Saturday, 26 July 2014

Rower, to jest styl

Battambang to dziura, którą można obejść bez problemu i ze szczegółami w dwie godziny. Jest kilka budynków pofrancuskich i trochę nowych zbudowanych w podobnym stylu. Całkiem to ładne. Ale chyba największą atrakcją jest przejażdżka drezyną, zwaną bamboo train (bo konstrukcja "nadwozia" jest z bambusa).


Po odbyciu dyskusji planistycznej - przede wszystkim na temat tego kiedy wyjeżdżamy z tego pięknego miasta (opcje są 2 - łódka lub autobus, łódka 4 razy droższa i półtora raza wolniejsza od autobusu, ale bierzemy łodkę w poniedziałek) - wypożyczyłyśmy rowery i ruszyłyśmy w miasto. Te drezyny, według opisu są ok 5km od miasta, więc to idealna okazja na rower. Człowiek w knajpie śniadaniowej pokazał nam to w googlu i jedziemy. Mapy nie mamy, tylko taką baardzo ogólną, ale do odważnych świat należy. Zrobiłyśmy pewnie ze 20 kilosów po podbattambanżańskiej wsi, aż w końcu się udało. Te drezyny to całkiem fajna sprawa. Nie wiem jak to się nie wykoleja na takich krzywych torach. Ale nie. Zaliczone, można polecać, ale nie zapiera tchu w piersiach.

Się dojechało, trzeba wrócić. Poszło krócej, ale też nie najlepiej. Fart, że zabłądziłyśmy do miejsca, do którego miałyśmy jechać później. To takie podmiejskie osiedle, trochę przypominające nasz Otwock - stare khmerskie domy, trochę nowych, wszystkie raczej dostatnie. Stamtąd już przynajmniej wiedziałyśmy jak wrócić do Battambangu.


Nie udało się znaleźć resztek rozlewni Pepsi. Lonely Planet pisze, że coś jest, ale my nie trafiłyśmy. Trafiłyśmy za to bez problemu na stację kolejową, na której zegar pokazuje dobrą godzinę dwa razy na dobę. Są tam pozostałości bocznicy naprawczej, pofrancuskiej oczywiście.

Uuuuuffff. Teraz prysznic i dużo kremu na spalone ryło i ramionka.

zdjęcia

No comments:

Post a Comment