
W Baganie znalazłyśmy się o 3 w nocy. Taksówkarza się jakoś ugadało na rozsądną cenę, ale nie obyło się bez zdziwień. Zawiózł nas najpierw pod luksuśny hotel i mówi, że rok temyu zmienił się właściciel, a przedtem był tu ten hostel do któego kazałyśmy sie zawieźć. Nie zdecydowałysmy się tam zostać za stawkę 10 razy wyższą od oczekiwanej. Taksówkarz więc zaproponował, że zawiezie nas do takiego cpo on zna i jest OK. Cóż było robić, w środku nocy nie ma czasu na dłuższe badania, jedną noc mozna zaryzykować. Hotelik okazał się akceptowalny. Zostałyśmy potem jeszcze na dwie dalsze noce, zmieniając tylko pokój na lepszy. A ten co chciałyśmy w nim sie zatrzymać był 20 metrów od tego luksuśnego, za rogiem. Troszkę mnie to wkurzyło, takie jawne rolowanie.
Bagan i okolice są całe upstrzone starymi stupami. Takimi z 10 - 11 wieku, w różnym stanie zniszczenia. Wszędzie praktycznie można wejść, dotknąć. Zachodni świat by to ogrodził, pozamykał z obawy o zniszczenie albo o wypadki. A tu - uważaj sam, jak sie zwalisz z poszczerbionych schodów, to twój osobisty problem.
Bardzo przyjemnie sie rowerkowało, trochę problemów było z trafianiem do odpowiednich strarych kamyków, bo pomimo opłaty (15$ per person za 5 dni pobytu o strefie) nie ma zbyt wiele informacji w alfabecie łacińskim (wliczając w to też drogowskazy). No i te stupy, ich liczba, wiek i bogactwo - zdecydowanie konkurencja dla Angkor Wat.

Następnego dnia zarządziłyśmy pielgrzymkę na Mount Popa. To tutejsza Grabarka albo Częstochowa. Niestety - w górach lało i widoki były kiepskie, tudzież przyjemność ze zwiedzania żadna. Po drodze za to zwiedziłyśmy manufakturę cukrowniczą (cukier palmowy) połączoną z niewielką bimbrownią. Interesujące.
Po południu - nowe wyzwanie - e-bike. Po co pedałować, jak można nie. Trzeba "zaliczyć" te stupy, które nie załapały sie wczoraj. Taki elektryczny skuterek to bardzo fajne urządzenie.
zdjęcia
No comments:
Post a Comment