
Mam nowego kolegę, Chińczyka, Chana, a może Clintona, nie do
końca wiem jak do niego mówić, ale co tam, nie ważne. To ten, którego spotkałam
podczas pierwszej wyprawy do KL dwa tygodnie temu. Zaproponował niedzielny
wypad do Shah Alam (satelickie miasteczko pod KL) do Parku Krajobrazowego (nie
wiem jak przetłumaczyć Agriculture Park, jak już wiem, że tam nie ma nic
związanego z rolnictwem, czy uprawami, a raczej jest to wielki park, z
elementami ogrodu botanicznego.

No wiec, czemu nie, pojechaliśmy. Trochę dookoła, bo przez
KL. Na KL Central zabraliśmy jeszcze jedną Chinkę, Felix, zjedliśmy brunch i
już ok. 11.30 wsiedliśmy w pociąg do Shah Alam. Park jest wielki, bardzo
zadbany, można chodzić, jeździć na rowerach albo podjechać do głównych miejsc
darmowym autobusem. Rowery okazały się być pozajmowane (w wypożyczalni było ich
chyba ze 100, ale chętnych widać więcej. No to cóż, wskoczyliśmy do autobusu,
żeby się rozejrzeć. Dojechaliśmy nim do miejsca, gdzie demonstrowane są cztery
pory roku, co 3 miesiące zmieniane. Teraz jest zima. I zrobili ok. -5 stopni,
śnieg, oszronione drzewa i bałwana. I można sobie wyjść na ten mróz i zrobić
zdjęcie. Ale mają tam wszyscy radochę!


Po opuszczeniu okolic zmarzniętych pomaszerowaliśmy dalej
pieszo, oglądając nagromadzone okazy przyrody oraz architekturę krajobrazu i
ok. 15 wróciliśmy do wypożyczalni rowerów. Teraz już były. No to hyc,
pojechaliśmy tam, gdzie autobus nie dojeżdżał. Super, tylko rowerek cośkolwiek
cieniutki, za mały, nieregulowalny, odpowiedni dla średniego Malaja, przerzutka
na szczęście jedna działała, więc dało radę. Ale daliśmy radę. Tylko Felix pod
górkę wysiadała. Ale młode to i chuchrowate, na ryżu pędzone to nie dziwota.
Jak już nam się znudziło, a także z obawy przed
nadciągającą burzą, postanowiliśmy wracać do miasta. I tu pojawił się drobny
problem – nie było jak. Taksówki niestety nie czekały sznurem, jak nam się
wydawało, że będą. Ale znowu mieliśmy trochę szczęścia – nad trójką
maszerujących brzegiem szosy ludzi ulitował się wyjeżdżający z parku z rodziną
Singapurczyk, i zabrał nas do cywilizacji. Burzę przeczekaliśmy w knajpie, na
rewelacyjnym znowu jedzeniu. Tym razem również Malajskim, ale za to w
prawdziwej restauracji, z kelnerami i serwetkami (ale nadal bez noży). Wyszło
po 30 zł na głowę. Zjedliśmy zestaw dla 4 osób do ostatniego ziarenka ryżu.
Następny przystanek – i-City. Zrobiło się już ciemno, i
dobrze, bo to i-City to takie gigantyczne wesołe miasteczko, dodatkowo
udekorowane figurami, drzewami, kwiatami, które świecą. No i jeszcze jest
wielki zespół basenów, ze zjeżdżalniami i falami. To musi być niezła zabawa,
ale nie byliśmy przygotowani.
No comments:
Post a Comment