Tuesday, 19 August 2014

Czas użyć nóg



W naszym hostelu, rekomendowanym przez Lonely Planet, boss - stary Sikh w zielonym turbanie i trampkach, zaproponował nam trzydniowy trek za 35 dolarów na osobę (all inclusive). Pięciu Hiszpanów (w sumie ok. 100 - 110 lat), którzy meldowali się zaraz po nas też się tym trekim interesowali, ale wieczorem przyszli z ofertą po 26 dolarów za to samo (tylko bez wody). Uznałyśmy, że lepiej zaoszczędzić te dolary, zwłaszcza, że perspektywa spędzenia trzech dni z naszym Sikhem nie wydawała się zbyt atrakcyjna (jakoś nie polubiłyśmy go). Hiszpanie nas zaprosili do towarzystwa, dołączyła jeszcze jedna Francuzka i o 10 rano w sobotę wyruszyliśmy w nieznane.




Nasz przewodnik, Nepalczyk Santosh, urodzony i wychowany tu, w Myanmarze, mówi po angielsku w sposób wystarczający do zarządzania grupą, niestety nie dość by mu zadawać bardziej wyrafinowane pytania na temat mijanych obiektów czy rzecywistości myanmarskiej. Nic to, i tak więkość informacji tu wlata, tam wylata praktycznie natychmiast.

Pierwszego dnia wspinaliśmy się krętymi ścieżkami w góry, im wyżej tym bardziej przypominające Beskidy. Bardzo się fajnie szło, choć na początku padał deszcz i trzeba było założyć płaszczyki. Potem już wyszło słoneczko i aż do wieczora było pogodnie. Po drodze Santosh wydał lunch - wydobył z siat wegetariańskie curry (dwa rodzaje) i chiapatti. Pycha. Szlismy w sumie pewnie ok 6 godzin. Nocleg był w wiosce zamieszkałej przez plemię Pa-O, spaliśmy pokotem na materacach, zajmując piętro jednego domu, w drugim obok była kuchnia z jadalnią. Taka kuchnia to przeżycie samo w sobie - na piętrze, na drewnianej podłoe zrobione jest palenisko (kwadrat o boku ok 1 metra) - ognisko, nad którym ustawia się garnek, patelnię lub czajnik. Obsługiwał to wszystko kucharz, z pomocą Santosha i przewodnika drugiej grupy (dwie kolejne Hiszpanki). Wyczarowali obiad z trzech dań - zupa, ryż, znów dwa rodzaje wegetariańskiego curry, herbatka i owoce na deser. Po kolacji cała ekipa miała małe oczka. Włożyliśmy trochę wysiłku, żeby nie pójść spać przed 9. Udało się, ale z trudem.
 
Drugi dzień zaczął się śnianiem o 7, mango, placki puri i curry z dyni. Pycha. Wyruszyliśmy przed 8. Niestety padało. I padało tym razem pół dnia. Z tego kawałka trasy wiele nie dało się zapamiętać, poza czerwoną, gliniastą ziemią, klejącą się do butów. Lunch tym razem w klasztorze buddyjskim. W tej kulturze to nie problem, wstawili do wnętrza niziutkie stoliki na matach, siedliśmy na podłodze, podano smażony makaron z warzywami i jajem, na deser ananas. W międzyczasie przychodzili tubylcy, klękali przed Buddą, zapalali  świeczki i kadzidełka, jak gdyby nigdy nic. Okazało się, że jest dzień pełni księżyca, który dla wyznawców budyzmu jest świętem.

Po lunchu pogoda na szczęście się poprawiła. Przestało podać, a potem nawet wyszło słońce. Wreszcie można było podziwiać widoki. Na nocleg doszliśmy dość wcześnie, ok 5. Okazało się, że śpimy w klasztorze. Znowu trudno się przełamać. Zorganozo wano nam legowiska jakby w bocznej nawie świątyni, rozwieszając tkaninę tworzącą odrobinę intymności. Kolację podano również wewnatrz świątyni. W międzyczasie ludzie normalnie przychodzili się modlić. Po kolacji usłyszeliśmy coś jakby muzykę, dobiegającą z drugiej strony drogi, z drugiej części klasztoru. To ludzie z okolicy świętowali z okazji pełni księżyca. Była procesja ze swieczkami i modły w świątyni. Absolutnie niezwykłe. Cały ten wieczór i noc - do zapisania na zawsze.



Ostatni dzień treku rozpoczął się od tupotu bosych stóp przed 5. To buddyjscy mnisi (chlopcy kilku i kilkunastoletni) zbierali się na poranną modlitwę. Śpiewali potem swoje modlitwy przez kilkanaście minut. My wygrzebaliśmy się z barłogów przed 7. Śniadanie, paking i w drogę.  Deszcz troszkę z początku siąpił, ale przestał. Prawie cały czas szliśmy polami w dół, w oddali pojawiło się jezioro. Ok południa dotarliśmy na miejsce, ubłoceni nieco czerwoną ziemią. Fried rice poprawił humory. Potem półtorej godziny łódką i lądowanie w Nyaung Shwe. 

zdjęcia 


No comments:

Post a Comment