Saturday, 8 February 2014

Bali

Chiński Nowy Rok, to dwa dni wolne od pracy. Jeszcze jeden zaległy z zeszłego roku i... mamy 5 dni wakacji. Zaplanowane wieki temu na samotną wyprawę na szczęście zmieniły się w wyjazd grupowy - we trójkę z Małgosią i Markiem. Środa, samolot o20.25, taksówka zamówiona na 18.10, ja wpadłam do domu o 17.50. Na szczęście spakowałam się wieczorem i teraz zostało tylko przepakowanie torebki. Nie obyło się bez stresu, bo stanęliśmy w złej kolejce do oddawania bagażu i zrobiło się późno. Ale udało się. Lecimy!

W nocy wszystkie koty są czarne. Taksówkarz nie bardzo wiedział, gdzie jest nasz hotel, ale w końcu dał radę. Wąska uliczka, domek na górce. Rano okazało się, że to klasyczne tutejsze obejście, z kilkoma zabudowaniami i świątyńką (shrine) u wejścia. Trzy pokoje gościnne w osobnym budynku, przed każdym tarasik ze stolikiem i krzesłami. Tam wydawane było śniadanie.Gospodarz pojawiał się z pytaniem o śniadanie natychmiast, jak ktokolwiek wyszedł rano z pokoju. Na śniadanie kawa plujka, sałatka owocowa i albo jeden z trzech zestawów w stylu zachodnim, albo jedno z trzech śniadań lokalnych. Te lokalne, to takie kluski ryżowe w różnych wersjach, albo pudding z czarnego ryżu. Wszystko bardzo smaczne.
 
Rano przy pomocy Kadeka, naszego gospodarza, zaplanowaliśmy pobyt. Kadek zadeklarował się, że nas będzie woził. To niezłe rozwiązanie, bo na bieżąco można modyfikować plany, konsultować zmiany i takie tam.

Dzień Pierwszy - Ubud.
Nie ma co wchodzić w szczegóły, stare albo wyglądające na stare domy, do każdego piękne rzeźbione i malowane drzwi, za nimi kapliczki, wszechobecne talerzyki z liścia banana z ofiarą dla duchów, świątynie, sklepy i stragany ze wszystkim... Nie bardzo wiedzielismy na co patrzeć, w którą strone sie obrócić. Na mapce, którą dostaliśmy od Kadeka na szczęście zaznaczone były tylko 4 obiekty oraz polecane przez niego tarasy ryżowe. Szliśmy wyznaczoną trasą z coraz bardziej opadającymi szczękami. Lunch w restauracji z widokiem na pola ryżowe, potem dalej w drogę. Na 16 mieliśmy byc w domu, żeby sie przebrać odpowiednio na ceremonię w świątyni w Monkey Forest (to taki park, jak nazwa wskazuje pełny małp). Kadek przyniósł nam stroje i razem z żona udzielili instrukcji co z tym zrobić. Wyszło nieźle.Po drodze do Monkey Forest tubylcy nas zaczepiali chwaląc stroje. Nie zmieniło to niestety faktu, że na czas ceremonii na teren świątyni nas nie wpuszczono :( Na szczęście mozna było oglądać zza muru. Niezwykłe! Były modły, muzyka, dary, tańce. Tak ze dwie godziny. Potem towarzystwo zaczęło sie rozchodzić, to i my poszliśmy, zmeczeni trochę staniem za murem. Później Kadek powiedział, że tam jeszcze długo w tym parku odbywały się jakieś ceremonie. No cóż... ale i tak pewnie by nas do środka nie wpuścili, a na podglądanie z zewnątrz to juz  nie mieliśmy siły.







No comments:

Post a Comment