
We środę przyleciał Tomek. Wypakowaliśmy 15 kg polskiego żarcia i przygotowaliśmy się do sobotniego lunchu u Sharan, gdzie występowaliśmy jako małpki w towarzystwie zupy ogórkowej, śledzi w dwóch smakach i paschy. Było znakomicie. Tylko gospodyni biedulka cierpiała po wrażeniach dnia poprzedniego... Zdjęć nie ma, ale może coś się póżniej z fejsa ściągnie.
 |
| Tramwaj ze stacji kolejowej do centrum handlowego |
Niedziela, powoli, najpierw basenik, potem śniadanko (może raczej brunch...), drobna awanturka o to, o której to się wstaje, no i trzeba coś robić - no to niech ten mój mąż zobaczy, co Malezyjczycy robią, jak nie jedzą Nasi Lemaka. Pojechaliśmy do Mines Resort (już było na tym blogu, ale bez Tomka). Wielkie centrum handlowe pomiędzy dwoma jeziorami powstałymi po zalaniu największej na swiecie odkrywkowej kopalni cyny. To większe jezioro jest na prawdę spore i ma ... 200m głębokości. Pływa sie tam stateczkiem wycieczkowym, a jedną z największych atrakcji jest siedmiometrowa śluza (taka jest różnica poziomów pomiędzy jeziorami).
 |
| Tego ptaka nasz sternik nazywał flamingiem... |
 |
| Łabędzie australijskie |
zdjęcia
No comments:
Post a Comment