Monday, 4 August 2014
Rangun, czy Yangon? Birma, Burma czy Myanmar?
Wylądowałyśmy. Pada. No cóż, może przestanie. Do wieczora nie przestało. Wylazłyśmy z hostelu tylko na chwilę coś zjeść. Dało radę na szczęście na sąsiedniej ulicy - mnóstwo bud z żarciem. Kłopot tylko, bo sprawa wymiany walut okazała się w przewodniku nieco zdezaktualizowana. Tu po prostu są kantory jak wszędzie na świecie. A czarny rynek, jeśli istnieje, to już sam do białasa nie przychodzi.
Nasz pokoik w hostelu był zdecydowanie najgorszym lokum dotychczas i jednocześnie najdroższym. Trudno. Jedną noc da się przeżyć. Nie było wielonożnych współlokatorów i na czystość nie trzeba się skarżyć. Spakowałyśmy klamoty, zostawiłyśmy w recepcji i w drogę. Złota pagoda. Zaliczona. Akurat jak wlazłysmy na górę to na chwilę przestało padać. Potem jeszcze dwie świątynie, w tym jeden gigantyczny śpiący Budda - ten w Georgetown przy nim to liliput. Dalej z powrotem do centrum miasta, najpierw na lunch a potem może pociągiem dookoła miasta - może to rozwiazanie na deszcz. Z trudem, ale udało sie zlokalizować stację. Pociąg niestety za 40 minut i pan w informacji powiedział, że kółko trwa 4 godziny może nawet z hakiem. Nie ma czasu, ale może choć kawałek. Jedziemy. Bilet na całe kółko kosztuje 200 kiatow, czyli 20 centów. Stacja, na której wysiadłyśmy okazała się dalej od cywilizacji niż nam się wydawało, ale co robić, idziemy. I mokniemy. Trochę to trwało, ale doszłyśmy do bazaru miejskiego. Tam gorąca herbata z mlekiem, popijana chińską. Na przemoczone ciała to nawet dobre, mimo że temperatura normalna, czyli ponad 30.
Opisany w Lonely Planet spacer okroiłyśmy z powodu deszczu do 3 swiatyń - buddyjskiej pagody, hinduistycznej i synagogi. Potem szybko do naszego hostelu po bagaż i do autobusu. W hostelu okazało się, że nie potrafią zamówić taksówki na za pół godziny, mimo, że na sąsiedniej głównej jeżdżą ich setki. Mogliby, ale na jutro... Tym sposobem chyba zaoszczędziłyśmy dolara, bo złapana na ulicy taksówka zawołała o nadspodziewanie mniejszą kasę niż się spodziewałyśmy
zdjęcia
Subscribe to:
Post Comments (Atom)
No comments:
Post a Comment