Monday, 1 April 2013

Szczyrk w wersji tropikalnej

W góry na Wielkanoc... Chyba pierwszy raz w życiu spędzałam pierwszy dzień Świąt Wielkanocnych poza domem i w bardzo ograniczonym składzie rodzinnym. Trochę brakowało pisanek (a szczególnie ich produkcji), i rodzinnego śniadanka w niedzielę. Ale z jajem na twardo nie było problemu, namiastka świątecznego śniadania - jajo na twardo z grzankami w hinduskiej knajpie - wystarczyła, bo musiała.

Cameron Highlands jest jednym z miejsc opisanych we wszystkich przewodnikach po Malezji jako coś, co koniecznie trzeba zobaczyć. Trzeba to trzeba. Poza tym piszą, że tam zimno. Temperatura w nocy spada nawet poniżej 15 stopni (plus, oczywiście). A w dzień, w cieniu jest około 20. Jest więc szansa na chwile bez klimatyzatora.

W Wielki Piątek, o 8.30 zaokrętowaliśmy się na pokładzie autobusu do Tanah Rata, najwiekszej miejscowosci w Cameron Highlands. To taki tutejszy Szczyrk, oddalony od KL o jakieś 200 km, położony na wysokości 1400m npm. Cztery godzinki, dwie hajłejem i dwie serpentynami. Jak w Alpach, tylko zielone zamiast skał. Pierwszy raz w życiu zrobiło mi się byle jak na tych serpentynach i zamiast podziwiać widoki skupiałam się nad utrzymaniem śniadania na jego miejscu. Po drodze niewiele osiedli ludzkich, głównie las. Tanah Rata to było praktycznie drugie miasteczko na tej drodze. Miasteczko na prawdę podobne do wszystkich nam znanych górskich miasteczek. Różnica tylko taka, że nigdzie nikt nie oferuje wypożyczenia nart, albo saneczek.

Za jedne 7 ringgitów kazaliśmy się zawieźć taksówce .... jakieś 500m. do naszego pensjonatu. Ale co tam. W sumie właściciele sugerowali taksówkę. Pensjonat całkiem spory, kilkanaście pokojów. Pierwsze wrażenie - szok - recepcjonistka płynną francuzczyzną objaśnia coś dwojgu gości, którzy przyszli przed nami. Potem bez problemu przełącza się na angielski i rozmawia z nami. Prowadzi do pokoju, pokazuje co, gdzie i jak, proponuje odpoczynek, a jak już sie zrelaksujemy to mamy przyjść ustalić szczegóły wycieczek i zapłacić za pobyt. Pokój jak pokój, ale za to łazienka - jak na działce w Wieliszewie przed remontem. A nawet gorzej bo bez zasłonki. Lejemy prysznicem pa wsiem. Po raz kolejny zastanawiałam się jak mogłam tyle lat na działce wytrzymać z taka łazienką...




W ofercie "Cameron Secrets", biura podróży stowarzyszonego z naszym pensjonatem, jest kilka
różnych atrakcji: wycieczka po okolicy połączona z oglądaniem wschodu słońca, to samo bez oglądania wschodu słońca, wycieczka piesza go lasu tropikalnego i na jeden ze szczytów, spokojny objazd okolicy z oglądaniem pasieki, gospodarstwa truskawkowego i plantacji herbaty, i parę innych mutacji powyższego. Powiedzieli, że jak po południu pada, to sansa na zobaczenie wschodu słonca jest minimalna. Zrezygnowaliśmy więc z tej opcji. I słusznie, bo potem przewodnik powiedział, że było siedmioro na tej wycieczce i wszystkie osiem osób było rozczarowanych. Wybraliśmy pieszy
rajd na szczyt Gunung Jasar, 1696m (tylko 250 m różnicy poziomów) przez las deszczowy i tak zwany mossy forest (wikipedia mówi las mglisty, taki w którym rośliny w większości pobieraję wodę nie poprzez system korzeniowy a poprzez liście - z powietrza). Przewodnik, Jason, okazał się być rzeczywiście znawcą tego lasu i tych okolic. Nie powiedział tego, ale jest chyba botanikiem albo z innych powodów znawcą orchidei. Pokazał kilka okazów, których "normalny" wycieczkowicz nawet by nie zauważył. Prowadził nas szlakiem (oczywiście praktycznie w ogóle nie oznaczonym), który czasami wyglądał tak, że gdyby nie to, że Jason tam poszedł to ja bym uznała, że bez jazdy na tyłku się nie da. Na szczęście się dało. Odpowiadał też chętnie na wszelkie pytania dotyczące Malezji, również polityczne. Dowiedzieliśmy sie o istnieniu obywateli pierwszej (Malaje wyznający Islam) i drugiej kategorii (obywatele Malezji pochodzenia chińskiego lub hinduskiego), o tym, że od odzyskania niepodległości w 1957 roku rządzi ta sama koalicja, że opozycja teraz wydaje się zdobywać wystarczające poparcie, by marzyć o zmianach, i takie tam...

Ogólne refleksje:
- to co pod nogami to niemal to samo co w polskim lesie, tego co wyżej to nie widać, bo trzeba patrzeć pod nogi.
- w polskich górach najczęściej co jakiś czas mozna podziwiać widoki, bo są polany, jakieś otwarte przestrzenie, tu nie ma nic takiego do samego szczytu - las dookoła, widać zielono i zielono.
- zaskakująco nie ma robali, ani komarów, a przynajmniej nie są uciążliwe. Jeden się tylko trafił - Tomka zaatakowała pijawka. Zniósł ją nieświadomie pod zegarkiem z gór na dół (pewnie kilka godzin ją nosił), odpadła napita jak beka, na tarasie pensjonatu.

Co jeszcze widzieliśmy - plantację herbaty (to był ostatni punkt tej pieszej wycieczki). Ciekawe, sporo nowych rzeczy o herbacie się dowiedziałam. Są dwa rodzaje krzewów herbacianych (w systematyce botanicznej to chyba gatunki, ale ja miałam zawsze kłopoty z biologią, więc nie wiem). W każdym razie te dwa rodzaje krzaków, praktycznie trudne do rozróżnienia, daja w sumie wszystkie możliwe gatunki herbaty. Znaczenie ma sposób obróbki po zebraniu (na rozróżnienie czy herbata jest czarna, czerwona, czy zielona). Tylko biała herbata wymaga specjalnego zbierania, bo ta biała herbata to tylko same środeczki młodych listków.

W Malezji robi sie praktycznie czarną herbatę i niewielkie ilości zielonej (i to nie w każdej fabryce). Plantantacje są malownicze, wzgórza porośnięte regularnie przystrzyżonymi krzakami. W odróżnieniu od Indii tutaj zbiór jest mechaniczny, bo nie ma wystarczajęcej liczby robotników do zbioru ręcznego. Ten zbiór mechaniczny pojega na cięciu nożycami albo takim urządzeniem niesionym przez dwóch robotników (maszyna jest też napedzana siłą mięśni), więc ta mechanizacja nie jest taką znów mechanizacją. Tyle tylko, że nie jest to obrywanie paluszkami trzech górnych listków z gałązki tylko cięcie młodych liści z krzaka jak leci. Podobno nie wpływa to na jakość herbaty. Powiedzmy że tak jest. Mnie herbata malezyjska smakuje, więc niech tak zbierają jak chcą.

Po pięciogodzinnym przedzieraniu się po porośniętych dżunglą górach byliśmy, szczerze mówiąc, fizycznie wykończeni. Jednak brak wprawy jest kłopotliwy w takich wypadkach.Tajlandzkie piwo z reklamą FC Barcelona poprawiło nam nieco samopoczucie, ale na następny dzień zaordynowaliśmy już wycieczkę z przewagą wożenia d... samochodem. Nasze d... zostały zawiezione na Gunung Brinchang - najwyższy w Malezji szczyt na który mozna wjechać autem. Los nam sprzyjał, bo świeciło słońce i widoczność była całkiem niezła. Potem jeszce godzinka łażenie po mossy forest (pestka w porównaniu z dniem poprzednim, ale las - nie wiem czy nie ciekawszy), plantacja herbaty (największa w Cameron Highlands - może nawet w całej Malezji), i Ogród Motyli (poza motylami były tam węże, jaszczurki, żółwie, skorpiony i pare innych potworów). Jeden z naszych przewodników znał się na tych robalach i pokazywał z bliska. Nadal nie wszystkie są moimi przyjaciółmi.
 
To już koniec, czas wracać na niziny, o 10 stopni i parę procent wilgotności więcej. Rzeczywiście warto było tam pojechać. Nie tylko dla ochłody. 

zdjęcia





No comments:

Post a Comment