Każda wyspa jest chyba perłą czegoś. Labuan jest perłą Morza Południowochińskiego. No to trzeba te perłę zobaczyć. Air Asia oferuje niedrogie bilety, można wylecieć w sobote rano, wrócić w niedzielę wieczorem. Wszyscy mówią, że tam nie ma co robic, więc dwa dni na nicnierobienie jest OK.
Był jeden cień nad tym pomysłem - nie udało mi sie znaleźć rozsądnego spania, więc wzięłam "resort". Oferta całkiem niezła, z transportem z lotniska i darmowym busem do miasta kilka razy dziennie. Do tego plaża, basen, spa, i takie tam....Może zasłużyłam.
 |
| Widok z tarasu - niekiepski |
 |
| Kolory zachodu |
Rzeczywistość bardzo prędko sprowadziła mnie na ziemię. Darmowy transport z lotniska był, ale trzeba było sie dodzwonic i poczekać. No i po co pytaja, kiedy ląduje? Zajechaliśmy na miejsce - sam brzeg morza, dookoła nic, tylko ten hotel. Wielki, 3 spore budynki (dwupiętrowe) i część wspólna z recepcją, barem, restauracją. Basen też duży. A pokój - dwa wielkie łoża, ze 40 metrów kwadratowych powierzchni, widok na morze, taraz ze stolikiem i fotelami i.... drzwi na taras się nie otwierają!!!! W recepcji na szczęście powiedzieli, że przyślą kogoś, żeby naprawił. I naprawił. po tutejszemu. Zdemontował zepsute zamki i dostarczył dwie listewki do zablokowania drzwi przesuwnych od wewnątrz. No, ale mozna było posiedzieć wieczorem na tarasie z widokiem na morze i poczytać. Supeeer.
Największym rozczarowaniem tego miejsca był brak rowerów. To znaczy były dwa, ale zepsute, Nie mogłam się dogadać z facetem, bo on niestety tylko bahasa, ale powtarzał "tyre no good". No i cena - 10RM za godzinę, czyli tyle co na Penangu czy w Melace za cały dzień. Może i lepiej że zepsute. Poskarżyłam się na to mojemu nowemu znajomemu od naprawiania balkonu, bo się przedstawił jako chief engineer i pytał co myślę. No to powiedziałam co myślę, a całkiem sporo obserwacji mi się zebrało (ten kurs asertywności sprzed paru lat na prawdę mi sie przydał).

Z braku roweru pozostały nogi. Cóż... Do Surrender Point ok 7 km, może da sie złapać jakąś podwózkę. No i dało się. W jedną stronę minibusik mnie zawiózł. Niby "rejsowy" autobus, a to poza trasą, ale kto by sie przejmował. Powrót niestety pieszo, bo nic nie jechało, ale droga cały czas wzdłuż plaży, bardzo pieknie (poza miejscami gdzie na ścieżce leżały sobie luzem pieski). Kawałek tej plaży zaliczony w jakimś rankingu ONZowskim jako jeden z najczystszych na świecie. Może dlatego, że całkowicie tam pusto, żadnych hoteli i daleko od cywilizacji. A Malezyjczycy nie są skorzy do chodzenia.

Surrender Point to miejsce gdzie generał japoński poddał się Australijczykom. Obok jest Peace Park z głazem z napisami, ufundowanym przez Rząd Japonii i przez nich utrzymywany. Bardzo porządne, ładne miejsce, mozna sie dowiedzieć o co tam chodziło. W oczach Europejczyka to strasznie późno było, dopiero wrzesień 1945. Troche ludzi zginęło, był też obóz jeniecki, więc pozostało sporo grobów wojennych. Wszystkie te groby zostały przeniesione w okolice miasta Labuan (dawniej Victoria, guess why?), tam powstał cmentarz wojenny, zwany World War II Memorial. Wrażenie zdecydowanie amerykańskie. Gładki trawnik z rzędami takich samych, niewielkich płyt, oraz arkada z tablicami z nazwiskami, Nieznany Żołnierz, krzyż dominujący nad polem. Poruszające.

Poza pamiątkami z wojny (mozna tez nurkować do kilku wraków), jest Chimney, czyli ceglany komin, pozostałość brytyjskich kopalni węgla kamiennego, i małe muzeum górnictwa (co tam oni wiedzą o węglu!). Jest też ptaszarnia, ale nie wiem czy warta zachodu, bo nie dotarłam. No i sklepy wolnocłowe. Ale to mnie zupełnie rozczarowało, bo małe i nieciekawe. Mnóstwo wódy i czekolady - spory wybór i na alkohol ceny raczej śmiesznie. Ale kosmetyki to raczej sprzed kilku sezonów i wcale nie atrakcyjne cenowo. Lipa. Sarongi za to najtańsze jakie widziałam. Można byłoby ciężarówkę załadować.
Efektem tego wypadu było lekkie poparzenie słońcem (jakoś mi się nie posmarowało), literek alkoholu (można kupić w mieście i wnieść do samolotu), dwie tabliczki czekolady i kilka sarongów. Ciekawe co przegapiłam przez to, że zakupy robiłam w niedzielę. Dużo sklepów było zamkniętych.
W samolocie spotkałam grupę instruktorów zumby, wracających z pokazów na Labuanie. Studenci, jeden siedział koło mnie - pogadalismy chwilę. Okazuje się, że jest lekarzem, teraz na studiach doktoranckich z patologii. W życiu bym nie pomyślała, że to taki poważny naukowiec. Ufarbowany czub, sylwetka wyrzeźbiona, tylko wzrostu natura nieco poskąpiła... Ciekawe, czy w czasie jak praktykował jako lekarz to też tak wyglądał?
A z innej beczki, to mrozy nastały. Dziś spałam bez klimy i było OK. No i padało cały dzień. Niebo jak przy naszych "trzydniówkach". Na tym Labuanie też zadowolił mnie wiatrak, mimo że zamknęłam balkon z obawy przed komarami.
zdjęcia
No comments:
Post a Comment