Tuesday, 22 July 2014

Tuk-tuk

Tuk-tuk to podstawowy w Phnom Penh środek lokomocji - ryksza z motocyklem, wózek zabiera do 6 osób. Z lotniska do centrum około 30 minut, cena do negocjacji, my zapłaciłyśmy 8 dolarów. Dolar (amerykański) jest tu walutą oficjalną, równoległą do riala, ok. 4000 riali to jeden dolar i ewentualne ułamki dolara reszty wydawane są w rialach.
Nasz hostel okazał się sporym przedsiębiorstwem turystycznym, z klubem, restauracją, agncją turystyczną i szeregiem pokoi w dwóch budynkach. Dostałyśmy łóżka w dormitorium ściana w ścianę ze skybarem. Wesoło było do północy. Rano zdecydowałyśmy już tam nie mieszkać. Zachowali się bardzo miło, bo znaleźli nam pokój w pobliżu za tę samą cenę. Tam już na szczęście nie było baru. Cisza i spokój.


Ale zanim to wszystko nastąpiło, to odbyłyśmy spacer nie w tę stronę po okolicy (nie dawajcie mi więcej mapy!!!), zakończony kolacją w całkowicie lokalnej knajpce gdzie dostałyśmy dwie zupy - rybną i kurczakową - najlepsze na świecie.

Pierwszy dzień w Phnom Penh miał polegać na łażeniu po mieście i zwiedzaniu tych kilku rzeczy, które w centrum trzeba zwiedzić, ale już 100 metrów od domu okazało się, że jest jakaś demonstracja i nie da się dojść do Muzeum Narodowego i Pałacu Królewskiego. Pojechałyśmy więc tuk-tukiem do Muzeum Tuol Sleng (to tutejszy Pawiak z czasów Pol Pota), a potem do Killing Fields. Przygnębiające, wstrząsające, chociaż po odwiedzeniu Auschwitz czy Majdanka nie tak szokujące jak dla tych, co nigdy takich rzeczy nie widzieli.


Po południu centrum miasta już było otwarte, więc zaliczyłyśmy królewskie ogrody, Silver Pagodę i długaśny spacer do mostu Japońskiego (nic ciekawego ten most, ale pomnik rewolweru - całkiem zabawny).


W drodze powrotnej do domu chciałyśmy coś zjeść po lokalnemu, ale uliczne stalle nie są ty tak sympatyczne jak w Malezji czy Sajgonie, a restauracje trafiały się raczej highendowe. Na koniec usiadłyśmy w nieźle wyglądającej chińskiej, ale skończyło się dyskusją o niejadalności kaczki, którą nam podano. Poszłyśmy płacąc tylko za zupkę. Trudno. W następnej Basior dostał pyszną rybkę słodko-kwaśną a ja spróbowałam piwa Ankor. Ujdzie. Zobaczymy, co przyniesie jutro.

zdjecia

No comments:

Post a Comment