Monday, 4 March 2013

Kibicowania ciąg dalszy



Trochę szkoda że wszystkie teoretycznie mocniejsze zawodniczki odpadły z turnieju dość wcześnie. Do półfinałów nie dotarła żadna z rozstawionych. Z drugiej strony, patrząc na zgromadzoną publiczność miałam wrażenie, że nie ma znaczenia kto jest na korcie. Klasycznie, kibice trzymali stronę teoretycznie słabszej i chyba nieźle sie bawili, pomimo niezbyt wysokiego poziomu sportowego meczów. W sobotę do oglądania półfinałów zasiadło myślę około 1000 widzów (trybuny były zapełnione mniej – więcej w połowie).

Polski akcent, szkoda, że tylko martwa natura
Mimo opadów, które chyba codziennie przerywały grę w godzinach wieczornych, udało się rozegrać wszystkie mecze tak, że na weekend zostały zgodnie z planem tylko półfinały singla i jeden półfinał debla. Pierwszy półfinał singla, w sobote o 16 rozgrywany był w niemiłosiernym upale. Jak rzadko tutaj, niebo było bezchmurne, słońce paliło i moim zdaniem o wyniku rozstrzynęła wytrzymałość na te warunki. Ayumi Morita przegrała z Karoliną Pliskovą prawie bez walki (0:6; 2:6), mecz trwał około godziny. Dużo bardziej zacięty był półfinał debla (Jeanette Husarova, Zhang – Kumkhum, Erica Sema 4:6; 6:3; 10:5). Drugi półfinał singla rozpoczął się na korcie centralnym punktualnie o 18.00. Anastasia Pavluchenkova i Bettanie Mattek-Sands miały więcej szczęścia do aury. W miedzyczasie nad Royal Selangor Golf Club nadciągnęły chmury i upał nieco zelżał. Potem jeszcze dostaliśmy porcję odświeżającego deszczu, który na szczęście przerwał grę tylko na pół godziny i nie zamienił kortu w jezioro, więc zawodniczki dość szybko wróciły do gry. Pierwszy set był dość wyrównany (4:6), ale w drugim Anastasia nie radziła sobie z dobrym serwisem rywalki, a i własna zagrywka nie dawała jej przewagi, więc szybko przegrała 1:6).

Finał debla był godzien finału każdego turnieju, nawet wyższej rangi. Na kort wyszły Janette Husarova ze Słowacji i Shuai Zhang z  Chin, rozstawione z nr 1 w tym turnieju oraz Japonka Shuko Aoyama i reprezentująca Tajwan Kai-Chen Chang. Emocji było mnóstwo. Panie walczyły do krwi ostatniej kropli z żył, pomimo temperatury, która aczkolwiek niższa niż w sobotę, nadal była zauważalnym czynnikiem. Wynik mówi sam za siebie: 6-7, 7-6, 14-12. Ponaddwugodzinne widowisko było na prawdę interesujące i trzymające w napięciu. Gratulacje i podziękowania dla obu par za wspaniałą walkę do odstatniej piłki.






Nie jestem fachowcem, nie znam zawodniczek, które stanęły w niedzielę do walki o tytuł mistrzyni WTA BMW Malaysia Open. Karolina Pliskova, Czechy, 21 lat i Bethanie Mattek-Sands, USA, 27 lat. Pierwszy set układał sie tak, że byłam pewna szybkiego zwycięstwa Bethanie. Karolina nie odbierała jej serwisu, a jej własny nie był żadną przeszkodą dla Amerykanki. Jednak w drugim secie Karolina obudziła się, obie panie wygrywały swoje podania, było trochę walki, a przy stanie 5:5 Czeszka wreszcie przełamała Amerykankę i stanęliśmy do decydującej walki. Trzeci set, przerwany na pół godzinki przez lekki deszczyk, toczył się już pod dyktado Karoliny, która wywalczyła pierwszy w życiu tytuł w turnieju WTA. Gratulacje, ale za postawę w pierwszym secie należą się słowa dezaprobaty, gdyż panna Karolina zachowywała się jak obrażona dziewczynka, odwracajac sie plecami do piłek, których nie była w stanie odebrać.
 
Royal Selangor Golf Club - trochę kiczu
Spędziłam na kortach Royal Selangor Golf Club dwa popołudnia i wieczory i muszę przyznać, że nie było źle, ale chyba głównie z powodu braku konkurencyjnych pomysłów. Od strony organizacyjnej – bez większych wpadek, aczkolwiek miałam trochę zastrzeżeń. Najważniejszym z nich był brak informacji. „Zwykły” kibic nie dostawał, ani nie mógł też kupić żadnych materiałów na temat turnieju czy zawodniczek. Nie wiem, czy na początku turnieju był dostepny jakiś program, ale na półfinały i finały nie przygotowano nic. Trochę szkoda. Oznakowanie terenu też nie było najlepsze, a najgorsze było to, że organizatorzy nie pilnowali, żeby kibice nie wchodzili na trybuny w czasie gry. Biedne sędzie musiały się więc zajmować upominaniem publiczności praktycznie w każdej przerwie w grze. No i to bezustanne jedzenie. Nie był to „nasi lemak” (malajskie danie składające się z ryżu i kawałków kurczaka z ostrym sosem z orzeszkami ziemnymi i chrupiącymi malutkimi rybkami, dostępne praktycznie wszędzie), ale frytki, parówki, hot dogi i chrupiące kawałki kurczaka a’la KFC. Ale to może mój problem, bo również w kinie drażnią mnie sąsiedzi chrupiący popcorn, a szczególnie wszechobecny zapach jedzenia.
RSGC - kiczu ciąg dalszy

Podsumować można to tak, że na bezrybiu i rak ryba. Dla Europejczyka nie ma tu zbyt wielu imprez sportowych do „pokibicowania”, wiec jak już się trafia taki turniej, to dlaczego nie? Pewnie dlatego zgromadziło się tutaj mnóstwo cudzoziemców. Nigdzie w Kuala Lumpur nie spotkałam tyle twarzy o europejskich rysach co tutaj. Wydaje mi się, że obywatele Malezji byli w zdecydowanej mniejszości. Szkoda, ale prawda jest taka, że oni mają swojego badmintona.
https://plus.google.com/u/0/photos/108668600531371879611/albums/5851449638667978977?authkey=CNGgmryE9YmA0gE 

No comments:

Post a Comment