Dziś nareszcie jedzie z nami Kadek. Liczymy na jego pomoc i komunikatywność, bo dziś znowu sporo starych kamyków i troche kilometrów do przejechania.Główny cel, to wulkan Batur. Nie zdecydowalismy się na ekstrawagancką dwugodzinną nocną wspinaczkę, po to, żeby obejrzeć wschód słońca z wulkanu i zjeść śniadanie gotowane na gorącej lawie. To troszkę za dużo.


Spokojnie, o 9 wyjeżdżamy z domu, najpierw do jakiegoś centrum kulturalnego, żeby zobaczyć taniec Barong. Niezwykłe widowisko, choć nie do końca zrozumiałe dla nieobytego Europejczyka. Troche trudno sie było zdecudować czy pstrykać foty, czy oglądać...

Następny punkt programu, to chyba najstarsza świątynia na Bali, powstała w XI wieku. Jest cała wykuta w skałach i sprawia niesamowite wrażenie. Przez ładnych kilka wieków była zapomniana, odnaleziono ja i przywrócono do użytku chyba w XIX wieku. Od tamtych czasów dodano trochą elementów, ale nadal - cudo.

Kawałek dalej - święte źródła i świątynia obok - Tirta Empul. W źródłach wierni sie kąpią dla oczyszczenia duszy, biora wode do domu, potem, oczyszczeni, idą sie modlić do świątyni. A już po wszystkim - można popiknikować w rozległym parku otaczającym te miejsca.
 |
| Ekspresik do tej drogocennej kawy |
Krótka przerwa w obcowaniu z kulturą - trochę dla ciała - zaglądamy na plantację kawy. Najważniejszym produktem jest tutaj kawa luwak. to bardzo cenny wyrób, bo zanim dostanie sie do ekspresu, musi przejść przez układ trawienny takiego zwierzątka, nieco podobnego do nutrii. Z kilograma ziaren uzyskuje się około 10 dkg luwak coffee. Nie dziwne, że jest kosmicznie droga. Postanowiliśmy jednak spróbować. 50 RM za filiżankę. Nie warte tych pieniędzy. Chyba nie lepsze od domowej kawy z naszego ekspresu.

Przed nami ostatnie miejsce w dzisiejszym planie zwiedzania -góra Batur - czynny wulkan nad jeziorem o tej samej nazwie. Pogoda zrobiła się taka sobie, ale mamy nadzieję, że coś będzie widać.Wspięliśmy się samochodem na jakąś grań, po której biegnie szosa, są knajpy i sklepiki, i pięknie widać jezioro i wulkan. Największym biznesem są restauracje, które mają wszystkie miejsca z takim widokiem. Znakomita organizacja. Zjedliśmy sobie spokojnie lunch, czekająć żeby chmura poszła sobie ze szczytu wulkanu. Nie do końca się udało, ale niech będzie i tak.

Na koniec jeszcze jedna świątynia, tu zaraz. Dośc spora, tak mniej-więdej stuletnia, może trochę więcej, ale cikawostka w niej była zagnieżdzona w środku świątynia chińska. Okazuje się, że na Bali jest sporo Chińczyków, ale również wykształciła sie społeczność podobna do malezyjskich paranakan (baba i nyona - mieszanka Chińsko-malajska).
Dzień zakończyliśmy zakupami. Marek miał ciężko, ale dał radę. Robił zdjęcia tubylcom.
No comments:
Post a Comment