Spotkaliśmy jeszcze parę wielkich rudych wiewórek - wielkości sporego kota, kilka stadek dzików i cały czas wypatrywaliśmy wielkich kotów - w tych okolicach spotyka się lamparty i czarne pantery. Niestety, nie udało się. Następnego dnia ekipa spotkała słonia... Mieli fart.
Potem ponownie zobaczyłam jak wódz bateków rozpala ogień i jak strzela do pluszowego misia. To jest wszystko doskonale wypracowane. I może rzeczywiście fajnie jest życ tak w dżungli, bez prądu, telewizji i innych zdobyczy cywilizacji, w tym szkoły i pracy zarobkowej. Ciekawe, że potrzeby wyższe się tam kiepsko wykształcają
Cudowne są przejażdżki łódką po rzekach. Widoki - niezapomniane. zamiast pogonić moją Matkę na górę Terisek postanowiłam, że popłyniemy łódką do wodospadów, gdzie miało się dać popływać, a przynajmniej popluskać pod wodospadem. Nie znalazłam zejścia do wody, bo ciupasem uciekałysmy przed muchami. Obyło się bez zamaczania. Stwierdziłam za to, że w Malezji są osy i tak samo nie lubią ściskania. Ślad po tym swędzi trzy dni.
zdjęcia (też z zoo i słoni)


