Drugi dzień w Phnom Penh zaczął się najlepszą na świecie świeżą bułeczką bez masełka za to z duszoną wołowinką i znakomitą tutejszą kawą (co drudzy mieli omlet i herbatę). A potem Ruski Bazar (tak, na prawdę jest w Pnom Penh Russian Market, ze szystkim, mydłem i powidłem). Kupiłyśmy butki (nawet dwie pary) i ruszyłyśmy dalej, tuk-tukiem, do muzeum narodowego. Stare rzeźby buddów i innych bóstw nie wprawiły nas co prawda w największy zachwyt, ale takie muzeum to mus, a jak mus, to mus.
Następny punkt programu, to Central Market i szukanie busu do miasta Kampot. Busy, podobnie jak w Malezji są obsługiwane przez prywatne firmy, jest ich sporo, ale w odróżnieniu od Malezyjskich mają rozproszone punkty startowe (dworcami trudno to nazwać). Zadanie więc nieco skomplikowane. Idziemy więc. Już po jakichś 500 metrach lunęło. Ale tak, jakby nagle ktoś wywrócił wielką balię. Schowałyśmy się pod pierwszym daszkiem i stałyśmy tak z 15 minut, aż miły pan z biura podróży zaprosił nas do środka. Spróbowałyśmy więc załatwić przy okazji nasz autobusowy problem, ale oni byli tylko od latania. Deszcz na szczęście zelżał nieco i dało się pójść.
Obejrzałyśmy Central Market - wszystko jest, to co trzeba i to co nie. Potem wystąpila zupka w oczekiwaniu na kolejną przerwę w deszczu. Potem troszkę chaotycznie miotałyśmy się szukając tych autobusów, ale w końcu się udało, rozwiązanie idealne, bilety kupione.
Na koniec spacer riversajdem, niestety w deszczu, darmowe piwo w Mad Monkey - nie można zmarnować voucherów! Potwierdziło się, że dobrze zrobiłyśmy wyprowadzając się - hałas nie z tej ziemi.
zdjecia
No comments:
Post a Comment