21. Taksówka zamówiona na 22 - kto wiedział, że bedzie padać i wszystko w związku z tym będzie sie szybciej działo (wycieczka krótsza, ludzi mniej)... No i zagadka - przyjedzie, nie przyjedzie? Na szczęście okazało się, że jest plan B - od razu nastrój się poprawił. Spotkaliśmy wycieczke organizowaną przez Internations, która czekała na autobus (ich autobus sie zepsuł, czekali na zastępczy). Jakby nasz taryfiarz zawiódł to moglibysmy sie z nimi zabrać do cywilizacji (czyli KL), a stamtąd taksówkę już by się znalazło. Na szczęście Zeecq przyjechał. I już o 23.30 byliśmy w domku. A autobus zastępczy dla Internations też przyjechał - tuż przed naszą taksówką, więc wszyscy uratowani. Podróżowanie po Malezji wymaga sporo cierpliwości. A koszty - niewiele niższe niż wynajęcie taksówki w obie strony z czekaniem...

zdjęcia

Tuesday, 25 March 2014

Walczymy z jetlagiem

We środę przyleciał Tomek. Wypakowaliśmy 15 kg polskiego żarcia i przygotowaliśmy się do sobotniego lunchu u Sharan, gdzie występowaliśmy jako małpki w towarzystwie zupy ogórkowej, śledzi w dwóch smakach i paschy. Było znakomicie. Tylko gospodyni biedulka cierpiała po wrażeniach dnia poprzedniego... Zdjęć nie ma, ale może coś się póżniej z fejsa ściągnie.

Tramwaj ze stacji kolejowej do centrum handlowego
Niedziela, powoli, najpierw basenik, potem śniadanko (może raczej brunch...), drobna awanturka o to, o której to się wstaje, no i trzeba coś robić - no to niech ten mój mąż zobaczy, co Malezyjczycy robią, jak nie jedzą Nasi Lemaka. Pojechaliśmy do Mines Resort (już było na tym blogu, ale bez Tomka). Wielkie centrum handlowe pomiędzy dwoma jeziorami powstałymi po zalaniu największej na swiecie odkrywkowej kopalni cyny. To większe jezioro jest na prawdę spore i ma ... 200m głębokości. Pływa sie tam stateczkiem wycieczkowym, a jedną z największych atrakcji jest siedmiometrowa śluza (taka jest różnica poziomów pomiędzy jeziorami).



Tego ptaka nasz sternik nazywał flamingiem...

Łabędzie australijskie
zdjęcia

Monday, 17 March 2014

Rainforest in the rain




Przez ostatnie dwa tygodnie walczyliśmy ze smogiem. To znaczy tak na prawdę nie wiem czy ktokolwiek walczył, ale obserwowalismy stan skażenia powietrza z niepokojem. Znowy płonęły lasy na Sumatrze, a tym razem również tu, w Malezji. We czwartek było nawet na czerwono (znaczy niebezpieczne dla zdrowia). Ale na szczęście w piątek zaczęło sie poprawiać a w sobotę już "znormalniało", więc wyprawa do wodospadu na Apek Hill w Cheras Awati nie została w końcu odwołana.

Wodospad w Cheras Awati to kawałek dżungli w granicach Kuala Lumpur. Jak przyjechaliśmy tam ok 8 rano, stało mnóstwo samochodów i mnóstwo ludzi już.... schodziło na dół. A my - do góry. Planowana wyprawa - ok 1,5 godziny w jedną stronę, relaks w wodospadzie i powrót - też ok 1,5 h. Czyli ok. 12 powinniśmy być z powrotem w cywilizacji.

Z każdym krokiem wgłąb lasu (dżungli?) dołączły do nas kolejne krople deszczu. Po kilku minutach było ich już całkiem sporo. Towarzyszyły nam przez całą drogę do wodospadu, więc nie musieliśmy się już w nim moczyć, zwłaszcza, że moczyło sie w  nim całe stado innych wędrowców. Deszcz zostawił nas dopiero pod koniec drogi powrrotnej. W związku z tym nie ma prawie zdjęć - wszystko było mokre, a mój aparat niestety nie jest wodoszczelny. Może coś nadejdzie od jednego w uczestników wycieczki - on miał tego nowego smartfona sony, co to go reklamują jako wodoszczelny. Taki deszcz w tropikach to nawet niezła rzecz - było dzięki temu chłodno, i człowiek był mokry od deszczu a nie od potu. A w tej temperaturze, to mokry t-shirt jest nawet przyjemny.

Na koniec - nagroda - lunch w kapitalnej knajpie chińskiej. Taaaka ryba!

zdjęcia

Wednesday, 12 March 2014

Pełne zanurzenie

Trochę się opuściłam w pisaniu, ale zeszłam na peryskopową w pracy więc w wolnych chwilach (weekendy) zaliczam tylko kino i ewentualnie niewielkie spotkania przy dobrym pożywieniu.

Kino jest OK, na razie nie natrafiłam na większego gniota, ale to sezon oskarowy, więc nie dziwne. Jedzenie północnoindyjskie, zaproponowane przez Sharan w zeszłą sobotę było na prawdę rewelacyjne. Trzeba będzie może pokazać innym...

A z ciekawostek, to jedna z koleżanek w pracy przyniosła cheesecake. Zrozumiałam sernik. Próbuję, i co mam? Biszkopt przełożony kremem (maślanym chyba), posypany z wierzchu tartym cheddarem. Niezłe zaskoczenie. Ale nie przyniosę im prawdziwego sernika bo po pierwsze nie ma tu sera, a po drugie nie mam piekarnika. A dla najbliższych to zrobię paschę jak Tomek ser przywiezie. Zamówiłam tyle żarcia, że mu to na granicy zatrzymają...

I jeszcze jedno egzotyczne zjawisko - w kącie w miejscu gdzie od miesiąca siedzę stoi sobie.... choinka. Taka tradycyjna, bożonarodzeniowa. Ciekawe co tam robi i kto jej tam kazał stać.