
Żeby zdążyć na samolot do KL w piątek rano musimy opuścić Inle Lake w środę wieczorem - autobus jedzie 12-13 godzin. Dojechałyśmy do Yangonu przed 7 rano. Jako, że Yangon nie był przyjazny (poprzednio cały czas padało, teraz nie lepiej), postanowiłysmy pojechać do odległego o 50 mil Bago, dawnej stolicy Myanmaru. Udało się znaleźć odpowiedni autobus, jedziemy.
Miasto według przewodnika ogarnialne na piechotę. Zostawiłyśmy graty na stacji kolejowej, kupując wcześniej bilety na powrót do Yangonu. Trzeba przecież zobaczyć pociąg z bliska. Zapłaciłysmy zawrotną kwotę 1200Ks (czyli półtora dolara) za dwa bilety z numerowanymi miejscami. Pachnie przygodą. Czas na zwiedzanie. Złota pagoda, wyższa od tej w Yangonie na pierwszy ogień. Jak juz ją zaliczyłyśmy, to wymiekłyśmy i zarządziłyśmy jeżdzenie tuk-tukiem (te tutaj były trochę inne niż w Siem Reap - raczje wykorzystywane jako transport lokalny dla tubylców, więc strasznie niewygodne. No i drogi tak dziurawe, że nasze odwrotne strony musiały zmienić kolor.

Zrekonstruowany Pałac Królewski zaskoczył nas przepychem i .... obecnością ulotek o Bago po angielsku. To pierwsze miejsce, gdzie zdziercy opłat turystycznych (tutaj 10$) dali coś z siebie. Śpiacy Budda okazał się rzeczywiście wieeeelki, no i było ich dwóch. Ten pod gołym niebem nawet fajniej wyglądał niz ten w opakowaniu.
Bago wydało sie nam miejscem zupelnie nieukrywanej biedy i braku dbałości o przestrzeń wspólną poza najbardziej reprezentacyjnymi miejscami. Smutne i brzydkie, niestety.


Pociąg jechał do Yangonu ok 2 godziny, pokazując znowu trochę krajobrazów nie z tego wieku. A Yangon powitał nas rzęsistym deszczem i niemożnością dogadania sie z taksiarzami co do stawki. Jak wolą czekać niż jechać za uczciwe pieniądze, to niech stoją. Lekkie zawirowanie z hotelem i na koniec śpimy w dormitorium w tym samym hostelu co poprzednio. Słabo, ale to tylko jedna noc.
zdjęcia
No comments:
Post a Comment