Sunday, 3 November 2013

Georgetown - jeszcze nie wszystko odkryte

Czwarty raz w Georgetown (to już w sumie ponad 10 dni w tym mieście) przyniósł sporo powtórek, ale też kilka nowych odkryć.
1. Deszcz nie padał - potwierdza się, że sukienka z Uniqlo, mimo że wygodna, jest trefna i należy ja trzymać w domu.
2. Georgetown jest na razie najlepiej zorganizowanym miastem jakie widziałam w Malezji.

3. Park Narodowy na północnym zachodzie wyspy jest fajny i nieźle zorganizowany, warto pójść jak się nie ma innej okazji na dżunglę. A jak się dżunglę widziało to też warto, bo ładnie. Nie trzeba iść na canopy walk - ten jest średni. Za to droga do Turtle Beach - bardzo ładna i ciekawa. Szkoda tylko, że żółwie się już wykluły, podrosły do odpowiedniego rozmiaru i poszły sobie precz.


4. Nadal znajduję "nowe" metaloplastyczne formy komiksowe na ulicach. Ciekawe ile ich jest....


5. Red Garden, takie miejsce na wieczorne jedzenie, jest bezkonkurencyjny. Razem z muzyką na żywo i kelnerami bijącymi sie niemal o klienta (nie ma rewirów).

Jest też kilka zalet, stawiających Georgetown przed innymi miejscami w Malezji:
1. Można się zorientować w funkcjonowaniu autobusów, bywają rozkłady, a przystanki są oznaczone.
2. Można wypożyczyć rower, na którym Tomek nie wybija sobie zębów kolanami. No i tych rowerów jest dużo - czyli jest szansa na wybór.
3. Jest różnorodność - można być w mieście, albo w dżungli, albo na plaży (a tu też można wybrać pomiędzy dziką a łebopodobną).
4. Jest relatywnie czysto (mało śmieci) i sporo domów jest odnowionych. Daleko mu do Singapuru, ale i tak wrażenie jest pozytywne.


 Zdjęcia

No comments:

Post a Comment