Wednesday, 20 August 2014

Inle Lake

Postanowiłyśmy zostać w hotelu, do którego zawieziono nasze bagaże. Dostałyśmy całkiem rozsądny pokój za akceptowalną cenę i strasznie nie chciało nam się szukać, przenosić gratów. Teraz konieczny był prysznic. I był. I to z ciepłą wodą!!!

Potem wybrałyśmy się na zwiedzanie tej metropolii. Dziura. W przewodniku parę rzeczy osiągalnych rowerem oraz masa atrakcji związanych z łodkami. Internet tylko w kafejce, na szczęście obok hotelu, a komórki martwe (brak zasięgu). Dotrwałyśmy do wieczora, potem piwko z naszą grupę trekową i spanie przed 10.

Rano wzięłyśmy rowerki i objechałyśmy co sie dało. Spa z wodami termalnymi nie w naszym stylu - małe sadzawki z ciepłą wodą, nic ciekawego a liczą jakieś grubsze dolary. Wodospadu zaznaczonego na mapce nie udało sie odnaleźć. Po obiadku postanowiłyśmy jeszcze porowerkować. Pojechałyśmy zobaczyć jaskinię - też zaznaczoną na mapce - ale jej nie znalazłyśmy, a potem do winnicy. Tak - w Myanmarze rosną winogrona i robi się z nich wino. Bardzo tam było ładnie a winka całkiem pijalne. Czerwone raczej słabe ale rose i białe - niczego sobie.








Mamy jeszcze jeden dzień, więc trzeba jechać na jezioro. Pagoda w Inn Tein, Jumping Cats temple oraz pływające ogrody - to plan. Jak przyszło do realizacji to okazało sie jeszcze że obowiązkowe jest poglądanie manufaktury srebrniczej (produkcja biżuterii srebrnej) - zakupiłam eksponaty, oraz warsztatu trackiego, który zatrudnia kobiety o długich szyjach (tzn takie z obrożami, które wydużają szyje) - tu nie doszło do zakupów. Pagoda w Inn Tein bardzo ciekawa, w szczególności setki stup wokół. Potem okazało się, że w następnej świątyni koty już nie skaczą (ale są w dużej liczbie), za to świątynia bardzo ciekawa, nietypowo zdobiona rzeźbionymi w drewnie elementami. Na bogato. Pływające ogrody to były raczej pływające warzywniki - ogromne plantacje pomidorów na grządkach. Nie wiem jak oni te grządki robią, ale wygląda na to ze to nie uprawa hydroponiczna, ale nornalna - jest ziemia i korzonki w ziemi. Nasz sternik (mororniczy?) mieszka w okolicach takiej farmy, w domu na palach przy brzegu. Zawiózł nas tam i zaprosił do środka. Nie powiem, przeżycie. Izba wielkości pewnie 20 m, wydzielona kuchnia (z paleniskiem na drewno, kociołek zawieszony nad ogniem), sypialnia z materacem i hamakami ... Prąd, jak już koniecznie potrzebny to z akumulatora samochodowego. Woda w rzece. Toaleta wszędzie. Trudno uwierzyć, że w takich warunkach mieszkają ludzie w dwudziestym pierwszym wieku. A mieszkają.


zdjęcia

No comments:

Post a Comment