Tuesday, 19 August 2014

Mandalay, a raczej okolice

Dało się "zaczekować" do pokoju w hostelu. Chwila zastanowienioa, i zdecydowałyśmy, że dzisiaj na nogach zwiedzamy bo wszystko wydaje się bardzo blisko. Zaczęłyśmy od próby dotarcia do wejścia na tereny pałacu królewskiego. To koszmar - w samym środku miasta kwadrat o boku chyba z kilometr (może więcej) - mury z fosą i tylko jedno wejście. Akurat po drugiej stronie niż nasz hostel.



Zaczęłyśmy żałować, że nie wzięłyśmy rowerów, jak zahaczył nas jeden człowiek proponując objazd miasta taksówką. Troszke potrwało zanim się dogadaliśmy. Zdecydowałyśmy, że jedziemy poza Mandalay, a nie krążymy po mieście. W programie Inwa (dawna stolica) i sąsiednie miasto z pagodą na wzgorzu, potem najdłuższy na świecie drewniany most a na koniec jeszcze jedna ważna pagoda w mieście.
Poranek przyniósł zaskoczenie w postaci warunków podawania śniadanka w naszym hotelu. Wskazano nam rooftop bar na szóśtym piętrze. Idziemy, i to co widzimy zwaliło nas z nóg. Niewykończona przestrzeń, w środku kałuży stoi stolik (jeden), nakryty do śniadania. Nie do opisania.


Po śniadaniu, które było normalne - tosty, jajka, dżem i banany - ruszamy w miasto, tym razem juz wypożyczając rowery. Objechałyśmy wszystko, co mozna było bez kupowania biletu w trzy godziny. Mandalay Hill wart wdrapania sie na te wszystkie schody, no ale trzeba coś dalej. Stoczyłysmy bój w celu znalezienia taksówki za rozsądną cenę do Pyin U Lwin. Udało się. Pyuin U Lwin to stacja górska, pozostałość po brytyjczykach. Przyjemna temperatura, wpaniały ogród botaniczny, bardzo miłe popołudnia.



A potem już tylko kolejny autobus - do Baganu. Ten niestety nie VIP, ale damy radę.
zdjęcia

No comments:

Post a Comment