W ostatniej chwili zorientowałam sie, że Internations, Grupa Poszukiwaczy Przygód, organizuje wypad za miasto na wycieczke do wodospadu Chamang. Na szczęście nie wszyscy potwierdzili, więc znalazło sie miejsce w samochodzie dla mnie. Było nas 18 osób. Zbiórka o 7.30 - trochę rano, ale cóż... Podobno godzina jazdy, ale zajęło na dwie, bo GPSy niestety nie zawsze prowadzą tam, gdzie by sie chciało. I już o 10.30 byliśmy na miejscu. Wodospad już widać.

Idziemy w górę. Podobno 10 minut przez dżunglę, a potem wzdłuz rzeki. Okazało sie to w sumie ok. 20 minut spaceru, który zajął nam godzinę, bo co chwila ktoś zdejmował lub zakładał buty, albo wpadał do wody. Trochę śmiechu i na szczęście żadnych uszkodzeń ciała. Znaleźliśmy sobie kupę kamieni na popas i wydobyliśmy zapasy. Popasalismy taż z godzinkę.

Najlepsze nadeszło w drodze powrotnej. Nasz przewodnik, jeden z grupy, Francuz, ale z tych odkrywców, miał linkę i próbowaliśmy pływać w wodospadzie. Bez tego to niebezpieczne, prąd bardzo wartki, masy wody i nie było "baseników" jak na Labuanie. Miałam lekkiego pietra. A ku wielkiemu zaskoczeniu, poza Philippem, do wody weszły tylko panie. Nie wiem czy to kwestia odwagi, czy co...

To był już koniec pierwszej części programu. Kolejna to kąpiel w gorących źródłach. Zaskakujące miejsce. Dwa wielkie baseny wzdłuż szosy, daleko od czegokolwiek. Za basenami coś budują, pewnie ktoś będzie brał kasę za korzystanie z tego cuda. W jednym basenie woda ok 40 stopni, a w niektórych miejscach na dnie nawet trudno stanąć. W drugim nieco chłodniej - temperatura powietrza. Wymoczyliśmy się tam do woli, a potem co? oczywiście czas na jedzenie. W okolicznym miasteczku zaliczyliśmy chińskie jedzenie w kapitalnej restauracji na skarpie nad rzeką.
 |
| Widok z tarasu restauracji |
zdjęcia
No comments:
Post a Comment