Tuesday, 29 January 2013

Shah Alam po raz pierwszy, niedziela 27 stycznia




Mam nowego kolegę, Chińczyka, Chana, a może Clintona, nie do końca wiem jak do niego mówić, ale co tam, nie ważne. To ten, którego spotkałam podczas pierwszej wyprawy do KL dwa tygodnie temu. Zaproponował niedzielny wypad do Shah Alam (satelickie miasteczko pod KL) do Parku Krajobrazowego (nie wiem jak przetłumaczyć Agriculture Park, jak już wiem, że tam nie ma nic związanego z rolnictwem, czy uprawami, a raczej jest to wielki park, z elementami ogrodu botanicznego. 


No wiec, czemu nie, pojechaliśmy. Trochę dookoła, bo przez KL. Na KL Central zabraliśmy jeszcze jedną Chinkę, Felix, zjedliśmy brunch i już ok. 11.30 wsiedliśmy w pociąg do Shah Alam. Park jest wielki, bardzo zadbany, można chodzić, jeździć na rowerach albo podjechać do głównych miejsc darmowym autobusem. Rowery okazały się być pozajmowane (w wypożyczalni było ich chyba ze 100, ale chętnych widać więcej. No to cóż, wskoczyliśmy do autobusu, żeby się rozejrzeć. Dojechaliśmy nim do miejsca, gdzie demonstrowane są cztery pory roku, co 3 miesiące zmieniane. Teraz jest zima. I zrobili ok. -5 stopni, śnieg, oszronione drzewa i bałwana. I można sobie wyjść na ten mróz i zrobić zdjęcie. Ale mają tam wszyscy radochę!
Po opuszczeniu okolic zmarzniętych pomaszerowaliśmy dalej pieszo, oglądając nagromadzone okazy przyrody oraz architekturę krajobrazu i ok. 15 wróciliśmy do wypożyczalni rowerów. Teraz już były. No to hyc, pojechaliśmy tam, gdzie autobus nie dojeżdżał. Super, tylko rowerek cośkolwiek cieniutki, za mały, nieregulowalny, odpowiedni dla średniego Malaja, przerzutka na szczęście jedna działała, więc dało radę. Ale daliśmy radę. Tylko Felix pod górkę wysiadała. Ale młode to i chuchrowate, na ryżu pędzone to nie dziwota.


Jak już nam się znudziło, a także z obawy przed nadciągającą burzą, postanowiliśmy wracać do miasta. I tu pojawił się drobny problem – nie było jak. Taksówki niestety nie czekały sznurem, jak nam się wydawało, że będą. Ale znowu mieliśmy trochę szczęścia – nad trójką maszerujących brzegiem szosy ludzi ulitował się wyjeżdżający z parku z rodziną Singapurczyk, i zabrał nas do cywilizacji. Burzę przeczekaliśmy w knajpie, na rewelacyjnym znowu jedzeniu. Tym razem również Malajskim, ale za to w prawdziwej restauracji, z kelnerami i serwetkami (ale nadal bez noży). Wyszło po 30 zł na głowę. Zjedliśmy zestaw dla 4 osób do ostatniego ziarenka ryżu.

Następny przystanek – i-City. Zrobiło się już ciemno, i dobrze, bo to i-City to takie gigantyczne wesołe miasteczko, dodatkowo udekorowane figurami, drzewami, kwiatami, które świecą. No i jeszcze jest wielki zespół basenów, ze zjeżdżalniami i falami. To musi być niezła zabawa, ale nie byliśmy przygotowani.
Uff, dobrze, że w poniedziałek święto… A do Shah Alam trzeba wrócić i zobaczyć miasto.

https://plus.google.com/u/0/photos/108668600531371879611/albums/5838804541021528097?authkey=CM3-rprnuOa4XQ 

No comments:

Post a Comment