Sobota zaczęła się z opóźnieniem, gdyż przed wyruszeniem na wycieczkę musiałam jeszcze zaliczyć wizyte reklamacyjną u mojego byłego dostawcy internetu i przekonać go żeby mi jednak zwrócił kasę za depozyt (bo sprzęt przecież oddałąm w stanie idealnym). Udało się. Kawka, owocki i w drogę.
Meczet jest zbudowany na 36-akrowym terenie (to ok. 15 hektarów), w pięknym parku. Po opuszczeniu świątyni przeszliśmy kilkaset metrów przez park, i znaleźliśmy się w knajpce, a raczej niewielkim kompleksie, gdzie pod jednym dachem była jadłodajnia malajska i arabska. zaordynowaliśmy arabską jagnięcinkę z ryżem i już w połowie jedzenia okazało się, że jest nam dane spędzić w tym lokalu nieco więcej czasu. Rozpętała się burza, jakiej ja jeszcze nie widziałam. Pioruny waliły w te rekordowo wysokie minarety nad nami, deszcz lał się już nie strumieniami ale wiadrami. I tak chyba z godzinę. Potem deszcz nieco zelżał. No i na szczęście ktoś zajechał do meczetu taksówką, która zabrała nas stamtąd na stacje kolei podmiejskiej. W ten sposób nasz spacer po mieście ograniczył się do meczetu. Trudno. Może reszta następnym razem.
Niedziela została dedykowana przyrodzie. FRIM (Forest Research Institute Malaysia) prowadzi koło
KL coś w rodzaju parku krajobrazowego, gdzie jedna z atrakcji jest mozliwość przejścia po moście linowym (canopy walkway) ponad lasem deszczowym. To jest najbliższe KL miejsce, gdzie taki las można zobaczyć, a ta przechadzka jest na prawde fajna. Oczywiście żadnego ryzyka, żadnych robali ani węży. Po to to trzeba dalej pojechać (nie jestem pewna, czy chcę, ale zapewne trzeba jak sie juz tu zajechało...). Wzięliśmy ze sobą Clintona (to ten mój znajomy Chińczyk), a po drodze, na stacji kolejowej przygarnęliśmy też podróżującą samotnie młoda Niemkę Hanę, której mama nosi swojsko brzmiące nazwisko panieńskie Krawiec. Bardzo miły dzień na łonie natury.
https://plus.google.com/u/0/photos/108668600531371879611/albums/5860005022423669633?authkey=CPnJqYK-rO3v0wE
https://plus.google.com/u/0/photos/108668600531371879611/albums/5860005022423669633?authkey=CPnJqYK-rO3v0wE
Dobrze, że ten Niemiec drugiego dnia oddał Ci aparat! Zielona się robię z zazdości, jak patrzę na Waszą soczystą zieleń. Tu surowa biel jest wszędzie. Ale żur ugotowany :)
ReplyDeleteA tutaj bez żuru się obeszło. Jajo było.
Delete