Monday, 25 March 2013

Jeszcze jest parę rzeczy w najbliższej okolicy, które trzeba zobaczyć

Już prawie wszystko, co jest w zasięgu komunikacji miejskiej oraz nie wymaga więcej niż kilku godzin na zwiedzanie mamy zaliczone. Nie wszystko dogłębnie, ale jakoś. Zawsze jednak coś się znajdzie. Ostatni weekend zaplanowany był raczej relaksowo: Shah Alam na sobotę (spacerek po stolicy departamentu/województwa Selangor) i FRIM (czyli najbliższa KL dżungla) na niedzielę.

Sobota zaczęła się z opóźnieniem, gdyż przed wyruszeniem na wycieczkę musiałam jeszcze zaliczyć wizyte reklamacyjną u mojego byłego dostawcy internetu i przekonać go żeby mi jednak zwrócił kasę za depozyt (bo sprzęt przecież oddałąm w stanie idealnym). Udało się. Kawka, owocki i w drogę. 

الاســـم: kl-blue-mosque-sha-alam.jpgالمشاهدات: 32الحجـــم: 13.9 كيلوبايتDojechaliśmy do Błękitnego Meczetu bez niespodzianek, z niewielkim zaskoczeniem, że taksówka niemal wjechała do środka. W drzwiach oczekiwał wolontariusz, gotów do oprowadzenia nas po świątyni, przedtem jednak miła pani odziała nas w niebieskie suknie prawie do ziemi (oboje) i chustkę na głowę (tylko mnie). Tomek powiedział, że wyglądam tak samo jak na tym fotomontażu od Wróbla. Niestety nie wzięłam aparatu (to ten Niemiec schował, ten sam co chowa okulary), więc nie ma dokumentacji. Meczet jest największy w Malezji, drugi co do wielkości w Południowo-Wschodniej Azji i ma drugie co do wysokości na świecie minarety (przez jakiś czas nawet były najwyższe, teraz w Casablance pobudowali wyższe). Jest stosunkowo nowy, powstał z inicjatywy poprzedniego króla Selangoru, Salahuddina Abdula Aziza, decyzję o budowie podjęto jednocześnie z przeniesieniem stolicy prowincji do Shah Alam w 1974, ale budowę ukończono w 1988. Bardzo mi się podobało, że ten wolontariusz z nami chodził i opowiadał. To bardzo pomaga, mimo, że to już kolejny zwiedzany przeze mnie meczet. Ciekawe było to, że w tym meczecie jest miejsce, gdzie wędrowcy (pielgrzymi?) mogą się zatrzymać, przenocować, umyć (to znaczy to nie jest żaden pensjonat, ale kawałek podłogi), kupić jedzenie (za bezcen, a dla na prawdę biednych jest też darmowe). W takim ujęciu ta religia ma na prawdę ludzką twarz. Jedno muszę tylko przyznać - po rozpakowaniu się z kiecy i chustki jestem pewna, że wymagania w stosunku do damskiego przyodziewku dyskwalfikują tę religię w moich oczach, szczególnie w tym klimacie, niezależnie od tej jej ludzkiej twarzy.

Meczet jest zbudowany na 36-akrowym terenie (to ok. 15 hektarów), w pięknym parku. Po opuszczeniu świątyni przeszliśmy kilkaset metrów przez park, i znaleźliśmy się w knajpce, a raczej niewielkim kompleksie, gdzie pod jednym dachem była jadłodajnia malajska i arabska. zaordynowaliśmy arabską jagnięcinkę z ryżem i już w połowie jedzenia okazało się, że jest nam dane spędzić w tym lokalu nieco więcej czasu. Rozpętała się burza, jakiej ja jeszcze nie widziałam. Pioruny waliły w te rekordowo wysokie minarety nad nami, deszcz lał się już nie strumieniami ale wiadrami. I tak chyba z godzinę. Potem deszcz nieco zelżał. No i na szczęście ktoś zajechał do meczetu taksówką, która zabrała nas stamtąd na stacje kolei podmiejskiej. W ten sposób nasz spacer po mieście ograniczył się do meczetu. Trudno. Może reszta następnym razem.

Niedziela została dedykowana przyrodzie. FRIM (Forest Research Institute Malaysia) prowadzi koło KL coś w rodzaju parku krajobrazowego, gdzie jedna z atrakcji jest mozliwość przejścia po moście linowym (canopy walkway) ponad lasem deszczowym. To jest najbliższe KL miejsce, gdzie taki las można zobaczyć, a ta przechadzka jest na prawde fajna. Oczywiście żadnego ryzyka, żadnych robali ani węży. Po to to trzeba dalej pojechać (nie jestem pewna, czy chcę, ale zapewne trzeba jak sie juz tu zajechało...). Wzięliśmy ze sobą Clintona (to ten mój znajomy Chińczyk), a po drodze, na stacji kolejowej przygarnęliśmy też podróżującą samotnie młoda Niemkę Hanę, której mama nosi swojsko brzmiące nazwisko panieńskie Krawiec. Bardzo miły dzień na łonie natury.

https://plus.google.com/u/0/photos/108668600531371879611/albums/5860005022423669633?authkey=CPnJqYK-rO3v0wE 

2 comments:

  1. Dobrze, że ten Niemiec drugiego dnia oddał Ci aparat! Zielona się robię z zazdości, jak patrzę na Waszą soczystą zieleń. Tu surowa biel jest wszędzie. Ale żur ugotowany :)

    ReplyDelete
    Replies
    1. A tutaj bez żuru się obeszło. Jajo było.

      Delete