Salamalejkum,
Życie czasami bywa znośne...
Bardzo lubię to powiedzenie naszej poetki noblistki, nawet chyba ciut
go nadużywam. Jednak tym razem dość wiernie oddaje sytuację, w jakiej
się znalazłem.
Generalnie rzecz biorąc trudno się do czegoś w Kuala Lumpur („Kej-eL” – jak mówią miejscowi) przyczepić. Miasto bardzo porównywalne do Warszawy (wielkością i zaludnieniem) jest niestety: ładniejsze, nowocześniej zorganizowane (hajłeje i komunikacja masowa), a przy tym o 30-50% tańsze
(porównuje się bardzo łatwo, bo 1 tutejszy ringgit to wg dzisiejszego
kursu NBP dokładnie 1,02 zł). Jedyna przewaga W-wy – ciut czystsza w
przestrzeniach publicznych.
Klimat tu (na razie? w tej porze roku?) całkowicie do wytrzymania:
28-32 Celsjusze, ale słońce nie pali, bo jest raczej za chmurkami.
Niedogodność w tym zakresie to pewny codzienny prysznic ok. 16-tej,
który np. wczoraj trwał nawet godzinę.
Z ciekawszych detali:
- jadłem żabę (pyszna!, pieczona, w łagodnym sosiku imbirowo-cebulowym)
- oglądałem JAK JEDZĄ płaszczki, rekiny, żółwie, itp., karmione przez nurka (ja byłem POD nimi, w tunelu na dnie Aquarium)
- w świątyni Śiwy chcieli mi dać hinduską komunię, ale jako znany ateista bohatersko się obroniłem
-
nie skoczyłem niczym 007 z mostka łączącego Petronas Towers, bo są
przejarmarcznie brzydkie! (ciut lepiej wyglądają z daleka, jako element
krajobrazu – jak wieża Eiffla czy nasz PKiN)
-
dowiedziałem się (w dedykowanym im muzeum), że mają tu swoich
„aborygenów”, których nie zamykają w rezerwatach, a wręcz przeciwnie –
dofinansowują kultywowanie tradycji i wyrównywanie szans
- zmarzłem (kilka razy!!!) w przeklimatyzowanym metrze
Acha!
I nie to żebym chciał Was wk... – wręcz przeciwnie: bardzo wam
współczuję! – ale gdy w Bolandzie (naszym wspólnym wesołym kraju
wesołych ludzi) znów spadł śnieg i chycił mróz, ja – niestety... –
taplałem się w basenie (25m) na podwórku. Sorry! A na pocieszenie:
właśnie lunęło (dziś wcześniej, o 15:15).
Pozdrówka
i wasze zdrowie (tym razem soczkiem z guajawy, ale i piwko, winko czy
nawet cięższe frakcje – o dziwo bez problemu i rujnacji kieszeni – można
w tym bądź co bądź muzułmańskim kraju nabyć; lajtowy ten ich islam...) 
T
PS. Będę pewnie coś tam co kilka dni pisywał, ale generalnie nieustająco zapraszam na bloga Ewy: www.year-in-malaysia.blogspot.com. Dziś wieczorem go pewnie uzupełni o wrażenia z weekendu, bo teraz haruje w fabryce...
No comments:
Post a Comment