Wednesday, 23 October 2013

Modne drobiazgi


Każdy, kto przyjeżdża do Malezji, jedzie do Melaki. To punkt obowiązkowy w programie. A jak kto już był, to i tak zawsze znajdzie sobie coś nowego. My na przykład w końcu dotarliśmy do Osady Portugalskiej. Nie dziwię się, że wcześniej sie nie udało, bo na prawde trzeba wiedzieć, gdzie wjechać. Udało sie na rowerkach. Było pusto, jakby wszystkich wymiotło, nie tylko turystów, mieszkańców też.


Tym razem mieszkaliśmy w Baba House w starym domu malajskim (paranakan heritage house). I rzeczywiście w przestrzeni wspólnej było trochę stylowych mebli, pokoje też z nutkami stylowymi (np. umywalka). Podoba mi się ten styl, musi byś tylko strasznie trudny w utrzymaniu (mnóstwo detali - kto to wszystko doczyści?)
Jeszcze jedną powtórką była Putrajaya. Tym razem weszliśmy do meczetu. No i patrzyliśmy z góry na most Aleksandra III ... Dobrze, że przestało padać zaraz na początku wycieczki.




zdjęcia

Tu nas jeszcze nie było - Langkawi

Wreszcie trochę wolnego i to w najlepszym z możliwych towarzystwie - mojego męża. Są z nami również państwo Wyrzykowscy, którzy skorzystali z nieustającego zaproszenia do Wolfke's Guest House, Petaling Jaya. I to oni wybrali Langkawi, dla nas to wspaniały pomysł, bo jeszcze nas tam nie było.

Wylądowaliśmy na wyspie samolotem z KL w poniedziałkowe późne popołudnie. Wyspa powitała nas niezłą pogodą i trochę gorszymi warunkami zakwaterowania. Było nieco zamieszania, na koniec my pozostaliśmy we wcześniej rezerwowanym lokalu, a Krzysztof z Małgosią zdecydowali się na uroczy domek kilkaset metrów dalej (jego podstawową zaletą był taras, na którym można było siedzić sobie w miłym otoczeniu, co niestety nie było możliwe w naszym "resorcie"). Drobne trudności lokalowe nie wpłyneły zbytnio na nasze plany. Wieczór upłynął w miłej atmosferze w towarzystwie kilku sporych krewetek oraz langusty.


Następnego dnia rozpoczęliśmy eksplorację wyspy. Około 500km2 to całkiem sporo, w środku górki pod 800m. Ale szosy wzdłuż wybrzeża wydały się możliwe do pokonania na rowerze. I tu okazało się, że to nie jest takie proste, bo dobre rowery nie dają się wypożyczyć. Może być rower bez przerzutki i rozmiarem pasujący dla Malezyjskiego dwunastolatka. No ale nie
było rady. Pierwsze popołudnie spędziliśmy pedałując na takich właśnie rowerkach. Widoki cakiem niczego sobie, szkoda tylko, że po drodze dwukrotnie zmoczył nas deszcz.

Kolejny dzień, to zupełnie inna historia. Pojechaliśmy na wycieczke do lasów mangrowych. Dotychczas miałam o nich mgliste pojęcie z lekcji geografii i podobno widziałam je na Kubie - ale jakoś mi umknęło. Niesamowite krajobrazy. I te drzewa, wyglądajęce jakby stały po kolana w wodzie.


Chyba najfajniejszy dzień trafił się nam we środę - wypożyczyliśmy znowu rowerki, tym razem udało się znaleźć takie z czymś na kształt przerzutek. Około 20 kilometrów od naszego "domu" była górka (ok 750m), na którą wjeżdza się wyciągiem gondolowym - jak w Alpach, szwajcarskie cacko. A widoki - tropikalne i przecudowne.
Kilkaset metrów od stacji gondoli, około 600 schodków w górę jest wspaniały wodospad zwany 7 Wells. Można się w nim kąpać, woda jest słodka i cudownie chłodna (pewnie ze 25 stopni). Rewelacja. Cały dzień nam tak upłynął na podziwianiu widoków i moczeniu się w wodospadzie.
Potem było jeszcze oglądanie rybek, odwiedzanie różnych plaż, przejażdżka taksóką po wszystkich tych miejscach do których chcieliśmy dotrzeć, ale było za daleko na te słabiutkie rowerki... cała fura miłych wrażeń estetycznych.

Langkawi to fajne miejsce na urlop. Nawet w październiku, który okazał sie być tam jednym z najbardziej deszczowych miesięcy. Trochę nas zmoczyło i być może w bardziej suchym czasie byłoby fajniej, ale wtedy również tłoczniej. No i piwo kosztuje 4 PLN w knajpie, co nie jest bez znaczenia. Refleksja i zadanie na przyszłość - opanować jazdę na skuterku. To jest tutaj najlepszy środek transportu.

zdjęcia

Friday, 11 October 2013

Singapura

Jak już się jest w okolicy, to grzech nie zobaczyć. Jedno z najbogatszych państw świata - i to widać na każdym kroku. Jest czysto, porządnie, ładnie, i... raczej drogo. Na pierwszy rzut oka ceny są liczbowo takie same jak w Malezji, tylko waluta troszkę inna.

Zajechaliśmy w nocy, to znaczy przed 11. Ulica żyła, ludzie jedli, pili, bawili się. My obeszliśmy okolicę i zagłębiliśmy się w planowanie następnych dwóch dni. W efekcie zdecydowaliśmy się na wersję dla leniwych - kupiliśmy dobowe bilety na autobus turystyczny (hop on - hop off). I dobrze, bo po porannym deszczu wyszło słoneczko i był straszliwy upał.

Nie ma co przepisywać przewodnika. Ogród botaniczny jest kapitalny. Pomnik Szopena w nim stoi. Ładny, w bardzo efektownym miejscu, w darze od Polski. W mieście mnóstwo kapitalnych wieżowców - bardzo różne w stylu, ale większość na prawdę piekna. Miasto ma kasę, to i najlepsi architekci projektują, a potem jest to szybko i dokładnie budowane. Dla turysty to nie jest wygodne




ani ładne, ale cały czas tam się coś buduje lub modernizuje. No i widać na ulicach, że jak trzeba, to sie robi i w piątek w nocy i w niedzielę rano...

Państwo jest malutkie, ale atrakcji turystycznych co niemiara. Jak nie ma eksponatów do muzeum, to sie robi prezentację multimedialna i już jest. W Muzeum Narodowym było pewnie z 5 starych skorup, jeden karabin z II wojny światowej, ze dwa ubranka z epoki... a ekspozyję zwiedzaliśmy ze 3 godziny pomijając niektóre kawałki, bo za długo by słuchać.

Powrót przez groblę Causeway Link do Johor Bahru byl troche jak powrót z Niemiec do Polski za komuny. Po jednej stronie czyściutko i porządek, po drugiej swojski nieład, śmieci, grzybek na tynkach...

zdjęcia

Tuesday, 1 October 2013

Miejsce na emeryturę


 Kiplinger (amerykańskie wydawnictwo zajmujące się prognozami biznesowymi i finansowymi) umieścił Georgetown na ósmym miejscu na świecie jako miejsce na spędzenie emerytury. Jeszcze się na emeryturę nie wybieram, ale sprawdzam dokładnie dlaczego Penang się znalazł tak wysoko. Oczywiście są przyczyny ekonomiczne - w Malezji jest tanio i dodatkowo, państwo chętnie przyjmuje cudzoziemców inwestujących w nieruchomości (program Malaysia My Second Home), ale też Georgetown ma szczególny urok.

Pierwszy dzień zaczął sie ulewą. Lało jeszcze w nocy, więc jak rano wyszłyśmy z hotelu na śniadanie (deszcz nie deszcz - jeść trzeba) to ulice wyglądały dość interesująco.


Lekko zmodyfikowałyśmy plany - zamiast jechać na Penang Hill postanowiłyśmy "zaliczyć" muzea, licząc, że w międzyczasie przestanie padać. Powtórki były całkiem przyjemne. A w Peranakan Muzeum (Muzeum kultury Peranakan czyli potomków Chińczyków ożenionych z Malajkami kilka wieków temu) oprowadzała nas pani, która sama powinna być zaliczona do obiektów muzealnych - Nyonya w pełnej krasie.Pokazała nam grę karcianą, ale niestety wiele z zasad nie zrozumiałyśmy - chyba troszkę podobne do pokera. Potem w tempie ekspresowym przegoniła nas po kolejnych salach. Musiałysmy obejść muzeum jeszcze raz, żeby zdjęcia porobić. tak pędziła.
Dzień powtórkowy dla mnie, nowości dla Mamy, ale obie miałyśmy mnóstwo przyjemności w tym zwiedzaniu.

Drugi dzień na szczęście okazał się pogodny. Pojechałyśmy autobusem 101 na drugi koniec wyspy. Zwiedziłyśmy podobno największa na świecie farme motyli (mam wątpliwości - wydaje mi sie że te w Cameron Highlands i w KL nie są mniejsze, ale ktoś to pewnie jakoś ustalił). Potem była fabryka batików, spoaceru do dżungli nie podjęłyśmy - po wczorajszym deszczu błoto było straszliwe. Przystanek Floating Mosque był owocny w wiedzę - tamtejszy działacz (nie wiem kto to, ale zaangażowany w szerzenie wiedzy - nie wiary) oprowadził nas po meczecie, pozwolił wejść wszędzie, co nie jest w meczetach częste. Nadal nie wiem jak te kobiety wytrzymują tak całe zakryte. Ja przytopiłam się we własnym pocie pod obowiązkowym habitem.

Potem zmiana religii - miliony buddów w świątyni Śpiącego Buddy i w Birmańskiej Świątyni Dhamikarama po drugiej stronie ulicy. Stylistyka jest zadziwiająca niezależnie od liczby zwiedzonych świątyń. Na koniec - posiad w Forcie Cornwallis. 
Trzeci dzień znowu deszczowy. Tym razem szare niebo wokół nie rokowało. Ale nie ma wyjścia, plan trzeba wykonać. A w planie Penang Hill, Kek Lok Si i Clan Jetties. No i okazało się, że mimo deszczu wszystko zaliczone ze szczegółami. Ze spacerkiem po szczycie góry włącznie. Padać przestało po południu. Kolejny milion buddów, chiński kot szczęścia, murale na ulicach Georgetown. Nie wydaje mi się, żeby mnie to znudziło. Chętnie pojadę raz jeszcze.




Przepakowuję rzeczy przed wylotem


Dwie wieże

Przereklamowane. Szybkie windy, łącznik na poziomie 41 piętra, widok z 86 piętra (wyżej już tylko mechanizmy windowe, zbiornik wody i jakieś urządzenia), ale brudne szyby i nie ma wygodnych mapek orientacyjnych (nie bardzo wiesz co widzisz). Trzeba sie zastanowić, zanim sie wyda 80 RM (40 dla seniora - powyżej 55). Z drugiej strony to symbol. Troche tak, jak pojechać do Paryża i nie wleźć na wieżę Eiffla. Więc kupiłyśmy bilety i pojechałyśmy. Widoczność kiepska jak zawsze (w KL czystego nieba nie bywa, zawsze jest jakaś mgiełka), ale coś tam widać. Słońce szybko zachodziło, więc większość zdjęć Mama robiła już w ciemności.



Po tych wrażeniach poczłapałyśmy na Jalan Alor, na kolację. Powtarzam kolejny raz, że jedzenie tutaj to prawdziwe dobro narodowe.
Krab w całej okazałości