Tuesday, 1 October 2013

Miejsce na emeryturę


 Kiplinger (amerykańskie wydawnictwo zajmujące się prognozami biznesowymi i finansowymi) umieścił Georgetown na ósmym miejscu na świecie jako miejsce na spędzenie emerytury. Jeszcze się na emeryturę nie wybieram, ale sprawdzam dokładnie dlaczego Penang się znalazł tak wysoko. Oczywiście są przyczyny ekonomiczne - w Malezji jest tanio i dodatkowo, państwo chętnie przyjmuje cudzoziemców inwestujących w nieruchomości (program Malaysia My Second Home), ale też Georgetown ma szczególny urok.

Pierwszy dzień zaczął sie ulewą. Lało jeszcze w nocy, więc jak rano wyszłyśmy z hotelu na śniadanie (deszcz nie deszcz - jeść trzeba) to ulice wyglądały dość interesująco.


Lekko zmodyfikowałyśmy plany - zamiast jechać na Penang Hill postanowiłyśmy "zaliczyć" muzea, licząc, że w międzyczasie przestanie padać. Powtórki były całkiem przyjemne. A w Peranakan Muzeum (Muzeum kultury Peranakan czyli potomków Chińczyków ożenionych z Malajkami kilka wieków temu) oprowadzała nas pani, która sama powinna być zaliczona do obiektów muzealnych - Nyonya w pełnej krasie.Pokazała nam grę karcianą, ale niestety wiele z zasad nie zrozumiałyśmy - chyba troszkę podobne do pokera. Potem w tempie ekspresowym przegoniła nas po kolejnych salach. Musiałysmy obejść muzeum jeszcze raz, żeby zdjęcia porobić. tak pędziła.
Dzień powtórkowy dla mnie, nowości dla Mamy, ale obie miałyśmy mnóstwo przyjemności w tym zwiedzaniu.

Drugi dzień na szczęście okazał się pogodny. Pojechałyśmy autobusem 101 na drugi koniec wyspy. Zwiedziłyśmy podobno największa na świecie farme motyli (mam wątpliwości - wydaje mi sie że te w Cameron Highlands i w KL nie są mniejsze, ale ktoś to pewnie jakoś ustalił). Potem była fabryka batików, spoaceru do dżungli nie podjęłyśmy - po wczorajszym deszczu błoto było straszliwe. Przystanek Floating Mosque był owocny w wiedzę - tamtejszy działacz (nie wiem kto to, ale zaangażowany w szerzenie wiedzy - nie wiary) oprowadził nas po meczecie, pozwolił wejść wszędzie, co nie jest w meczetach częste. Nadal nie wiem jak te kobiety wytrzymują tak całe zakryte. Ja przytopiłam się we własnym pocie pod obowiązkowym habitem.

Potem zmiana religii - miliony buddów w świątyni Śpiącego Buddy i w Birmańskiej Świątyni Dhamikarama po drugiej stronie ulicy. Stylistyka jest zadziwiająca niezależnie od liczby zwiedzonych świątyń. Na koniec - posiad w Forcie Cornwallis. 
Trzeci dzień znowu deszczowy. Tym razem szare niebo wokół nie rokowało. Ale nie ma wyjścia, plan trzeba wykonać. A w planie Penang Hill, Kek Lok Si i Clan Jetties. No i okazało się, że mimo deszczu wszystko zaliczone ze szczegółami. Ze spacerkiem po szczycie góry włącznie. Padać przestało po południu. Kolejny milion buddów, chiński kot szczęścia, murale na ulicach Georgetown. Nie wydaje mi się, żeby mnie to znudziło. Chętnie pojadę raz jeszcze.




Przepakowuję rzeczy przed wylotem


No comments:

Post a Comment