Monday, 18 March 2013

Pierwszy weekend poza domem

Nie jest źle - nazywam to miejsce domem. Muszę przyznać, że szczególnie teraz, jak jest tu Ryjek, przychodzi mi to zupełnie naturalnie. Wydeptuje sobie ścieżki, zaczynam mieć nawyki związane z tymi okolicznościami ...

Korporacja jest łaskawa. Z okazji Dnia Kobiet, wszystkie panie zatrudnione w firmie w jakimkolwiek charakterze i formie umowy, dostały pół dnia wolnego, do wykorzystania w marcu. Natychmiast zaklepałam sobie pół ostatniego piątku, żeby wycieczka do Melakki mogła się zacząć zaraz po lunchu, a nie wieczorem.

W międzyczasie dowiedziałam się, że w mojej firmie pracuje ponad 50% kobiet, a w ogóle w Malezji pracuje zawodowo ponad 75% kobiet w tzw wieku produkcyjnym. To jakaś kosmiczna statystyka, szczególnie dla kraju islamskiego. Ale gdzie się nie ruszyć to panie w hidżabach widać - w okienkach kasowych, informacjach, sklepach, wszędzie. Nie wiem jak to robią, bo rodziny, patrząc z perspektywy Europejczyka, są raczej wielodzietne. Troje dzieci to mało, a nie dużo. Może system szkolnictwa sprzyja? Dzieci chyba mają zajęcia cały dzień.

Ale wróćmy do weekendu. Jeden z obowiązkowych punktów dla turysty odwiedzającego Malezję - Melakka. Kiedyś ważny port tranzytowy, teraz ciche, spokojne miasteczko o bogatych tradycjach. Nie być tam to jak pominąć Kraków przy zwiedzaniu Polski.

Nie ma co przepisywać przewodników, więc pozostanę przy wrażeniach. Pierwsze to podróż - dworzec autobusowy jak ten będziemy mieć za jakieś pięćdziesiąt lat, jak dobrze pójdzie. Klimatyzowany autobus z numerowanymi miejscami za 12 RM dowiózł nas na miejsce w mniej niż 2 godziny, autostradą, bez przystanku. Na miejscu czekała taksówka, i już za następnie 20RM i 15 minut byliśmy w przytulnym pensjonacie prowadzonym przez chińską rodzinę (to chyba byli Chińczycy, ale może też baba-nyonya - czyli potomkowie chińsko-malajskich mieszkańców tych okolic. Wieść głosi, że gdy sułtan Melakki poślubiał księżniczke z dynastii Ming (a może to była córka sułtana poślubiająca chińskiego księcia?) to chińscy dworzanie w dużej liczbie przyjechali i pozostali w Melakce, żeniąc się z tutejszymi kobietami. Pociągnęło to za sobą wytworzenie się specyficznej kultury, zwanej baba-nyonia (baba to mężczyzna, potomek takiego związku, a nyonya to kobieta). Mówi się o wszelakich aspektach kultury - ubiory, kuchnia, sztuka. To się oczywiście rozlało na cały półwysep i pomieszało z innymi, ale tu, w Melakce prawdopodobnie można zobaczyć tę najbardziej oryginalną wersję kultury baba-nyonya.

Plac Holenderski
Mr Wolfke in Forbidden Garden
Jednym z argumentów przy wyborze pensjonatu była informacja o możliwości wypożyczenia rowerów. Wzięliśmy więc rowerki. To dużo przyjemniejsze niż zasuwanie pieszo, mimo, że odległości nie są tu duże. Część turystyczna miasta jest raczej kompaktowa. Rowerek kosztował 10RM za dzień. Nie miał przerzutki i był raczej dostosowany antropologicznie do tubylców, ale po wysunięciu siodełka na maksa Tomek nawet nie zawadzał kolanami o kierownicę. Troszkę było niezręcznie z jechaniem po lewej stronie ulicy, ale jakoś daliśmy radę. Potem zauważyliśmy też, że tubylcy na rowerach nie zwracają uwagi na jednokierunkowość ulic. To bardzo ułatwiło poruszanie się, bo ulic jednokierunkowych narobili tu co niemiara (prawda jest taka, że duża ich część jest tak wąska, że nie mogłyby być dwukierunkowe.


Godne polecenia jest skorzystanie z Duck Cruise - Tomek pisał co to Duck, ja tylko powiem, że to badzo śmieszne urządzenie i warte spróbowania, najbardziej chyba dla kapitalnego widoku na meczet na wyspie Melakka od strony wody. Z lądu też ładnie, ale z wody... No i za chwilę (jak skończą budowę) będzie pewnie równie wspaniale wyglądało Miasteczko Arabskie (Arab Village) na tej samej wyspie. To inwestycja w całości posiadana/finansowana przez rząd Arabii Saudyjskiej.

Widział ktoś taka frytkę?
A wieczorami, w weekendy, na Jonker Street odbywa się pasar malam (nocny targ). To jak gigantyczne targowisko odpustowe. Jest wszystko, lizaki, napoje, lody, t-shirty, plastikowe koraliki "baloniki na druciku" i wszystko co na takim targowisku powinno sie znaleźć. I mnóstwo wspaniałego jedzenia. Smaki i zapachy nie do opisania.

13 Coffees
Niedzielne śniadanie w 13 kawach (patrz Alfabet Wolwusa) - jedliście kiedyś kurczaka curry na śniadanie? My już tak. Całkiem spokojnie. Nasi lemak też może być. Jak bardzo chcesz, to dostaniesz jajecznicę albo sadzone i tosty. Ale chyba nie po to się tyle godzin człowiek do tej Malezji tłukł, żeby w knajpie tosta z jajem zamawiać. A takiej kawy to ja jeszcze w życiu nie piłam. Na pewno tam wrócę. I każdego kto przyjedzie mnie odwiedzić będę chciała tam zabrać.

Muszę tam wrócić (znaczy do Melakki) z jeszcze jednego powodu - nie dojechaliśmy do osady portugalskiej. Pierwszy raz w życiu złapałam gumę w rowerze. Kiedyś musi być ten pierwszy raz.

https://plus.google.com/u/0/photos/108668600531371879611/albums/5857041559762809265?authkey=COW_opjghPjyxQE

2 comments:

  1. hej tam, Wolwusy Dwa, nadrobiłam dziś zaległości w czytaniu (i przesłałam jeszcze maila Markowi, żeby nadal nabierał apetytu). Więc mówicie, że listopad i grudzień na podróżowanie są najgorsze (bo ten deszcz)?

    ReplyDelete
    Replies
    1. szczerze mówiąc, to jak byłam tu w listopadzie w zeszłym roku przez tydzień, to padało raz przez pół godziny... Myślę,że statystyka to kulawa nauka, ale we wszelkich przewodnikach listopad i grudzień w KL jest zaznaczony jako okres najwyższych opadów (juz w październiku ma padać. Przykładowa strona klimatyczna: http://www.malezja.info.pl/pogoda-klimat.xml

      Delete