Wednesday, 30 July 2014

Siódmy Cud Świata

W momencie przekroczenia progu hotelu w Siem Reap lunęło jak z cebra. Znaczy mamy trochę szczęścia, że nie wcześniej, bo na tej łodzi to nie byłoby za fajnie. Hotelik malutki, nieco poza miastem, za to prawie przy wjeździe do kompleksu Angkor Wat. Mieszane uczucia - z jednej strony na kolację daleko, z drugiej - cisza i spokój. Co tam, wylosowane, zostajemy. W nagrodę codziennie rano kawa, dwa tosty, jajo sadzone i dwa plasterki smażonej szynki. Dobrze, że nie rosół, bo Basior by mnie rozstrzelał.


Ulokowałyśmy się w pokoju, trochę przestało padać, więc postanowiłyśmy pójść na wczesną kolację. Okazało się to wykonalne, acz nie najprzyjemniejsze - dość daleko, ponad 3km i do tego deszcz wcale nie ustawał. Mokre i głodne usiadłyśmy w pierwszej rozsądnej restauracji po drodze. Na szczęście jedzenie było super, mimo że nieco w stylu nouvelle cuisine. Zawsze można dopchnąć później shakiem lub czymś jeszcze. Oblazłyśmy rozkładające się właśnie o tej porze kramy nocnych marketów, kupiłyśmy mangostiny, a do domu wróciłysmy już tuktukiem.

Od rana czas na spotkanie z siódmym cudem świata, jak Kambodżanie (Khmerowie?) nazywają Angkor Wat. Cały kompleks Angkor obejmuje chyba 10 głownych świątyń i mnóstwo mniejszych. Wytyczone jest małe koło i duże. Małe ma ok 25 km. Postanowiłyśmy, za radami przewodników, "zrobić" je na rowerach. Wystartowałyśmy ok 8 rano. Okazało się to w sam raz na dołączenie do całodzienej procesji podążajacej w kierunku Angkoru i dalej trasą zwiedzania. Cóż, każdy chce zobaczyć cud.


Zrobiłyśmy małe kółko, z początku energicznie oglądałyśmy każdą światynię bardzo dokladnie. Potem coraz tej energii było mniej. Obrazoburcze może, ale na zwykłego zjadacza to za dużo i nieprzyswajalne. Szacun tylko, że zrobione tysiąc lat temu, ewidentnie na bogato, jak na tamte, ale i na te czasy. Pokłony dla twórców. I dla restauratorów. Genialne uczucie, że po czymś tak starym można chodzić, dotykać, siadać.

Zachód w samym Angkor Wat (rano było tam zdecydowanie za dużo ludzi) to całkiem dobry pomysł, bo ludzie lecą oglądać tenże do innej kupy kamieni. Wróciłyśmy do hotelu zupełnie wykończone. Do miasta na kolację to już tylko tuktukiem (mimo, że Baśka sugerowała rower, bo przecież zapłacone).
zdjęcia

No comments:

Post a Comment