
W naszym hostelu, rekomendowanym przez Lonely Planet, boss -
stary Sikh w zielonym turbanie i trampkach, zaproponował nam trzydniowy trek za
35 dolarów na osobę (all inclusive). Pięciu Hiszpanów (w sumie ok. 100 - 110
lat), którzy meldowali się zaraz po nas też się tym trekim interesowali, ale
wieczorem przyszli z ofertą po 26 dolarów za to samo (tylko bez wody).
Uznałyśmy, że lepiej zaoszczędzić te dolary, zwłaszcza, że perspektywa
spędzenia trzech dni z naszym Sikhem nie wydawała się zbyt atrakcyjna (jakoś
nie polubiłyśmy go). Hiszpanie nas zaprosili do towarzystwa, dołączyła jeszcze
jedna Francuzka i o 10 rano w sobotę wyruszyliśmy w nieznane.
Nasz przewodnik, Nepalczyk Santosh, urodzony i wychowany tu,
w Myanmarze, mówi po angielsku w sposób wystarczający do zarządzania grupą,
niestety nie dość by mu zadawać bardziej wyrafinowane pytania na temat mijanych
obiektów czy rzecywistości myanmarskiej. Nic to, i tak więkość informacji tu
wlata, tam wylata praktycznie natychmiast.

Pierwszego dnia wspinaliśmy się krętymi ścieżkami w góry, im
wyżej tym bardziej przypominające Beskidy. Bardzo się fajnie szło, choć na
początku padał deszcz i trzeba było założyć płaszczyki. Potem już wyszło
słoneczko i aż do wieczora było pogodnie. Po drodze Santosh wydał lunch -
wydobył z siat wegetariańskie curry (dwa rodzaje) i chiapatti. Pycha. Szlismy w
sumie pewnie ok 6 godzin. Nocleg był w wiosce zamieszkałej przez plemię Pa-O,
spaliśmy pokotem na materacach, zajmując piętro jednego domu, w drugim obok
była kuchnia z jadalnią. Taka kuchnia to przeżycie samo w sobie - na piętrze,
na drewnianej podłoe zrobione jest palenisko (kwadrat o boku ok 1 metra) -
ognisko, nad którym ustawia się garnek, patelnię lub czajnik. Obsługiwał to
wszystko kucharz, z pomocą Santosha i przewodnika drugiej grupy (dwie kolejne
Hiszpanki). Wyczarowali obiad z trzech dań - zupa, ryż, znów dwa rodzaje
wegetariańskiego curry, herbatka i owoce na deser. Po kolacji cała ekipa miała
małe oczka. Włożyliśmy trochę wysiłku, żeby nie pójść spać przed 9. Udało się,
ale z trudem.
Drugi dzień zaczął się śnianiem o 7, mango, placki puri i
curry z dyni. Pycha. Wyruszyliśmy przed 8. Niestety padało. I padało tym razem
pół dnia. Z tego kawałka trasy wiele nie dało się zapamiętać, poza czerwoną,
gliniastą ziemią, klejącą się do butów. Lunch tym razem w klasztorze
buddyjskim. W tej kulturze to nie problem, wstawili do wnętrza niziutkie
stoliki na matach, siedliśmy na podłodze, podano smażony makaron z warzywami i
jajem, na deser ananas. W międzyczasie przychodzili tubylcy, klękali przed
Buddą, zapalali świeczki i kadzidełka,
jak gdyby nigdy nic. Okazało się, że jest dzień pełni księżyca, który dla
wyznawców budyzmu jest świętem.

Po lunchu pogoda na szczęście się poprawiła. Przestało
podać, a potem nawet wyszło słońce. Wreszcie można było podziwiać widoki. Na
nocleg doszliśmy dość wcześnie, ok 5. Okazało się, że śpimy w klasztorze. Znowu
trudno się przełamać. Zorganozo wano nam legowiska jakby w bocznej nawie
świątyni, rozwieszając tkaninę tworzącą odrobinę intymności. Kolację podano
również wewnatrz świątyni. W międzyczasie ludzie normalnie przychodzili się
modlić. Po kolacji usłyszeliśmy coś jakby muzykę, dobiegającą z drugiej strony
drogi, z drugiej części klasztoru. To ludzie z okolicy świętowali z okazji pełni
księżyca. Była procesja ze swieczkami i modły w świątyni. Absolutnie niezwykłe.
Cały ten wieczór i noc - do zapisania na zawsze.



Ostatni dzień treku rozpoczął się od tupotu bosych stóp przed 5. To
buddyjscy mnisi (chlopcy kilku i kilkunastoletni) zbierali się na poranną
modlitwę. Śpiewali potem swoje modlitwy przez kilkanaście minut. My
wygrzebaliśmy się z barłogów przed 7. Śniadanie, paking i w drogę. Deszcz troszkę z początku siąpił, ale
przestał. Prawie cały czas szliśmy polami w dół, w oddali pojawiło się jezioro.
Ok południa dotarliśmy na miejsce, ubłoceni nieco czerwoną ziemią. Fried rice
poprawił humory. Potem półtorej godziny łódką i lądowanie w Nyaung Shwe.
zdjęcia
No comments:
Post a Comment