Sunday, 27 July 2014

Vin de Cambodia i inne

Po wczorajszym przypalaniu na wolnym słońcu przez cały dzień dziś trzeba nieco bardziej uważać. Poza tym wybrane przez nas atrakcje są oddalone od Battambangu o jakieś 20 km i bez mapy to trochę za duże ryzyko. Postanowiłyśmy wiec wziąć tuktuka. Po kupieniu kawy w okolicznej budzie i buł w piekarni zasiadłyśmy w celu skonsumowania tego prostego posiłku w holu, tam już jeden tuktukarz sobie nas upatrzył i pilnował. Ugadałyśmy wycieczkę i w drogę.







Pierwszy punkt to... winnica. Tak, tu jest jedna winnica, która chwali się robieniem win, cenionych nawet w sferach rządowych. Obejrzałyśmy, zarządziłyśmy degustację, w mojej opinii winko czerwone w klasie beaujeaulais nouveau, pewnie z lodem da się pić. Banon Brandy, też produkt tej winnicy jest całkiem pijalne. Nie przywiozę do próbowania.

Dalej już kulturalnie. Phnom Banon (a może Banan?) szczyci się, że świątynia jest starsza od Angkor Wat, i tenże jest na niej wzorowany. Nie wiadomo czy to prawda. W tym samym miejscu przewodnik opisuje jeszcze jaskinę. Udało się zobaczyć małą tabliczke "cave 350m", to idziemy. Za nami horda dzieciaków, najstarszy pewnie z 10 lat. Po 500m rozwidlenie i żadnego znaku. Chłopak pokazał kierunek, postanowiłyśmy zaufać, i już po jakimś kilometrze doszłyśmy do jaskinii. Ciemno tam, mamy tablet, to sobie poświecimy. Ale w środku znowu nie wiadomo w którą stronę iść. Dzieciak idzie za nami, wcisk latarki, w końcu zaczyna prowadzić. Oprowadził nas po tej jaskinii,  chyba najważniejszy tam był ołtarzyk w jednej z grot i srebrno błyszcząca skała jednej ze ścian. Całkiem wyszkolony chłopaczek, ostrzegał przed obniżeniami, żeby mu się klient w głowę nie rąbnął. Bez tych dzieciaków nici byłyby z jaskinii. Ciekawe, czy brak oznaczeń to celowe dla biznesu...

Z Banona jedziemy strasznie wyboistą drogą do Phnom Sampeau. To kolejna góra z watem, wyższa od Banona, ale nie dałyśmy się namówić na podwózkę motorem. Tu na szczęście nie było już dzieciaków z wachlarzami. To lekka żenada. Wlazłyśmy na nogach. Tu też nie ma żadnych mapek ani opisów, a ciekawe obiekty rozrzucone są po sporym terenie. Lonely Planet pomaga, ale nie do końca. W pewnej chwili miałyśmy wrażenie, że to gra terenowa i chodzi o znalezienie jak największej liczby leżących buddów, zanim się zostanie pogryzionym przez makaki. Cóż, Kambodża to ugór do zaorania dla organizatorów turystyki, twórców przewodników i  innych tego typu pasjonatów.

No comments:

Post a Comment