To pierwsze to jeszcze jeden wat, podobny, acz z tych starszych i bardzo finezyjnie udekorowany. Osłabł tylko już entuzjazm w podziwianiu.
Drugie miejsce miało jedną wielką zaletę - nie było tam ani jednej hałaśliwej chińskiej wycieczki. Najpierw spacer pod górkę, łagodną wprawdzie ale jednak górkę. Tam zorientowałyśmy się, że kambodżański metr jest ok. 50% dłuższy od tego w Sevres. I nie pomyliłyśmy z milą - wyraźnie pisali o metrach. Do właściwego miejsca było 1500 metrów kambodżańskich. Najpierw usłyszałyśmy szum wodospadu, więc poszłyśmy w tamtym kierunku. Przy wodospadzie parę osób piknikowało, parę się taplało w wodzie. Potem wzdłuż rzeki - w głazach na dnie wyrzeźbiono tam 10 wieków temu wizerunki bóstw. I nie jedno czy dwa, tylko całe mnóstwo w tym setki lingamów, czyli symbolicznych przedstawień boga Siwy. To niesamowite miejsce. I dobrze chyba, że trafiłyśmy tu w porze deszczowej, gdy wszystkie te rzeźby są otoczone wodą lub w niej zatopione.
Popołudnie spędziłyśmy próbując załadować dalej zdjęcia na googla, a potem czas na ostatnie zakupy i kolację. Po obejrzeniu pary szaliczków, saszetek i innego badziewia, zakupiłyśmy paczkę herbaty lotosowej i już.
No comments:
Post a Comment